środa, 22 maja 2024
Imieniny: PL: Emila, Neleny, Romy| CZ: Emil
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art: OLYMPIC – Kaťata (recenzja) | 15.12.2020

Dobiegający końca rok 2020 obfitował w wiele muzycznych niespodzianek. Należy do nich również świetna najnowsza płyta czeskiej legendy rocka, grupy Olympic. 

Ten tekst przeczytasz za 4 min. 45 s
Fot. ARC
 
 
Okładka prawie jak z czasów „Born In The USA” Bruce’a Springsteena, a w środku? Nie spodziewałem się, że legendarna czeska grupa rockowa działająca nieprzerwanie od prawie… 60 lat jest jeszcze w stanie nagrać tak soczystą, prowokacyjną i świeżo brzmiącą płytę studyjną. 

Zawsze słuchałem grupy Olympic ot tak, przy okazji. W dzieciństwie w pokoju wujka, który był wtenczas moim i brata muzycznym przewodnikiem, a potem w sytuacjach typowych chyba dla wszystkich – w radio czy telewizji, gdzie Petr Janda zawsze cieszył się dużą popularnością. Nigdy nie byłem typowym fanem Olympicu, takim, który z wypiekami na twarzy kolekcjonowałby wszystkie płyty nagrane dla Supraphonu. Jako nastolatek wolałem słuchać polskiego rocka, kiedy zaś Olympic w latach 90., a także w nowym tysiącleciu męczył się mocno, nagrywając albumy kompletnie bez ikry, ja odkrywałem uroki jazzu i grunge’u (tak, dokładnie w tej kolejności). Jeszcze miesiąc temu myślałem, że Janda ze swoim zespołem podzieli los innych dinozaurów wschodnioeuropejskiego rocka, nagrywających albumy do kotleta. I wtedy, jak kometa spadły z nieba „gacie”, bo tak brzmi polski odpowiednik potocznego czeskiego określenia dla spodni, które są przewodnim motywem całego albumu. 

 


Lider Olympicu, wokalista i gitarzysta Petr Janda, w wieku 78 lat wigorem przypomina Iana Gillana z Deep Purple. W warstwie brzmieniowej „Kat’ata” też zbliżone są najbardziej do ostatnich dokonań legendy brytyjskiego hard rocka, oldbojowa drużyna Deep Purple przegrywa jednak z czeską supergrupą pod względem średniej wiekowej. Olympic na ostatniej płycie nieco odmłodził bowiem skład, nagrywając „Kat’ata” z nowym klawiszowcem, Pavlem Březiną, byłym członkiem morawskiej formacji Argema. Śmiem twierdzić, że gdyby nie ten transfer, to Olympic w dalszym ciągu odcinałby kupony od sławy. To kolejny piękny paradoks towarzyszący odkrywaniu najnowszego wcielenia Olympicu, że grająca mało odkrywczego, „browarowego rocka” Argema dała światu tak rewelacyjnego muzyka. Pora jednak bliżej przyjrzeć się kolekcji jedenastu nowych utworów. Tak na dobrą sprawę nawet największy muzyczny malkontent będzie miał trudności, żeby się do czegoś przyczepić. No może poza utworem tytułowym.

Kompozycję otwierającą cały krążek zdefiniowało bowiem poczucie humoru graniczące z prowokacją. „Já nemám žádnej splin, svůj granát odjistím, já nechci lásku, já chci jen klin, pak křídli máchnout” – śpiewa Janda w tytułowej piosence utrzymanej w stylistyce heavy metalowego pastiszu. Piosenka „Kat’ata”, słuchając której można albo się śmiać, albo płakać, szybko stała się gorącym tematem internetowych dyskusji. Na całe szczęście nie reprezentuje całego albumu. Dalsze obcowanie z płytą przynosi już jednak samą radość. 

 


Jednym z najlepszych fragmentów albumu jest „Ach”, ukryty pod numerem czwartym bluesrockowy kawałek, rozkręcający się w podobnym duchu, jak „Wehikuł czasu” śląskiej formacji Dżem. Dynamiczny utwór trzyma w ryzach malownicza gitara Petra Jandy, nadająca całości majestatu. Olympic od zawsze miał szczęśliwą rękę, jeżeli chodzi o komponowanie pięknych, miłosnych piosenek. „Šrám, co se nezahojí” dołączy do kanonu ballad Olympicu, obok takich hitów, jak „Bon Soir Mademoiselle Paris”, „Slzy Tvý Mámy” czy „Snad jsem to zavinil já”. Piękny tekst Ondřeja Fencla dodaje tej piosence dodatkowego blasku, ratując słodki refren przed pretensjonalnością. Poza wiodącą rolą Jandy – wokalisty i gitarzysty, właśnie w tym utworze najmocniej słychać świetne klawisze Pavla Březiny, przesiąknięte southrockowym luzem dawnego The Eagles. 

Co wyróżnia całą płytę na tle poprzednich dokonań Petra Jandy i spółki, słychać najmocniej w temacie – „Hejá”. To mocna, heavy metalowa wręcz ściana gitar, niespotykana wcześniej w dyskografii Olympicu. Janda zawsze zresztą darzył dużą sympatią heavy metalowe zespoły, niektórym czeskim grupom pomagał nawet na starcie kariery z produkcją płyt. Aż trudno uwierzyć, że liderowi Olympicu za dwa lata stuknie osiemdziesiątka, a basista Milan Broum w czerwcu przyszłego roku będzie obchodził siedemdziesiąte urodziny. Zdrowie, panowie! I mam nadzieję, że w przyszłym roku spotkamy się na którymś z koncertów w ramach nowej trasy. W zrestartowanym, znów normalnym świecie.
 



Może Cię zainteresować.