czwartek, 18 kwietnia 2024
Imieniny: PL: Apoloniusza, Bogusławy, Gościsławy| CZ: Valérie
Glos Live
/
Nahoru

Nadzieja umiera ostatnia, czyli męska redakcja »Głosu« przed meczem Polski z Francją | 03.12.2022

W niedzielę o godz. 16.00 polscy piłkarze powalczą o awans do ćwierćfinału mundialu w Katarze. Na drodze staną mistrzowie świata, Francuzi. Męska część redakcji „Głosu” w kolejnym felietonowym zrywie, nie tylko ku pokrzepieniu serc. Nadzieja umiera bowiem ostatnia. 

Ten tekst przeczytasz za 5 min. 60 s
Tomasz Wolff, Janusz Bittmar i Łukasz Klimaniec. Fot. NORBERT DĄBKOWSKI

ODCZAROWAĆ LINEKERA

Polska awansuje do 1/4 piłkarskiego mundialu w Katarze i w końcu pomści Gary’ego Linekera, który wbił naszej kadrze trzy gole podczas mistrzostw świata w Meksyku w 1986 roku. Żeby tak się stało, muszą zostać spełnione dwa warunki. W niedzielę Anglicy odprawią w kwitkiem w 1/8 Senegal, a wcześniej „Lewy” i spółka pokonają aktualnych mistrzów świata, Francuzów. Czytając te słowa, pewnie wielu kibiców każe mi się puknąć w czoło. I to tak solidnie. Będą mieli rację. Patrząc bowiem na to, co wyprawiają biało-czerwoni w Katarze, najchętniej człowiek wyłączyłby telewizor i zajął się czymś bardziej pożytecznym. Ale tak trochę nie wypada – raz, że grają nasi, dwa, że mundial odbywa się co cztery lata. Ręce mogą zacierać co najwyżej kardiolodzy, bo gra polskiej reprezentacji może powodować problemy z sercem.

Mimo to przed niedzielnym starciem jestem umiarkowanym optymistą. Skoro do tej pory było tak źle, to może w końcu orły Michniewicza zagrają w piłkę tak, że będzie o tym mówił cały piłkarski świat. Wojciech Szczęsny, jak pokazał to już wiele razy na tym mundialu, zatrzyma Oliviera Girouda, Antoine Griezmana czy Kiliana Mbappe, w środku pola obudzi się Piotr Zieliński, a błyskiem geniuszu – w końcu kto, jak nie on – popisze się Robert Lewandowski. Słowa legendarnego trenera Kazimierza Górskiego, „dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe”, nabierają szczególnego znaczenia przed niedzielną konfrontacją. I dobrze, że możemy je przytoczyć nie na etapie spotkań w grupie, ale w fazie pucharowej.

A kiedy już zatrzymamy francuski walec w niedzielę, wtedy wszystko będzie możliwe. W końcu w barwach „synów Albionu” nie zagra już Lineker. No dobrze, żarty na bok. Panowie, czas brać się do roboty.

Tomasz Wolff

GRECKIE WSPOMNIENIA

Zawsze, kiedy wracam w rodzinne strony i przy okazji odwiedzam, bardzo dobrą zresztą, grecką tawernę w centrum Bogumina, przypominają mi się sceny z przełomu czerwca i lipca 2004 roku. Wówczas piłkarska reprezentacja Grecji pod wodzą Otto Rehhagela sensacyjnie triumfowała w mistrzostwach Europy w Portugalii. Styl gry greckiej drużyny prowadzonej przez doświadczonego niemieckiego trenera zupełnie nie pasował do trendów, jakie forsowała już wtedy UEFA, czyli atrakcyjnego futbolu zarówno dla widza, jak też właścicieli praw do transmisji meczów z mistrzostw Starego Kontynentu. Antyfutbol w wykonaniu ekipy Rehhagela święcił jednak sukcesy.

Outsider turnieju w półfinale po bramce w dogrywce wyeliminował Czechów, a w finale z obłoków na ziemię sprowadził gospodarzy – Portugalię. Pamiętam, że po przegranym półfinale i bramce, którą Czesi stracili w dogrywce po strzale głową Dellasa, wsiadłem na rower, by z osiem razy okrążyć całe miasto dla wyładowania frustracji. Przejeżdżając obok cieszących się z awansu siedzących przed tawerną Greków (tworzących w mieście dużą diasporę po fali emigracji z lat 1945-49), zastanawiałem się, jak można radować się z tak wymęczonej wygranej, po tak kiepskiej, defensywnej grze.

A jednak można, o czym przekonałem się na własnej skórze w środę wieczorem. Wprawdzie w pierwszym odruchu, kiedy już było wiadomo, że Polacy za sprawą lepszego bilansu bramkowego od Meksyku awansują do fazy pucharowej, poczułem się trochę głupio, bo przecież ten futbol trącił myszką, ale po chwili pomyślałem, że fajnie będzie zagrać teraz z Francją. Mam tylko jedną prośbę do trenera Czesława Michniewicza. Zagrajmy proszę z mistrzami świata w taki sposób, żeby po końcowym gwizdku sędziego mieć na koncie przynajmniej jeden celny strzał na bramkę. 

Janusz Bittmar

NAUCZKA Z WEMBLEY

Pamiętam mecz Anglia – Polska z października 1996 r. Rozgrywany na Wembley zapadł mi w pamięci, jako najlepszy mecz Polaków przeciw drużynie ze światowej czołówki. Biało-czerwoni prowadzili 1:0 po golu Marka Citko, grali znakomicie sprawiając gospodarzom duże kłopoty. Piotr Nowak, Henryk Bałuszyński, Krzysztof Warzycha i wspomniany Citko hasali między Anglikami, aż miło było patrzeć, stwarzając kolejne okazje do zdobycia gola. Polacy aż 16 razy strzelali na bramkę Anglików (rywale 14 razy), mieli 8 rzutów rożnych (Anglicy tylko 4). Skończyło się jednak jak zwykle – porażką 1:2.

To uczucie zawodu pomieszanego ze złością, goryczą i niedosytem podpowiadało, że lepiej byłoby wygrać w kiepskim stylu, niż przegrać po zachwycającej grze. W końcu historię piszą zwycięzcy, zwycięzców się nie sądzi.

Ale są granice kiepskiego stylu. Widziałem je w meczach Polaków z Meksykiem i zwłaszcza z Argentyną, gdzie zostały przekroczone w siermiężny sposób. Nie oddać żadnego strzału na bramkę rywala mając w zespole jednego z najlepszych napastników świata i czołowego pomocnika ligi włoskiej, który po meczu przyznał, że „Argentyńczycy nie byli tak agresywni jak Meksykanie, mieliśmy więcej miejsca, można było trochę pograć w piłkę”? Trudno mi pojąć. Jasne, że wyniki osiągnięte przez Polaków były do przewidzenia – wygraliśmy z tymi, z którymi mieliśmy wygrać i przegraliśmy z tymi, z którymi wiedzieliśmy, że – cytując Wojciecha Szczęsnego – „mogą trzymać piłkę przez 90 minut i nie dać jej nam powąchać”. Jasne, że większość z nas takie wyniki wzięłaby przed mundialem w ciemno. Ale jednak wolałbym zapamiętać polski zespół przegrywający z Argentyną po takim meczu, jak w 1996 r. z Anglią na Wembley.

Na szczęście jest mecz z Francją. I niepodparta niczym nadzieja, że może pozwoli nam lepiej zapamiętać ten mundial.

Łukasz Klimaniec


 


 



Może Cię zainteresować.