wtorek, 27 lutego 2024
Imieniny: PL: Gagrieli, Liwii, Leonarda| CZ: Alexandr
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art 195 z Red Hot Chili Peppers | 03.07.2016

LEAD: Pierwszy wakacyjny Pop Art pachnie słońcem i ostrymi chilli papryczkami.

Ten tekst przeczytasz za 3 min. 15 s
Grupa Red Hot Chili Peppers. fot. ARC

MUZYCZNA RECENZJA

RED HOT CHILI PEPPERS – The Getaway

Pięć lat czekania na nową płytę Papryczek to zdecydowanie za długo. Nawet piłkarskie mundiale odbywają się co cztery lata. W ciągu pięciu lat można przecież stracić resztki włosów na głowie włącznie z pełnym uzębieniem. Cierpliwość fanów Red Hot Chili Peppers, do których też sią zaliczam, jest jednak bezgraniczna.

W jednej z zagranicznych recenzji spotkałem się ze stwierdzeniem, że to najsłabszy album w karierze grupy. Te słowa musiał napisać jakiś młokos, który nie potrafi zaparkować swoich słów w odpowiednim kontekście czasowym. W zatrzęsieniu niepotrzebnych rockowych płyt, w które 2016 rok obfituje, album „The Getaway” jest orzeźwieniem na skalę knajpy w samym sercu Sahary. Na poprzednim albumie „I´m With You” z zespołem po raz pierwszy zagrał nowy gitarzysta Josh Klinghofer, który zastąpił Johna Frusciantego. Płyty „The Getaway” z kolei po raz pierwszy nie produkował stały współpracownik grupy, Rick Rubin, ale Danger Mouse – amerykański muzyk, DJ i producent współpracujący w przeszłości m.in. z U2, Beckiem czy Adele. Ta kooperacja wyszła Papryczkom zdecydowanie na dobre. Pod względem aranżacyjnym nowa płyta sprawia wrażenie spójnej, przemyślanej od początku do końca. Danger Mouse przeforsował na płytę m.in. sekcję dętą i chórki, które nie tylko osłodziły całość, ale nadały też utworom wielowymiarowy charakter.

„The Getaway” nie brzmi tak rockowo, jak starsze albumy Papryczek. Powodów jest kilka. Najważniejszy to ten, że wraz z odejściem z zespołu Johna Frusciantego gitary przesunęły się na drugi plan. Owszem, Josh Klinghofer potrafi po męsku uderzyć w struny (znakomity „Detroit”), ale w większości jego gra sprowadza się do szkicowania atmosfery. Niektórzy faceci w dojrzałym wieku rezygnują z noszenia krótkich spodenek, inni z kolei wyciszają się, bo zdają sobie sprawę z tego, że hałasu i szumu narobili już sporo. Anthony Kiedis już nawet nie śpiewa tak zaczepnie, z taką agresją w głosie, jak na pierwszych płytach zespołu. Na „The Getaway” znalazło się miejsce dla pięknej ballady „The Hunter”, która z powodzeniem mogłaby trafić na album Robbiego Williamsa. Kiedy po raz pierwszy słuchałem tego utworu, cały czas czekałem, że wydarzy się w nim coś na miarę „Under The Bridge”, jakieś połamanie beatów, funkowa zmiana tempa, zwariowana partia gitary basowej w wykonaniu Flei. Nic z tego. „The Hunter” to encyklopedyczny przykład poprockowej, uroczej przytulanki. Niespodzianek na tym albumie mamy sporo. Chociażby zamykający krążek „Dreams Of A Samurai”, utrzymany w nietypowej dla Papryczek stylistyce rocka progresywnego czy ukryty pod numerem 10. „This Ticonderoga” – żywcem wyjęty z koncertu Lenny´ego Kravitza. Mamy jednak też sporo klasycznego chilli... czyli udanych funk rockowych klimatów w takich kawałkach, jak „We Turn Red”, „The Longest Wave” i „Goodbye Angels”. Bo w przypadku Red Hot Chili Peppers nawet rutyna może być majstersztykiem.

Cała 195. odsłona Pop Artu w sobotnim,  drukowanym wydaniu gazety.


Może Cię zainteresować.