Pop Art: Gniewni jak za dawnych lat. Recenzja U2 „Days of Ash” | 04.03.2026
Muzyka łagodzi obyczaje. W przypadku irlandzkiej grupy U2
zadaje też trudne pytania, które na kanwie ostatnich wstrząsających wydarzeń na
świecie są podwójnie ważne. Cieszę się, że Bono i spółka wrócili w wielkiej
formie, o czym bliżej w najnowszym wydaniu Pop Artu.
Grupa U2 wróciła niespodziewanie i w dodatku z przytupem. Takie powroty fani kochają najbardziej. Fot. mat. prasowe
Milczeli przez dziewięć lat. Niektórzy już nawet zwątpili,
że stać ich jeszcze na nagranie nowego materiału, tym bardziej że ostatnie
wydawnictwo, „Songs of Experience” (2017) posiadało nierówną formę. Dobre
momenty przeplatane były nudnymi, jak gdyby Bono i spółka po prostu byli już
wypaleni. Jeśli tak było, to po kilkukrotnym przesłuchaniu „Days of Ash”,
niespodziewanej, wrzuconej do przestrzeni muzycznej pod koniec lutego
26-minutowej płyty EP, o wypaleniu można mówić już wyłącznie w czasie przeszłym.
Jest odwrotnie – rozpaleni do białej gorączki przez ostatnie decyzje światowych
polityków stworzyli spójne dzieło, w którym oprócz nacechowanych społecznie
tekstów nie zapomniano też o tym, co w muzyce najważniejsze.
Okładka płyty „Days of Ash”. Fot. mat. prasowe
U2 od zawsze byli zespołem kochającym protest-songi, na
najnowszym albumie krótkogrającym będącym „przygotówką” do dużego wydawnictwa
planowanego jeszcze w tym roku pozostali wierni tej definicji, ba – odważyli
się na nagranie najbardziej ostrych politycznie piosenek od czasów „The Joshua
Tree” (1987). Pozytywnym zaskoczeniem, w odniesieniu do słabszej formy z
ostatnich albumów, jest warstwa muzyczna płyty.
To wprawdzie „tylko” sześć piosenek, ale wszystkie trzymają
równy, wysoki poziom. Nie ma odcinania kuponów od sławy, powtarzalności, każdy
z tych kawałków potrafi istnieć samodzielnie. I nawet wyrwany z kontekstu
albumu, utrzymanego w proteście wobec współczesnego establishmentu, każdy utwór
brzmi jak idealny singiel do szykowanej płyty studyjnej. Sami muzycy zapewniają
też, że „Days of Ash” traktują jako pełnowartościowe dzieło, a nie tylko zwykłą
płytę EP. W czasach wrzucania do serwisów streamingowych byle czego, trzymająca
się kupy płyta EP należy już do rzadkości. I nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio
ktoś z moich ulubionych wykonawców pokusił się właśnie o taki zabieg. Chwała im
za odwagę.
Zespół chyba nie mógł wymarzyć sobie na wydanie nowej muzyki
lepszego momentu niż obecna sytuacja geopolityczna na świecie. Wprawdzie
pierwotnym impulsem do nagrania nowych piosenek była aktualna sytuacja
polityczna w Stanach Zjednoczonych (nie ma co ukrywać, U2 nie lubią Donalda
Trumpa, zresztą „nie lubią” to jeszcze słabo powiedziane), ale w warstwie
lirycznej muzycy dotykają też innych gorących kwestii – włącznie z konfliktem
na Bliskim Wschodzie.
W przypadku U2 muzyka i polityka zawsze szły ręka w rękę, w
szczególności na początku kariery w latach 80. i 90. XX wieku, dlatego „Days of
Ash” jest dla mnie szczerym manifestem. „Nowa EP-ka to odpowiedź na bieżące
wydarzenia, inspirowana wieloma niezwykłymi i odważnymi ludźmi walczącymi na
froncie wolności. Cztery z pięciu utworów opowiadają o konkretnych osobach:
matce, ojcu, nastolatce, której życie zostało brutalnie przerwane, oraz o
żołnierzu, który wolałby śpiewać, ale jest gotów umrzeć za wolność swojego
kraju" – opisują płytę w mediach społecznościowych muzycy U2.
Muzycznie jest naprawdę bardzo, bardzo dobrze. Album otwiera
protest-song „American Obituary”, soczysty, rockowy temat nagrany w reakcji na
zamieszki w USA po zastrzeleniu przez agentów ICE (Urzędu ds. Imigracji i
Egzekwowania Ceł) matki trójki dzieci. „Renee Good urodziła się, by umrzeć
wolna. Amerykańska matka trójki dzieci. Siódmego dnia stycznia. Kula dla
każdego dziecka” – śpiewa energicznie Bono. W jego głosie słychać wkurzenie,
złość wplątana w mocny refren nadaje tej piosence prawie heavy metalowy klimat.
Na drugim stylistycznym biegunie stoi zamykający krążek popowy utwór „Yours
Eternally” nagrany wspólnie z Edem Sheeranem i ukraińskim muzykiem Tarasem
Topolią, stanowiący udaną klamrę za udaną EP-ką.
W ukrytym pod numerem 2 spokojnym temacie „The Tears Of
Things” objawia się kameralne oblicze zespołu. To piękna ballada, pozwalająca
grupie rozwinąć skrzydła w trochę innym kierunku. W chóralnym refrenie czuć
nawet odniesienia do legendarnej płyty Pink Floyd – „The Wall”, gdzie zresztą
też nie brakowało utworów nacechowanych obywatelsko.
„Song of The Future” przypomina o trudnej sytuacji na
Bliskim Wschodzie, bohaterką utworu jest szesnastoletnia Sarina Esmailzadeh,
zamordowana w Iranie przez tamtejszą Gwardię Rewolucyjną w czasie antyrządowych
protestów. Bono, w przeciwieństwie do zagubionego w antysemityzmie Rogera
Watersa (którego narrację przestali tolerować również żyjący członkowie Pink
Floyd), stoi po stronie Izraela, ale zarazem jest przeciwnikiem wszelkich
wojen. To dylemat, z którym musi się zmierzyć nie tylko Bono, ja mam tak samo.
Aż chce się krzyknąć, jaka szkoda, że owocem nagłej weny
twórczej, która zdarza się każdemu, w przypadku U2 było zaledwie sześć nowych
piosenek. I że na album studyjny trzeba będzie jeszcze trochę zaczekać. Widząc
i słysząc, w jakiej formie znajdują się Irlandczycy w piątej dekadzie swojej
kariery, po nowej „długogrającej” płycie można się spodziewać wiele dobrego.