Pop Art: Robbie Williams powrócił w wielkim stylu | 09.02.2026
Próbuj złapać drugą szansę w
życiu, bo trzecia może się nie powtórzyć. W show-biznesie obowiązuje to
podwójnie. Robbie Williams, który, jak to mówią, uciekł grabarzowi spod łopaty,
rzucając narkotyki i alkohol, nagrał jedną z najlepszych płyt w karierze.
Kłania się pierwszy lutowy Pop Art.
Robbie Williams podczas sesji zdjęciowej do najnowszego albumu.
Kiedy Robbie Williams biegał
po plaży i kopał w piłkę w teledysku do piosenki „Angels”, obaj byliśmy młodsi
o prawie trzydzieści lat. Trudno uwierzyć, że te trzy dekady uciekły niczym
piasek przez palce. Przed czym jednak nie da się uciec, to muzyka z najnowszego
albumu „Britpop”, z którym brytyjski wokalista i kompozytor wrócił na scenę po
dziesięcioletniej przerwie wypełnionej chaosem w życiu prywatnym i artystycznym.
Album „Britpop”, nagrany i
doszlifowany do perfekcji już w połowie zeszłego roku, czekał spokojnie na
swoją okazję aż do 16 stycznia 2026. Spóźniona data premiery nie była
przypadkowa, Williams nie chciał bowiem ścigać się z Talyor Swift, która na
początku października ubiegłego roku zameldowała się z płytą „The Life of a
Showgirl”. W marketingu strach ma często wielkie oczy. Teraz już wiadomo, że
obawy Williamsa były przesadzone, bo ostatnia płyta amerykańskiej piosenkarki
jest zwyczajnie słaba. „Britpop” jest zaś na tyle udanym albumem, że jako
prezent pod choinkę sprawdziłby się idealnie. Może też posłużyć za podarunek na
tegoroczne Walentynki.
Na tej płycie wszystko
wypaliło. Ostrzejsze, rockowe kawałki brzmią tak, jak powinny – soczyście, z
efektem łatwego wpadania w ucho. To samo dotyczy spokojniejszych, nastrojowych
utworów, które idealnie rozbudzają wyobraźnię, a w dodatku nie brzmią pretensjonalnie.
Dla Williamsa ta płyta jest spełnieniem marzeń. Kiedy rockowe grupy Oasis, Blur
czy The Verve nagrywały w latach 90. swoje najlepsze albumy, Robbie
zaszufladkowany był w muzyce pop. „Britpop” jest więc jego spóźnionym
manifestem prawdziwych upodobań muzycznych.
Otwierający krążek kawałek
„Rocket” to klasyczny rock, zbudowany na mocnych fundamentach gitary. W trybie
stereo z lewej strony wymiata 77-letni gitarzysta Black Sabbath, Tony Iommi, z
prawej były basista Deep Purple, 74-letni Glenn Hughes, a pomiędzy nimi za
mikrofonem kipi energią 51-letni Williams wyśpiewujący w refrenie: „Chciałbym
być twoją rakietą”. Solówka Tony’ego Iommi’ego w finale utworu wprawdzie brzmi
tak, jak milion innych solówek rockowych do takich piosenek, ale to wcale nie
przeszkadza. Jest moc, z którą Robbie rozdaje karty również w dalszej części
albumu.
„Britpop” to, jak sama nazwa
wskazuje, idealna propozycja dla miłośników brytyjskiego popu. Fot. ARC
„Spies”, drugi temat na
„Britpop”, rozpoczyna się w duchu późniejszych płyt Coldplay. To zasługa sekcji
smyczkowej narzucającej na starcie z pozoru pompatyczny nastrój. Wrażenie to jednak
szybko znika, a w dalszej części jest znów sympatycznie rockowo, w refrenie
wręcz transowo. Tak epicko Williams nie brzmiał od czasów albumu „Escapology”
(2002), a to już kawał czasu. I nasz bohater nie odpuszcza – gitary są znakiem
przewodnim również kolejnych kawałków – „Pretty Face”, „Bite Your Tongue”
(trochę w stylu Davida Bowie) i „All My Life”. „Cocky” to z kolei rock and roll
ubrany w swingowe szaty, skomponowany wspólnie z wokalistą i gitarzystą grupy
Supergrass, Gazem Coombesem. Słychać radość z grania, a także z życia, co w
przypadku wyleczonego z nałogów Williamsa brzmi podwójnie dobrze.
Robbie Williams, jeszcze w
czasach współpracy z cenionym kompozytorem Guyem Chambersem, miał w repertuarze
wiele udanych piosenek miłosnych. Album „Britpop”, nagrany już bez Chambersa,
też posiada udane „smutasy”, typowe piosenki-przytulanki. „Human”, z gościnnym
udziałem meksykańskiego duetu Jesse & Joy, traktuje o lękach współczesnego
świata. Robbie dostosował swój śpiew do charakteru utworu, frazuje w nietypowy
dla siebie sposób, bez parcia na bramkę. Moją ulubioną balladą z „Britpop” jest
jednak zamykający krążek „Pocket Rocket”. Robbie pokazuje, że nawet bez
wzniosłego refrenu, z wykorzystaniem minimalnych środków, można stworzyć coś naprawdę
pięknego. Odważę się nawet dodać, że w tej klimatycznej piosence słychać echa
muzyki grunge, takich zespołów jak Stone Temple Pilots i Alice in Chains.
Album oprócz „britpopowej”
stylistyki trafia w brytyjską wyobraźnię również w warstwie lirycznej. Ukryty
pod numerem 8 „Morrissey” to ewidentna zaczepka wobec lidera alternatywnej
formacji The Smiths, Stevena Morrissey’a. Gra słów, język utrzymanej w
ironicznym duchu piosenki spodoba się na pewno fanom Williamsa, ale już mniej
miłośnikom The Smiths. W tym miejscu chciałbym dodać, że Morrissey w Wielkiej
Brytanii od zawsze uchodził trochę za dziwaka, a swoimi kontrowersyjnymi
poglądami na politykę i obyczaje niejako sam strzelał sobie w kolano.
Jako rachunek sumienia brzmi
przedostatni na płycie temat „It's Okay Until the Drugs Stop Working”, w którym
Robbie rozprawił się z własnymi demonami. „Wszystko wygląda dobrze, póki ptaki
nie zaczynają śpiewać/Nieznajomi znikają, a narkotyki przestają
działać/Wszystko w porządku, aż do świtu, gdy poczta znowu cię nawiedza/I znów
jesteś sam”…