niedziela, 21 kwietnia 2024
Imieniny: PL: Jarosława, Konrada, Selmy| CZ: Alexandra
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art: Kodeks harmonii według Stevena Wilsona | 18.11.2023

Jesienny wysyp płyt ulubionych wykonawców to sprawdzone lekarstwo na przedzimową chandrę. Pewnie dla wielu z was. W tym wydaniu nowa propozycja mistrza Stevena Wilsona.

Ten tekst przeczytasz za 5 min. 60 s
Steven Wilson. Fot. mat. prasowe
Nie jest tajemnicą, że Steven Wilson jest na tyle płodnym artystą, że śledzenie wszystkich jego twórczych poczynań może prowadzić do lekkiego obłędu. W lepszym zaś przypadku do zazdrości, że ktoś potrafi tak poukładać harmonogram dnia, że nowe płyty nie tylko sypie jak z rękawa, ale w dodatku produkuje też albumy dla innych wykonawców, a w należących do rzadkości wolnych chwilach znajduje czas na… wsłuchiwanie się w słowa własnej żony, sensacyjnie obecnej na najnowszym albumie solowym „The Harmony Codex”.

Okładka płyty „The Harmony Codex” Stevena Wilsona. Fot. mat. prasowe

Następca raczej chłodno przyjętej przez fanów płyty „The Future Bites” (2021) powstał w dużej części jeszcze w czasach pandemicznych restrykcji i jak wiele innych produkcji muzycznych z tego okropnego okresu brzmi rewelacyjnie. Dwa tygodnie temu chwaliłem na łamach Pop Artu nowy album grupy The Rolling Stones, który też został nagrany w czasach szalejącego koronawirusa, a nowa muzyka Wilsona to kolejna porcja radości stworzona w trudnych czasach. Wilsonowi na nowej płycie bliżej zaś do macierzystej formacji Porcupine Tree, niż do muzyki tanecznej, z którą eksperymentował na poprzednim albumie. Z drzewa jeżozwierza Steven zebrał kilka smakowitych owoców, nie ma jednak co liczyć na powrót prog-rockowego grania z gitarami na pierwszym planie. Również w najnowszym wcieleniu Wilsona muzyka przybiera postać eklektycznej przygody, w której każdy znajdzie coś fajnego dla siebie. Zgodnie z instrukcjami, jakie mistrz przekazał fanom na swojej autorskiej stronie internetowej, płyty „The Harmony Codex” nie warto słuchać na wyrywki, bo najlepiej brzmi w swojej spójnej krasie. Podpisuję się pod tymi słowami każdą swoją kończyną.

Nigdy wcześniej Steven Wilson nie brzmiał tak jazzowo, jak właśnie na swoim siódmym albumie solowym. Otwierający krążek utwór „Inclination” brzmi trochę jak ze wspólnej (aczkolwiek nigdy nie zrealizowanej, a szkoda) sesji z Dead Can Dance. Nie tylko za sprawą orientalnego motywu z pierwszych sekund, ale głównie dziwnej, niepokojącej aury towarzyszącej temu tematowi do samego końca. Piosenki na albumie są tak poukładane, że po transcendentalnym „Inclination” przychodzi rockowy rozrusznik serca w stylu Blackfield, czyli jednego z wielu muzycznych projektów Wilsona. Mowa o fajnej, radiowej piosence „What Life Brings”, idealnej do śniadania, bo potrafiącej dać mocnego kopniaka na cały dzień.



Nie trzeba być, drogi Czytelniku, rycerzem Jedi, żeby zorientować się, w jakim kierunku podąży dalsza część mojej recenzji „The Harmony Codex”. Nie ukrywam, że jestem wielkim fanem talentu Wilsona, którego śledzę od początku jego kariery – tej zespołowej z formacją Porcupine Tree, projektów No-Man i Blackfield, jak też solowej, zapoczątkowanej albumem „Insurgentes” (2008). Na nowym albumie nie ma się do czego przyczepić. W odróżnieniu od wspomnianej wyżej, przeciętnej „The Future Bites”, tym razem Wilson dopilnował nawet najmniejszych szczegółów. W intrygującej nieprzewidywalności nowe wydawnictwo najbardziej zbliża się do geniusza „Hand. Cannot. Erase” (2015), bez dwóch zdań najlepszej płyty w karierze artysty. Wspomniany jazz najmocniej objawia się w partiach trąbki Norwega Nilsa Pettera Molværa, zagranych typowo po skandynawsku, z egzystencjalnym pazurem. Brak rockowych schematów na korzyść improwizacji jest odczuwalny najmocniej w dziesięciominutowym opusie „Impossible Tightrope”, do którego wracam najczęściej, jeśli chodzi o moje ulubione pozycje na albumie. W tym muzycznym kolosie kłania się duch nie tylko Porcupine Tree, ale również mistrzów gatunku – Genesis, Yes, Pink Floyd, King Crimson… Wilson, który nie kryje się ze swoją miłością do tamtych art rockowych czasów, przemycił w tym temacie wszystko, co charakteryzowało najmocniej muzyczną estetykę lat 70.



Pytacie, gdzie pojawia się wspomniany na wstępie recenzji ślad żony Wilsona? Oczywiście w tytułowym „The Harmony Codex”, ezoterycznej medytacji, której leniwe tempo nadaje spokojny kobiecy głos. Cały utwór utrzymany w stylistyce elektronicznej podróży przypomina dokonania Briana Eno, innego wielkiego idola Wilsona. Zamykając oczy na dziewięć minut i 50 sekund, przenosimy się w myślach w dowolne miejsce, a bardziej doświadczeni podróżnicy doznają przy okazji nirwany. Tak mocno oddziałuje na podświadomość najważniejszy dla Wilsona utwór na tym albumie. Trudno prognozować, czy artysta zabierze też swoją żonę na trasę koncertową „The Harmony Codex”, ale raczej wątpię. Będzie pewnie tak, jak z izraelską piosenkarką Ninet Tayeb, z którą Wilson pięknie zaśpiewał w duecie już na albumie „To The Bone” (2017), a teraz powtórzył ten schemat w równie uroczej piosence „Rock Bottom”, wybranej na drugiego singla. Podczas trasy „To The Bone” Ninet Tayeb oprócz występu nagranego na potrzeby oficjalnej płyty koncertowej śpiewała dla fanów ze sceny w postaci hologramu. Czy żona Wilsona zgodzi się na bycie hologramem, oto jest pytanie…



W każdym bądź razie w czasie pisania tej recenzji wciąż niesprecyzowana jeszcze trasa koncertowa promująca „The Harmony Codex” na pewno nie ominie Polski, gdzie Wilsona darzą dużą estymą, a tamtejszy fanklub artysty należy do najliczniejszych i najwierniejszych. Z pewnością na żywo zabrzmi cały nowy album, a potem obszerny przekrój twórczości, włącznie z fragmentami z najważniejszych albumów Porcupine Tree. W koncertowym schemacie Wilson też nie lubi raczej zbytnio grzebać.



Może Cię zainteresować.