sobota, 13 lipca 2024
Imieniny: PL: Danieli, Irwina, Małgorzaty| CZ: Markéta
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art 203 z Leonardem Cohenem | 13.11.2016

„Jeżeli Ty rozdajesz karty, to ja wypadam z gry. Jeżeli Ty uzdrawiasz, to chory jestem ja. Jeśli chwała Twoja jest, to mi przypada tylko wstyd. Chcesz by było mroczniej, zdławmy płomień” – śpiewa Leonard Cohen na swojej czternastej w karierze płycie studyjnej. Niestety ostatniej.

Ten tekst przeczytasz za 5 min. 30 s
Leonard Cohen. Fot. ARC

Poniższa recenzja ostatniej płyty w karierze Leonarda Cohena powstała na tydzień przed śmiercią artysty, do drukowanego wydania "GL". Przypomnijmy, kanadyjski piosenkarz i poeta zmarł 11 listopada w wieku 82 lat. Moim zdaniem zasłużył na literackiego Nobla znacznie bardziej, niż Bob Dylan, ale to kwestia gustu.

MUZYCZNA RECENZJA

LEONARD COHEN – You Want It Darker (2016)

W tym roku powstało tyle pięknych płyt, że w grudniu stanę przed dylematem, które albumy wybrać do swojej prywatnej listy TOP 10. Jedno wiem na pewno. Czternasta w karierze Leonarda Cohena płyta studyjna znajdzie się w tym gronie obowiązkowo.

82-letni Cohen rozpieszcza swoich fanów, to nie ulega żadnej wątpliwości. Dwa lata temu na rynku wydawniczym ukazał się album „Popular Problems”, a w 2012 „Old Ideas”. Czyli co dwa lata nowa płyta. Najpiękniejsze w tym wszystkim, poza muzyką, jest to, że Leonard Cohen już nie jest raczej jeźdzcą swojej generacji, ale trafia do odbiorców młodszych o kilkadziesiąt lat. Czy to sen każdego artysty? Możliwe, aczkolwiek w przypadku kanadyjskiego barda nie stosowałbym określenia „sen”. Cohen, który przyznaje się do fascynacji buddyzmem i chrześcijańskim mistycyzmem, żyje teraźniejszością, co słychać w jego utworach. Kiedy rozlicza się z Bogiem ze swojego życia, tak jak w otwierającym krążek tytułowym utworze „You Want It Darker”, robi to z typowym dla siebie dystansem. Tylko odbiorcy bez poczucia humoru mogli pomyśleć, że ten album jest nieoficjalnym pożegnaniem z karierą, przygotowaniem do drogi ostatecznej. „You Want It Darker” bije na głowę „Popular Problems”, a także „Old Ideas”, ale coś mi mówi, że na życiową płytę Cohena, która posłuży za epitafium, jeszcze za wcześnie.

Najnowszy album wyprodukował syn Cohena, Adam. Od pierwszych dźwięków słychać, że syn z pokorą podchodzi do spuścizny swojego ojca. Oprócz lekko nowatorskiego, kakofonicznego podejścia do chórków w utworze tytułowym, reszta płyty utrzymana jest w klasycznej koncepcji, do której Cohen na przestrzeni pięćdziesięciu lat zdążył już przyzwyczaić swoich fanów. Kanadyjczyk nie zrezygnował więc m.in. z kobiecych akcentów za mikrofonem, w partiach wokalnych wspomagają artystę Dana Glover i Alison Kraus. Żydowskie motywy w „Traveling Light” przeplatane są deklamacją Cohena, swoistą mantrą, która wciąga swoim mądrym przekazem. Raz po raz z delikatnego podłoża wynurzają się piękne skrzypki, tak jak w innym frapującym temacie „It Seemed The Better Way” albo przedostatnim na płycie „Steer You Way”. Gdyby zaś zapytać Cohena, który z dziewięciu wybranych na krążek utworów znaczy dla niego najwięcej, stawiam w ciemno „Treaty” – zdublowany w finale albumu uroczą kodą „”String Reprise/Treaty”. W pierwszej części kompozycji czekamy z utęsknieniem na Jego głos, zanurzając się w głębię jeziora magicznie brzmiących skrzypiec. A kiedy już pojawia się Jego głos, ciarki przechodzą po plecach.

SZKLANA RECENZJA

NARCOS – drugi sezon (2016)

Mam ostatnio słabość do seriali, w których aż roi się od trupów i narkotyków. Na łamach Pop Artu wychwaliłem pod niebiosa obie serie włoskiej „Gomorry”, a także pierwszy sezon amerykańskiego serialu „Narcos” w produkcji stacji Netflix. W związku z tym, że doczekaliśmy się już drugiej odsłony przygód narkobarona Pablo Escobara, a Netflix zgodnie ze swoją formułą wrzucił do sieci wszystkie odcinki w jednym momencie, ugotowałem się z Escobarem po raz drugi. Warto na początek podkreślić, że drugi sezon „Narcos” nie zwalnia tempa, wręcz przeciwnie. Twórcy serialu ustrzegli się pułapek, które mogły na nich czyhać w kolumbijskim buszu, serwując nam fantastyczny obraz powoli rozkładającego się na czynniki pierwsze Pablo Escobara. Po ucieczce z luksusowego więzienia (a raczej kurortu) jego imperium narkotykowe nie działa już tak sprawnie. Coraz sprawniej natomiast radzą sobie myśliwi polujący na jego głowę. Wszystkich aktorów uczestniczących w „Narcos” bije na głowę Brazylijczyk Wagner Moura. Nie tylko nauczył się świetnie hiszpańskiego, ale w rolę Escobara wcielił się tak fenomenalnie, że Hitler w wykonaniu Bruno Ganza z filmu „Upadek” może się schować.

O tym, że Pablo Escobar był zbrodniarzem i megalomanem, nie trzeba nikogo przekonywać. Świadczą o tym chociażby siwe włosy na głowie Georga Busha st., który w pozycji ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych koordynował polowanie na wroga numer jeden dla USA i Kolumbii. Mało kto jednak wiedział, że Escobar miał też nietuzinkowe poczucie humoru. Po części dialogi w „Narcos” i złote myśli Escobara są serialową fikcją, ale nie zapominajmy, że w multimedialnej erze można łatwo wygrzebać perełki z archiwum telewizji. A do takich perełek należy słynny wywiad, jakiego Escobar udzielił zdesperowanym kolumbijskim mediom. Zapytany przez dziennikarza, jak zakończy się jego przygoda życiowa, odparł: „Chciałbym umrzeć, stojąc wyprostowany, na własnych dwóch nogach. W roku 3047”. To dla mnie najważniejsza scena w drugim sezonie serialu. Mówi bowiem wszystko o narcystycznej osobowości Escobara. 

 




Może Cię zainteresować.