sobota, 15 czerwca 2024
Imieniny: PL: Jolanty, Lotara, Wita| CZ: Vít
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art: Mirai na rozdrożu. Recenzja albumu »Tomodachi« | 28.05.2024

Wciąż jeszcze mamy maj, miesiąc, który w Pop Arcie baaardo lubimy. W muzycznej odsłonie recenzja najnowszej płyty formacji Mirai –  „Tomodachi”. 

Ten tekst przeczytasz za 4 min. 30 s
Grupa Mirai nagrała płytę, o której pewnie szybko zapomnimy. Fot. mat. prasowe
Czy już świeżo po trzydziestce można mieć kryzys średniego wieku? Najwidoczniej tak, przynajmniej takie odnoszę wrażenie, słuchając najnowszego albumu grupy Mirai zamkniętej w Trójkącie prawie Bermudzkim, pomiędzy Frydkiem-Mistkiem, Nowym Jiczynem i… Japonią.



Urodzony w Kraju Kwitnącej Wiśni lider grupy, Mirai Navrátil, ponownie przeforsował pomysł na japońską nazwę albumu. „Tomodachi” to już czwarta „japońska” płyta Mirai, po bardzo udanej poprzedniczce „Maneki Neko” (2021) oraz dwóch starszych wydawnictwach – „Arigato” (2019) i „Konnichiwa” (2017). Słowo „tomodachi” oznacza „przyjaciela” i w takim klimacie podobno zrodziła się też czwarta w dyskografii formacji płyta studyjna. Na chwilę obecną w Czechach nie ma bardziej medialnej i zakochanej we własnym odbiciu grupy grającej pop rocka. Pytanie, czy to wystarczy, żeby utrzymać równy poziom przez całą karierę, z nowym albumem mam bowiem jeden duży problem. W porównaniu do naprawdę pomysłowej poprzedniczki jest miejscami wręcz okropny.



Poza wydanym w tym roku trzecim albumem piosenkarki Kateřiny Marii Tichej („Plamen”) nie było w mojej prywatnej poczekalni czeskiej płyty, która budziłaby większe oczekiwania. I w odróżnieniu od rewelacyjnej muzyki pani Kasi najnowsza propozycja Mirai’a Navrátila i jego kolegów brzmi jak sokowirówka, która zacięła się na jednym trybie i już nie zamierza z nami dalej współpracować. Wokalista i gitarzysta Navrátil w wywiadach poprzedzających ukazanie się płyty sugerował, że „Tomodachi” będzie najbardziej eksperymentalnym wydawnictwem w karierze grupy. W rzeczywistości powstały piosenki na przemian nudne i przewidywalne. A syntezatorów, w postaci słodkiej, niestrawnej papki, mamy na tym albumie tyle, że nawet Imagine Dragons mogliby Mirai zazdrościć takiej odwagi.

Jako eksperyment można potraktować wyłącznie krótki, bo tylko 33-minutowy czas trwania całego albumu. Płyta rozpoczyna się w pseudo hip-hopowym klimacie. „Easy” brzmi raczej jak kalka najokropniejszych boysbandów z lat 90., spotęgowana czeskim banalnym tekstem w formie „przygotówki” do jeszcze głupszego refrenu. Trzydziestolatkowie walczą na albumie głównie z upływającym czasem. „Čas mi teče mezi prsty” śpiewa Navrátil w ukrytym pod numerem drugim temacie „Kdyby příliš času zbývalo”, zbliżonym pop-rockową stylistyką do utworów z poprzednich dwóch albumów. W zestawieniu dwunastu piosenek broni się jeszcze jako tako ósmy na liście „All Night Long”, najbardziej rockowy, przypominający trochę dokonania praskiej grupy Tata Bojs. Chłopaki fajnie potraktowali tu zasadniczy moment w każdej dobrej piosence, czyli refren, śpiewając razem „Chci vidět celej klub, chci ruce hore”. Na koncertach ten utwór powinien niesamowicie wymiatać, bez dwóch zdań. Szkoda, że na tym, nawet nie przeciętnym, ale wręcz kiepskim albumie to niestety wypadek przy pracy.




Zaraz za „klubową petardą”, którą przed chwilą wychwaliłem, otrzymujemy muzycznego dziwoląga – „Promiň”, piosenkę błądzącą w najgorszych labiryntach kiczu. Fatalnej sytuacji przed metą nie uratuje nawet gościnny udział słowackiego rapera Majka Spirita w wybranym na singla utworze „Čas rány zahojí”. Navrátil wprawdzie nie katuje już przeprosinami, ale dołuje z kolei uciekającym czasem. „5 minut a jsi preč”, rapuje Spirit i po części ratuje cały utwór, bo bez jego bratysławskiego egzystencjalizmu trudno byłoby wytrzymać te trzy minuty grozy. Potem już – po przecierpieniu zarówno przedostatniego tematu „Dopis”, jak również zamykającego płytę „A ty víš” – wiemy na pewno, że zacinającej się sokowirówki nie damy rady uratować. „Nejrači bych utekl” – śpiewa Navrátil w ostatnim, najbardziej przesłodzonym utworze w całej chyba karierze grupy. Oby tylko fani nie odczytali tego dosłownie na koncertach, tym bardziej że szykują się megalomańskie letnie obozy muzyczne z grupą Mirai, jeden również we wrześniu w Ostrawie.
Pomimo słabej płyty ja na pewno nie spiszę Mirai na straty. Każdy kryzys, tym bardziej przedwczesny, kiedyś się bowiem kończy. Zespół, który na album „Arigato” był w stanie nagrać taką perełkę, jak „I přes to všechno”, zasługuje na kolejną szansę. 





Może Cię zainteresować.