wtorek, 28 maja 2024
Imieniny: PL: Augustyna, Ingi, Jaromira| CZ: Vilém
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art: Marzenia i koszmary Diego Maradony | 11.08.2019

W świetle sukcesu piłkarzy Zaolzia w XIX Światowych Letnich Igrzyskach Polonijnych w Gdyni w nowym Pop Arcie recenzja głośnego dokumentu „Diego Maradona” w reżyserii Asifa Kapadiego. Zapraszam!

Ten tekst przeczytasz za 4 min. 30 s
Maradona w barwach Napoli. Fot. ARC

RECENZJE

DIEGO MARADONA

Jestem jednym z tych szczęściarzy, którzy mieli możliwość przeżywania meczów piłki nożnej w czasach, kiedy to na boisku rządził subtelny Argentyńczyk, Diego Armando Maradona. Jego niepowtarzalny drybling, prowadzenie piłki w dużej szybkości, niekonwencjonalne zagrania – to wszystko ukształtowało moje dzieciństwo na równi z książkami Wiesława Wernica i muzyką Samanthy Fox.

Jako dwunastolatek zobaczyłem Maradonę w ćwierćfinale mistrzostw świata w Meksyku przeciwko Anglii. Był rok 1986, a Diego znajdował się w szczytowej formie. W tamtym pamiętnym spotkaniu zdobył też bramkę, która przeszła do historii, ale w negatywnym słowa znaczeniu. Maradona w desancie powietrznym miał znikomą szansę na nawiązanie wyrównanej walki z rosłymi Anglikami. Traf chciał, że otrzymał wysokie podanie w pole karne i musiał sobie jakoś poradzić. A poradził sobie w swoim stylu – futbolówkę wepchnął do bramki ręką. Boska ręka – pisały gazety na całym świecie. Ten, a także wiele innych momentów z życia Maradony zawarł w swoim dokumencie reżyser Asif Kapadia, dla którego to trzecia w karierze próba mocowania się z celebrytami. Na pierwszy ogień poszła Amy Winehouse, zmarła tragicznie brytyjska piosenkarka, a potem była bardzo udana próba naszkicowania trudnego charakteru Ayrtona Senny, słynnego brazylijskiego kierowcy Formuły 1. Z tej trójki żyje tylko Diego Maradona. Pytanie tylko, co to za życie?

Wtajemniczeni wiedzą bowiem doskonale, że Diego w ostatnich latach zamienia się w ruinę. Z siłą buldożera, konsekwentnie rujnuje swoje życie. Gorzej radzi już sobie tylko popadający w coraz większe długi niemiecki tenisista Boris Becker, który mógłby być kolejnym wyzwaniem dla brytyjskiego reżysera. W filmie Kapadiego argentyński gwiazdor piłki zamknięty został w ośmioletniej klamrze – w złotej klatce najlepszego okresu w karierze, kiedy to bawił fanów we włoskiej Serie A. Kapadi wybrał najbardziej frapujące fragmenty z liczącego 500 godzin nagrań archiwum, na który złożyły się filmy rodzinne, wywiady, programy telewizyjne, a także fragmenty legendarnych meczów w barwach Napoli. Maradona z przeciętnego włoskiego klubu grającego regularnie w strefie spadkowej zrobił drużynę, przed którą trzęsły się takie potęgi, jak Juventus Turyn, AC Mediolan czy AS Roma. Jednak nie piłka i sukcesy z Neapolem (dwukrotne mistrzostwo kraju, triumf w Pucharze UEFA) są w filmie Kapadiego najważniejsze.

Najbardziej frapujący staje się drugi plan – koszmary Maradony, jego powiązania z neapolitańską mafią Camorrą, afera dopingowa. Ta układanka niczym perfekcyjne puzzle pokazuje, że Diego był i pozostał dużym dzieckiem. Zagubionym, słabo wykształconym dzieckiem, który talentem od Boga szastał na wszystkie strony. Najczęściej kierując się w strefę mroku, do piekła. Film został na tyle świetnie zmontowany, że czasami można odnieść wrażenie, że to fikcja reżyserska albo dobry thriller, a nie dokument. Rewelacyjnie zostały wprowadzone do linii narracyjnej nagłówki z włoskich gazet. Sportowi dziennikarze na Półwyspie Apenińskim nigdy nie owijali niczego w bawełnę. I nie patyczkowali się też z Maradoną. Do Neapolu Maradona trafił w roli gwiazdora, a opuszczał miasto i „tifosi” jako parszywy i niechciany. Prawdziwy dramat antyczny.

„Nie będzie w stanie psychicznie udźwignąć ciężaru, który na nim spoczywa” – tymi oto słowami Pele, najwybitniejszy piłkarz w historii, odpowiedział jednemu z dziennikarzy na pytanie, co myśli o młodym piłkarzu Argentinos Juniors. Brazylijczyk niczym Nostradamus wywróżył Maradonie karierę pełną wzlotów i upadków. W odróżnieniu od Maradony, Pele do dziś zachwyca erudycją, dystansem do życia, elegancją dżentelmena. Maradona z tatuażami na zniszczonej duszy piastuje obecnie funkcję trenera w drugoligowym meksykańskim klubie Club Social y Deportivo Dorados de Sinaloa, w skrócie Dorados. Co ciekawe, klub ma siedzibę w mieście Culiacán, stolicy stanu Sinaloa, w którym kartele narkotykowe czują się tak samo bezkarne, jak na południu Włoch. No cóż, jak mawiał Erich Maria Remarque, „w końcu wszystko staje się kwestią przyzwyczajenia”.

Janusz Bittmar

Pełna wersja Pop Artu w ostatnim, piątkowym wydaniu gazety.



Może Cię zainteresować.