wtorek, 28 maja 2024
Imieniny: PL: Augustyna, Ingi, Jaromira| CZ: Vilém
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art: WIEDŹMIN (1. sezon) - recenzja | 22.01.2020

Ten tekst przeczytasz za 5 min. 15 s
Fot. netflix.com
Wielu widzów zdążyło już pochłonąć za jednym zamachem całą 1. serię głośnego serialu „Wiedźmin” znajdującego się w ramówce Netfliksa. Geralt z Rivii w kreacji Henry’ego Cavilla wymiata - pisze w swojej recenzji Janusz Bittmar. 
 
Są wśród nas tacy, którzy twierdzą, że to Andrzej Sapkowski, a nie Olga Tokarczuk powinien był otrzymać literackiego Nobla. Nie będę polemizował z takimi opiniami, ale jeśli miałbym  zareagować jako czytelnik książek Sapkowskiego, a także świeżo po obejrzeniu „Wiedźmina” – najnowszego serialowego hitu platformy streamingowej Netflix – powiem tak: w krainie magii i czarów Nobel niewiele znaczy. Tu liczą się siła, mięśnie, seks appeal i mądrość przekazywana z generacji na generację. 

Tego, a także znacznie więcej nie brakuje Geraltowi z Rivii, nieustraszonemu pogromcy potworów przeróżnej maści, który z książek Sapkowskiego trafił, po raz drugi w historii, na szklany ekran. Tym razem nie mamy jednak do czynienia z naiwną, bajkową i ograniczoną słabym budżetem wersją, bo pałeczkę po TVP przejęli międzynarodowi producenci. Producentami wykonawczymi „Wiedźmina” byli dla Netfliksa m.in. Tomasz Bagiński, Alik Sacharow i Sean Daniel, a zamiast Michała Żebrowskiego w tytułową rolę wcielił się muskularny i enigmatyczny zarazem Henry Cavill. Dla Netfliksa ośmioodcinkowa pierwsza seria „Wiedźmina” jest tylko przymiarką do znacznie większej przygody. Jeśli wierzyć obietnicom, w najbliższych pięciu latach powstanie prawdziwy opus, a naszkicowane w pierwszym sezonie serialu postacie w pełni żyć zaczną dopiero wraz z kolejnymi seriami. Skąd my to znamy? Ano z kultowej superprodukcji konkurencyjnej dla Netfliksa stacji HBO, serialu „Gra o tron”. Pod wieloma względami obie produkcje są do siebie bliźniaczo podobne. Jest magia – dosłownie i w przenośni. 

 


 
Dla sukcesu „Wiedźmina” kluczowy jest sam Wiedźmin, czyli Geralt z Rivii. Burzliwe dyskusje na temat wyboru Cavilla do głównej roli pojawiły się na długo przed premierą serialu. Podzielone głosy zagorzałych fanów zjednoczyły się w okrzyki zachwytu wraz z obejrzeniem pierwszego odcinka – „Początek końca”. W kalendarzu widniał 20 grudnia 2019, kiedy to w Blaviken Geralt z Rivii otrzymał od maga Stregobora propozycję zabicia Renfri, przywódczyni bandytów, ale odmówił. Co było dalej? Serial łyknąłem dosłownie w jeden dzień. Osiem godzin, w trakcie których szybko opadły wątpliwości, czy aby twórcy serialu podołają wyzwaniu. Nie tylko podołali, ale nawet wyzwolili z poetyki książek Sapkowskiego pokłady nowej energii. 

Cavill zagrał Wiedźmina tak, jak gdyby od urodzenia nie robił nic innego, niż przygotowywał się do swojej życiowej roli. Na planie serialu zrezygnował nawet z dublerów w swoich scenach kaskaderskich, na co po raz ostatni zdecydował się … Jean Paul Belmondo w filmie „Złoto dla pazernych” (1984). Sapkowski w swoich książkach sceny walk z udziałem Wiedźmina potrafił opisać w tak plastyczny sposób, że, kiedy czyta się te fragmenty, nogi i ręce same zaczynają drgać, a zwykła łyżka kuchenna zamienia się w śmiertelną broń. Ten sam efekt udało się przemycić do serialu. Długo nie oglądałem tak efektownych choreografii sztuk walk, zwłaszcza z mieczem w roli głównej. Od pierwszej sceny, w której Cavill pokazał, na co go stać, byłem już spokojny o losy całego serialu. I faktycznie, rozbudowany świat fantasy autorstwa Andrzeja Sapkowskiego udało się na tyle poskromić, że nie powstał chaos, którego wszyscy się obawiali. 
 


 
Twórcy serialu połączyli w całość trzy linie narracyjne. Linia pokazująca bohaterskie czyny Wiedźmina została w głównej mierze oparta na krótkich opowiadaniach Sapkowskiego, z kolei oś czasowa skupiająca się na przelewaniu krwi i walce o władzę w magicznym świecie zaczerpnięta została z pierwszej, dużej powieści – „Króla Elfów”. Udało się przy okazji uniknąć przykrych niespodzianek. Na przykład takiej, że w jedną z najważniejszych postaci sagi – czarodziejkę Yennefer z Vengerbergu – nie wcieliła się Jennifer Lopez, ale świetna i mało znana brytyjska aktorka indyjskiego pochodzenia, Anya Chalotra. Jej przemiana z brzydkiej „świnki” w seksowną femme fatale robi wrażenie. Druga, kluczowa kobieca postać w serialu i literackim świecie Sapkowskiego, księżniczka Cirilla, została zinterpretowana w nieco gorszy sposób. Dla mnie Freya Allan jest aktorką przeciętną, co potwierdziła niestety również na planie „Wiedźmina”. Dziewczyna z tak ważną misją do spełnienia nie może grać drętwo, a niestety tak wypadło. 

Nie będę zdradzał szczegółów finału pierwszej serii, bo zdaję sobie sprawę z tego, że wśród czytelników są na pewno osoby, które z „Wiedźminem” obcują po raz pierwszy w życiu. „Król Elfów” nie został jednak wybrany przez twórców serialu przypadkowo. To świetne wprowadzenie w świat nieokiełznanej wyobraźni Andrzeja Sapkowskiego. Czekam na kolejne sezony. 
 





Może Cię zainteresować.