wtorek, 14 kwietnia 2026
Imieniny: PL: Bernarda, Martyny, Waleriana| CZ: Vincenc
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art: Gniewni jak za dawnych lat. Recenzja U2 „Days of Ash” | 04.03.2026

Muzyka łagodzi obyczaje. W przypadku irlandzkiej grupy U2 zadaje też trudne pytania, które na kanwie ostatnich wstrząsających wydarzeń na świecie są podwójnie ważne. Cieszę się, że Bono i spółka wrócili w wielkiej formie, o czym bliżej w najnowszym wydaniu Pop Artu.

Ten tekst przeczytasz za 5 min. 30 s
Grupa U2 wróciła niespodziewanie i w dodatku z przytupem. Takie powroty fani kochają najbardziej. Fot. mat. prasowe

Milczeli przez dziewięć lat. Niektórzy już nawet zwątpili, że stać ich jeszcze na nagranie nowego materiału, tym bardziej że ostatnie wydawnictwo, „Songs of Experience” (2017) posiadało nierówną formę. Dobre momenty przeplatane były nudnymi, jak gdyby Bono i spółka po prostu byli już wypaleni. Jeśli tak było, to po kilkukrotnym przesłuchaniu „Days of Ash”, niespodziewanej, wrzuconej do przestrzeni muzycznej pod koniec lutego 26-minutowej płyty EP, o wypaleniu można mówić już wyłącznie w czasie przeszłym. Jest odwrotnie – rozpaleni do białej gorączki przez ostatnie decyzje światowych polityków stworzyli spójne dzieło, w którym oprócz nacechowanych społecznie tekstów nie zapomniano też o tym, co w muzyce najważniejsze.

Okładka płyty „Days of Ash”. Fot. mat. prasowe

U2 od zawsze byli zespołem kochającym protest-songi, na najnowszym albumie krótkogrającym będącym „przygotówką” do dużego wydawnictwa planowanego jeszcze w tym roku pozostali wierni tej definicji, ba – odważyli się na nagranie najbardziej ostrych politycznie piosenek od czasów „The Joshua Tree” (1987). Pozytywnym zaskoczeniem, w odniesieniu do słabszej formy z ostatnich albumów, jest warstwa muzyczna płyty.

To wprawdzie „tylko” sześć piosenek, ale wszystkie trzymają równy, wysoki poziom. Nie ma odcinania kuponów od sławy, powtarzalności, każdy z tych kawałków potrafi istnieć samodzielnie. I nawet wyrwany z kontekstu albumu, utrzymanego w proteście wobec współczesnego establishmentu, każdy utwór brzmi jak idealny singiel do szykowanej płyty studyjnej. Sami muzycy zapewniają też, że „Days of Ash” traktują jako pełnowartościowe dzieło, a nie tylko zwykłą płytę EP. W czasach wrzucania do serwisów streamingowych byle czego, trzymająca się kupy płyta EP należy już do rzadkości. I nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś z moich ulubionych wykonawców pokusił się właśnie o taki zabieg. Chwała im za odwagę.


Zespół chyba nie mógł wymarzyć sobie na wydanie nowej muzyki lepszego momentu niż obecna sytuacja geopolityczna na świecie. Wprawdzie pierwotnym impulsem do nagrania nowych piosenek była aktualna sytuacja polityczna w Stanach Zjednoczonych (nie ma co ukrywać, U2 nie lubią Donalda Trumpa, zresztą „nie lubią” to jeszcze słabo powiedziane), ale w warstwie lirycznej muzycy dotykają też innych gorących kwestii – włącznie z konfliktem na Bliskim Wschodzie.

W przypadku U2 muzyka i polityka zawsze szły ręka w rękę, w szczególności na początku kariery w latach 80. i 90. XX wieku, dlatego „Days of Ash” jest dla mnie szczerym manifestem. „Nowa EP-ka to odpowiedź na bieżące wydarzenia, inspirowana wieloma niezwykłymi i odważnymi ludźmi walczącymi na froncie wolności. Cztery z pięciu utworów opowiadają o konkretnych osobach: matce, ojcu, nastolatce, której życie zostało brutalnie przerwane, oraz o żołnierzu, który wolałby śpiewać, ale jest gotów umrzeć za wolność swojego kraju" – opisują płytę w mediach społecznościowych muzycy U2.


Muzycznie jest naprawdę bardzo, bardzo dobrze. Album otwiera protest-song „American Obituary”, soczysty, rockowy temat nagrany w reakcji na zamieszki w USA po zastrzeleniu przez agentów ICE (Urzędu ds. Imigracji i Egzekwowania Ceł) matki trójki dzieci. „Renee Good urodziła się, by umrzeć wolna. Amerykańska matka trójki dzieci. Siódmego dnia stycznia. Kula dla każdego dziecka” – śpiewa energicznie Bono. W jego głosie słychać wkurzenie, złość wplątana w mocny refren nadaje tej piosence prawie heavy metalowy klimat. Na drugim stylistycznym biegunie stoi zamykający krążek popowy utwór „Yours Eternally” nagrany wspólnie z Edem Sheeranem i ukraińskim muzykiem Tarasem Topolią, stanowiący udaną klamrę za udaną EP-ką.

W ukrytym pod numerem 2 spokojnym temacie „The Tears Of Things” objawia się kameralne oblicze zespołu. To piękna ballada, pozwalająca grupie rozwinąć skrzydła w trochę innym kierunku. W chóralnym refrenie czuć nawet odniesienia do legendarnej płyty Pink Floyd – „The Wall”, gdzie zresztą też nie brakowało utworów nacechowanych obywatelsko.


„Song of The Future” przypomina o trudnej sytuacji na Bliskim Wschodzie, bohaterką utworu jest szesnastoletnia Sarina Esmailzadeh, zamordowana w Iranie przez tamtejszą Gwardię Rewolucyjną w czasie antyrządowych protestów. Bono, w przeciwieństwie do zagubionego w antysemityzmie Rogera Watersa (którego narrację przestali tolerować również żyjący członkowie Pink Floyd), stoi po stronie Izraela, ale zarazem jest przeciwnikiem wszelkich wojen. To dylemat, z którym musi się zmierzyć nie tylko Bono, ja mam tak samo.

Aż chce się krzyknąć, jaka szkoda, że owocem nagłej weny twórczej, która zdarza się każdemu, w przypadku U2 było zaledwie sześć nowych piosenek. I że na album studyjny trzeba będzie jeszcze trochę zaczekać. Widząc i słysząc, w jakiej formie znajdują się Irlandczycy w piątej dekadzie swojej kariery, po nowej „długogrającej” płycie można się spodziewać wiele dobrego.



Może Cię zainteresować.