niedziela, 8 lutego 2026
Imieniny: PL: Irminy, Piotra, Sylwii| CZ: Milada
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art: Horror jako dzieło sztuki. Recenzja filmu „28 lat później” | 15.08.2025

Lubicie się bać? Jeśli tak, jak Danny Boyle, twórca „28 lat później”, to życzę wam powodzenia i mocnych nerwów w kinie. Zapraszam do lektury najnowszego Pop Artu.  

Ten tekst przeczytasz za 5 min. 30 s
Walka z zombie nigdy nie była tak frapująca, jak w filmie Danny’ego Boyla. Fot. mat. prasowe

Ten film musiał powstać. Fani domagali się tego od wielu lat, a dokładnie od 2002 roku, kiedy to w kinach leciał obraz „28 dni później”, apokaliptyczna wizja Londynu ogarniętego wirusem zamieniającym ludzkie istoty w zabójcze zombie. Wprawdzie w międzyczasie, w 2007 roku, powstał jeszcze obraz „28 tygodni później”, ale nadawał się raczej do kosza, z filmem Danny’ego Boyla miał wspólnego tylko wroga: zombie.

Ceniony reżyser Danny Boyle za pierwszym razem nie zdołał sprzedać widzom pełnego wachlarza ekspresji, pamiętam, że wracałem wtedy z kina z lekkim niedosytem, licząc na znacznie lepszą zabawę. Fakt, że tamten film był bardziej teledyskiem, niż horrorem, a scenariusz też pozostawiał wiele do życzenia, spowodował, że przemierzając nocne miasto do domu ani razu nie odwróciłem głowy, żeby sprawdzić, czy nie biegnie za mną jakiś zmutowany osobnik. Teraz było zupełnie inaczej. Wracaliśmy w trójkę, w najmocniejszym składzie ostrawskiego „Horror Klubu”, a ja mimo wszystko czułem na plecach oddech niewidzialnego wroga…

„28 lat później” wbija w fotel z potężną mocą zaraz na starcie. Jak przystało na solidnie nakręcony horror, początek i koniec muszą strzelać najsilniejszymi pociskami. I faktycznie, scena w mieszkaniu, w którym dzieci oglądają na ekranie telewizora jeden z odcinków serialu „Teletubbies”, a w tle, za drzwiami toczą się mrożące krew w żyłach sceny walki rodziców z zombie, przytłacza swoim naturalistycznym, a po części też zamierzonym satyrycznym przekazem. Soczysty odbiór filmu ułatwia rewelacyjny scenariusz napisany przez Alexa Garlanda, sprawdzonego współpracownika Danny’ego Boyla.



Po 28 latach od wydarzeń z pierwszej części serii Wielka Brytania i Irlandia w dalszym ciągu znajdują się w strefie objętej kwarantanną, wirus udało się jednak poskromić w innych częściach Starego Kontynentu. Strefę zamkniętą dla świata patroluje wojsko, wirus zebrał zaś swoje żniwo głównie w mniejszych wioskach. Z małej wyspy o symbolicznej nazwie Holy Island, mieszkańcom której udało się przetrwać zagładę, przeprowadzane są cykliczne „najazdy” na zakażone tereny, bo zabijanie zombie stało się m.in. częścią młodzieńczej inicjacji. A więc tak, jak wśród młodych Indian Ameryki Północnej młodzieniec stawał się mężczyzną po zabiciu pierwszego bizona, tak na jednej z wysp objętych kwarantanną chłopak staje się dorosłym łowcą po zabiciu pierwszego zombie. Dwunastoletni Spike (Spike Williams) wyrusza z ojcem (Aaron Taylor-Johnson) na właśnie taką misję. Obaj liczą, że szybko wrócą do wioski, ale okoliczności sprawią, że ta misja wcale nie będzie taka prosta.

Danny Boyle, który na zawsze zapisał się w historii kina niezapomnianym obrazem „Trainspotting”, w swoich filmach lubi skupiać się na ludzkich emocjach. Często w postaci biograficznych szkiców, jak w przypadku historii alpinisty Arona Ralstona, uwięzionego przez głaz w Robbers Roost w Canyonlands w Utah na okres ponad pięciu dni („127 godzin”), czy też w równie udanym filmie śledzącym karierę założyciela koncernu Apple, Steve’a Jobsa („Steve Jobs”). Gatunek horroru oprócz emocji definiują też obrazy, idealnie, jeśli są kwintesencją piekła na ziemi. I właśnie takie piekło zgotowali twórcy „28 lat później” nam, widzom, na lato. Ugotowałem się potężnie nie tylko z Teletubisiami na starcie, ale przygwożdżony do fotela, mokry od potu, pochłaniałem każde kolejne minuty tej wartkiej i efektownej akcji.

Zombie-gatunek horrorów nigdy nie należał do moich ulubionych, wręcz przeciwnie. Dopiero seria Danny’ego Boyla uświadomiła mi, że nawet w tak stereotypowym świecie można stworzyć coś bardzo wartościowego. Twórcy stosunkowo oszczędnie dawkują sceny grozy, przez co film zyskuje na atrakcyjności. Świetnie wypadają też zresztą same zombie, które zostały potraktowane pod względem wizualnym bardzo oryginalnie. Mamy więc „ślimaki”, czyli pełzające powoli zombie, a także szybkie jak Usain Bolt zombie Alfa. Inspiracją dla młodego odbiorcy (film jest dozwolony od lat 15) może być piękna relacja pomiędzy synem a chorą matką. Właśnie dla cierpiącej na niespecyfikowaną dolegliwość matki dwunastoletni Spike wraca na ląd pełen zombie, żeby zdobyć dla niej lekarstwo.

Hitem dla koneserów może być obecność na ekranie Ralpha Fiennesa, cenionego brytyjskiego aktora, którego faktycznie nie spodziewałbym się akurat w takim gatunku filmowym. A jednak, Fiennes („Lista Schindlera”, „Angielski pacjent”, „Konklawe”) w roli lekarza tępiącego zombie w pojedynkę dosłownie wymiata. Nie powiem, że przeszkadzały, ale raczej rozpraszały uwagę niektóre, trochę na siłę wplatane komiczne sceny. Z tego też słynie Boyle, który lubi mieszać gatunki. Trzeba jednak przyznać, że brytyjskie poczucie humoru z przymrużeniem oka pasuje nawet w horrorze. Bo czy nie wygląda genialnie zbliżenie kamery na zniszczoną stację paliw pewnej znanej, globalnej sieci, gdzie po odpadnięciu jednej z liter z dachu zwisa nazwa… HELL? Witajcie w piekle, na które tylko ludzkie dobro jest sprawdzonym antidotum.



Może Cię zainteresować.