środa, 11 marca 2026
Imieniny: PL: Konstantego, Ludosława, Rozyny| CZ: Anděla
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art: Robbie Williams powrócił w wielkim stylu  | 09.02.2026

Próbuj złapać drugą szansę w życiu, bo trzecia może się nie powtórzyć. W show-biznesie obowiązuje to podwójnie. Robbie Williams, który, jak to mówią, uciekł grabarzowi spod łopaty, rzucając narkotyki i alkohol, nagrał jedną z najlepszych płyt w karierze. Kłania się pierwszy lutowy Pop Art.

Ten tekst przeczytasz za 5 min. 15 s
Robbie Williams podczas sesji zdjęciowej do najnowszego albumu.

Kiedy Robbie Williams biegał po plaży i kopał w piłkę w teledysku do piosenki „Angels”, obaj byliśmy młodsi o prawie trzydzieści lat. Trudno uwierzyć, że te trzy dekady uciekły niczym piasek przez palce. Przed czym jednak nie da się uciec, to muzyka z najnowszego albumu „Britpop”, z którym brytyjski wokalista i kompozytor wrócił na scenę po dziesięcioletniej przerwie wypełnionej chaosem w życiu prywatnym i artystycznym.

Album „Britpop”, nagrany i doszlifowany do perfekcji już w połowie zeszłego roku, czekał spokojnie na swoją okazję aż do 16 stycznia 2026. Spóźniona data premiery nie była przypadkowa, Williams nie chciał bowiem ścigać się z Talyor Swift, która na początku października ubiegłego roku zameldowała się z płytą „The Life of a Showgirl”. W marketingu strach ma często wielkie oczy. Teraz już wiadomo, że obawy Williamsa były przesadzone, bo ostatnia płyta amerykańskiej piosenkarki jest zwyczajnie słaba. „Britpop” jest zaś na tyle udanym albumem, że jako prezent pod choinkę sprawdziłby się idealnie. Może też posłużyć za podarunek na tegoroczne Walentynki.


Na tej płycie wszystko wypaliło. Ostrzejsze, rockowe kawałki brzmią tak, jak powinny – soczyście, z efektem łatwego wpadania w ucho. To samo dotyczy spokojniejszych, nastrojowych utworów, które idealnie rozbudzają wyobraźnię, a w dodatku nie brzmią pretensjonalnie. Dla Williamsa ta płyta jest spełnieniem marzeń. Kiedy rockowe grupy Oasis, Blur czy The Verve nagrywały w latach 90. swoje najlepsze albumy, Robbie zaszufladkowany był w muzyce pop. „Britpop” jest więc jego spóźnionym manifestem prawdziwych upodobań muzycznych.

Otwierający krążek kawałek „Rocket” to klasyczny rock, zbudowany na mocnych fundamentach gitary. W trybie stereo z lewej strony wymiata 77-letni gitarzysta Black Sabbath, Tony Iommi, z prawej były basista Deep Purple, 74-letni Glenn Hughes, a pomiędzy nimi za mikrofonem kipi energią 51-letni Williams wyśpiewujący w refrenie: „Chciałbym być twoją rakietą”. Solówka Tony’ego Iommi’ego w finale utworu wprawdzie brzmi tak, jak milion innych solówek rockowych do takich piosenek, ale to wcale nie przeszkadza. Jest moc, z którą Robbie rozdaje karty również w dalszej części albumu.

„Britpop” to, jak sama nazwa wskazuje, idealna propozycja dla miłośników brytyjskiego popu. Fot. ARC

„Spies”, drugi temat na „Britpop”, rozpoczyna się w duchu późniejszych płyt Coldplay. To zasługa sekcji smyczkowej narzucającej na starcie z pozoru pompatyczny nastrój. Wrażenie to jednak szybko znika, a w dalszej części jest znów sympatycznie rockowo, w refrenie wręcz transowo. Tak epicko Williams nie brzmiał od czasów albumu „Escapology” (2002), a to już kawał czasu. I nasz bohater nie odpuszcza – gitary są znakiem przewodnim również kolejnych kawałków – „Pretty Face”, „Bite Your Tongue” (trochę w stylu Davida Bowie) i „All My Life”. „Cocky” to z kolei rock and roll ubrany w swingowe szaty, skomponowany wspólnie z wokalistą i gitarzystą grupy Supergrass, Gazem Coombesem. Słychać radość z grania, a także z życia, co w przypadku wyleczonego z nałogów Williamsa brzmi podwójnie dobrze.


Robbie Williams, jeszcze w czasach współpracy z cenionym kompozytorem Guyem Chambersem, miał w repertuarze wiele udanych piosenek miłosnych. Album „Britpop”, nagrany już bez Chambersa, też posiada udane „smutasy”, typowe piosenki-przytulanki. „Human”, z gościnnym udziałem meksykańskiego duetu Jesse & Joy, traktuje o lękach współczesnego świata. Robbie dostosował swój śpiew do charakteru utworu, frazuje w nietypowy dla siebie sposób, bez parcia na bramkę. Moją ulubioną balladą z „Britpop” jest jednak zamykający krążek „Pocket Rocket”. Robbie pokazuje, że nawet bez wzniosłego refrenu, z wykorzystaniem minimalnych środków, można stworzyć coś naprawdę pięknego. Odważę się nawet dodać, że w tej klimatycznej piosence słychać echa muzyki grunge, takich zespołów jak Stone Temple Pilots i Alice in Chains.

Album oprócz „britpopowej” stylistyki trafia w brytyjską wyobraźnię również w warstwie lirycznej. Ukryty pod numerem 8 „Morrissey” to ewidentna zaczepka wobec lidera alternatywnej formacji The Smiths, Stevena Morrissey’a. Gra słów, język utrzymanej w ironicznym duchu piosenki spodoba się na pewno fanom Williamsa, ale już mniej miłośnikom The Smiths. W tym miejscu chciałbym dodać, że Morrissey w Wielkiej Brytanii od zawsze uchodził trochę za dziwaka, a swoimi kontrowersyjnymi poglądami na politykę i obyczaje niejako sam strzelał sobie w kolano.

Jako rachunek sumienia brzmi przedostatni na płycie temat „It's Okay Until the Drugs Stop Working”, w którym Robbie rozprawił się z własnymi demonami. „Wszystko wygląda dobrze, póki ptaki nie zaczynają śpiewać/Nieznajomi znikają, a narkotyki przestają działać/Wszystko w porządku, aż do świtu, gdy poczta znowu cię nawiedza/I znów jesteś sam”…

Robbie, dobrze, że wróciłeś.


Może Cię zainteresować.