Pop Art: Horror jako dzieło sztuki. Recenzja filmu „28 lat później” | 15.08.2025
Lubicie się bać? Jeśli tak, jak Danny Boyle, twórca „28 lat
później”, to życzę wam powodzenia i mocnych nerwów w kinie. Zapraszam do lektury
najnowszego Pop Artu.
Ten tekst przeczytasz za 5 min. 30 s
Walka z zombie nigdy nie była tak frapująca, jak w filmie Danny’ego Boyla. Fot. mat. prasowe
Ten film musiał powstać. Fani domagali się tego od wielu
lat, a dokładnie od 2002 roku, kiedy to w kinach leciał obraz „28 dni później”,
apokaliptyczna wizja Londynu ogarniętego wirusem zamieniającym ludzkie istoty w
zabójcze zombie. Wprawdzie w międzyczasie, w 2007 roku, powstał jeszcze obraz
„28 tygodni później”, ale nadawał się raczej do kosza, z filmem Danny’ego Boyla
miał wspólnego tylko wroga: zombie.
Ceniony reżyser Danny Boyle za pierwszym razem nie zdołał
sprzedać widzom pełnego wachlarza ekspresji, pamiętam, że wracałem wtedy z kina
z lekkim niedosytem, licząc na znacznie lepszą zabawę. Fakt, że tamten film był
bardziej teledyskiem, niż horrorem, a scenariusz też pozostawiał wiele do
życzenia, spowodował, że przemierzając nocne miasto do domu ani razu nie
odwróciłem głowy, żeby sprawdzić, czy nie biegnie za mną jakiś zmutowany
osobnik. Teraz było zupełnie inaczej. Wracaliśmy w trójkę, w najmocniejszym
składzie ostrawskiego „Horror Klubu”, a ja mimo wszystko czułem na plecach
oddech niewidzialnego wroga…
„28 lat później” wbija w fotel z potężną mocą zaraz na
starcie. Jak przystało na solidnie nakręcony horror, początek i koniec muszą
strzelać najsilniejszymi pociskami. I faktycznie, scena w mieszkaniu, w którym
dzieci oglądają na ekranie telewizora jeden z odcinków serialu „Teletubbies”, a
w tle, za drzwiami toczą się mrożące krew w żyłach sceny walki rodziców z
zombie, przytłacza swoim naturalistycznym, a po części też zamierzonym
satyrycznym przekazem. Soczysty odbiór filmu ułatwia rewelacyjny scenariusz napisany
przez Alexa Garlanda, sprawdzonego współpracownika Danny’ego Boyla.
Po 28 latach od wydarzeń z pierwszej części serii Wielka
Brytania i Irlandia w dalszym ciągu znajdują się w strefie objętej kwarantanną,
wirus udało się jednak poskromić w innych częściach Starego Kontynentu. Strefę
zamkniętą dla świata patroluje wojsko, wirus zebrał zaś swoje żniwo głównie w mniejszych
wioskach. Z małej wyspy o symbolicznej nazwie Holy Island, mieszkańcom której
udało się przetrwać zagładę, przeprowadzane są cykliczne „najazdy” na zakażone
tereny, bo zabijanie zombie stało się m.in. częścią młodzieńczej inicjacji. A
więc tak, jak wśród młodych Indian Ameryki Północnej młodzieniec stawał się
mężczyzną po zabiciu pierwszego bizona, tak na jednej z wysp objętych
kwarantanną chłopak staje się dorosłym łowcą po zabiciu pierwszego zombie. Dwunastoletni
Spike (Spike Williams) wyrusza z ojcem (Aaron Taylor-Johnson) na właśnie taką
misję. Obaj liczą, że szybko wrócą do wioski, ale okoliczności sprawią, że ta
misja wcale nie będzie taka prosta.
Danny Boyle, który na zawsze zapisał się w historii kina
niezapomnianym obrazem „Trainspotting”, w swoich filmach lubi skupiać się na
ludzkich emocjach. Często w postaci biograficznych szkiców, jak w przypadku historii
alpinisty Arona Ralstona, uwięzionego przez głaz w Robbers
Roost w Canyonlands w Utah na okres ponad pięciu dni („127
godzin”), czy też w równie udanym filmie śledzącym karierę założyciela koncernu
Apple, Steve’a Jobsa („Steve Jobs”).
Gatunek horroru oprócz emocji definiują też obrazy, idealnie, jeśli są
kwintesencją piekła na ziemi. I właśnie takie piekło zgotowali twórcy „28 lat
później” nam, widzom, na lato. Ugotowałem się potężnie nie tylko z
Teletubisiami na starcie, ale przygwożdżony do fotela, mokry od potu,
pochłaniałem każde kolejne minuty tej wartkiej i efektownej akcji.
Zombie-gatunek horrorów nigdy nie należał do moich
ulubionych, wręcz przeciwnie. Dopiero seria Danny’ego Boyla uświadomiła mi, że
nawet w tak stereotypowym świecie można stworzyć coś bardzo wartościowego. Twórcy
stosunkowo oszczędnie dawkują sceny grozy, przez co film zyskuje na
atrakcyjności. Świetnie
wypadają też zresztą same zombie, które zostały potraktowane pod względem
wizualnym bardzo oryginalnie. Mamy więc „ślimaki”, czyli pełzające powoli
zombie, a także szybkie jak Usain Bolt zombie Alfa. Inspiracją dla młodego
odbiorcy (film jest dozwolony od lat 15) może być piękna relacja pomiędzy synem
a chorą matką. Właśnie dla cierpiącej na niespecyfikowaną dolegliwość matki dwunastoletni
Spike wraca na ląd pełen zombie, żeby zdobyć dla niej lekarstwo.
Hitem dla koneserów może być obecność na ekranie Ralpha
Fiennesa, cenionego brytyjskiego aktora, którego faktycznie nie spodziewałbym
się akurat w takim gatunku filmowym. A jednak, Fiennes („Lista Schindlera”,
„Angielski pacjent”, „Konklawe”) w roli lekarza tępiącego zombie w pojedynkę
dosłownie wymiata. Nie powiem, że przeszkadzały, ale raczej rozpraszały uwagę
niektóre, trochę na siłę wplatane komiczne sceny. Z tego też słynie Boyle,
który lubi mieszać gatunki. Trzeba jednak przyznać, że brytyjskie poczucie
humoru z przymrużeniem oka pasuje nawet w horrorze. Bo czy nie wygląda
genialnie zbliżenie kamery na zniszczoną stację paliw pewnej znanej, globalnej
sieci, gdzie po odpadnięciu jednej z liter z dachu zwisa nazwa… HELL? Witajcie
w piekle, na które tylko ludzkie dobro jest sprawdzonym antidotum.