poniedziałek, 15 kwietnia 2024
Imieniny: PL: Adolfiny, Odetty, Wacława| CZ: Anastázie
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art: RICHARD MÜLLER – Hodina medzi psom a vlkom (recenzja) | 05.11.2020

 

Jeśli nie wiecie, co oznacza słowackie określenie „hodina medzi psom a vlkom”, Richard Müller spieszy z odpowiedzią. 

Ten tekst przeczytasz za 5 min. 30 s
Fot. mat. pras.

 
Richardowi Müllerowi za rok stuknie sześćdziesiątka. Według naukowców – tych, których obecnie nie pochłania akurat epidemia koronawirusa – 60. urodziny to przełom fizjologiczny w życiu każdego mężczyzny. Potem jest już tylko gorzej. Na całe szczęście z muzyką słowackiego barda długo nie było tak dobrze, jak na najnowszej płycie, „Hodina medzi psom a vlkom”. 

Nie wiem, czy ktoś przede mną użył narzucającego się automatycznie, jak trzeci bieg w samochodzie, skojarzenia, iż Müller starzeje się jak dobry Müller Thurgau z winnicy w Pezinku. Jeśli tak, to miał rację, a mistrzowie bardziej wykwintnych porównań niech wybaczą. 

Czternasty w karierze solowej autorski album Richarda Müllera powstał w przeważnej części w trakcie wiosennej kwarantanny. „Wziąłem do ręki gitarę podarowaną przez Patti Smith i zacząłem nucić piosenki rodzące się tak od niechcenia w mojej głowie” – mówił w jednym z wywiadów Müller. Te słowa są wymowne, jeżeli wziąć pod uwagę muzykę zawartą na albumie „Hodina medzi psom a vlkom”. Pokazują bowiem,  że słowacki pieśniarz po długim czasie zdecydował się sam skomponować piosenki, rezygnując – poza jednym wyjątkiem – z pomocy przyjaciół. W przeszłości bywało bowiem zgoła odwrotnie, co dokumentują lepsze i gorsze płyty nagrane z takimi kompozytorami, jak Ivan Tásler (IMT Smile) czy Ondřej Brzobohatý. Najlepszy okres twórczości zaliczył Müller wspólnie z bliskim przyjacielem, zmarłym w 2000 roku Jaro Filipem. Albumy „LSD” (1996) i „Nočná optika” (1998) na zawsze weszły do kanonu słowackiego pop-rocka, a dla mnie to zarazem dwa najważniejsze wydawnictwa w karierze piosenkarza. „Hodina medzi psom a vlkom” przypomina tamten niezapomniany okres.

 
 

Jedyne, czego brakuje najnowszej płycie, to wyjątkowości gitarzysty. Po odejściu Andreja Šebana, który w ostatnich latach poświęca się muzyce eksperymentalnej, na albumach Müllera gitarowi czarodzieje zmieniali się jak skarpetki, ale – parafrazując słowa Adama Mickiewicza – żaden nie umiał tak dobrze zagrać przy Jankielu. Bynajmniej nie chcę jednak pomniejszać zasług świetnej młodej ekipy obecnych muzyków sesyjnych (gitarzysta Marián Kachút, basistka Laura Jaškowa) prowadzonych przez doświadczonego producenta Petera Grausa, a także zaproszonych gości. Świetnie wypadł m.in. Ashley Slater z brytyjskiej acid-jazzowej grupy Freak Power, który nagrał piękne partie puzonu w utworze „Zlodeji pamäti”, jednym z najbardziej oryginalnych kawałków na płycie. Kolosalne wrażenie robi zaś zamykający całą płytę utwór „Anomália”, napisany dla Müllera przez młodego słowackiego kompozytora Laco Rychtaríka. „Pomôž teraz mne, niesť to bremeno v tme, v tichu ležím na dne, čakám čo ak újdeš, a čo ak nie” – śpiewa w dramatycznym refrenie Müller, który – podobnie jak Rychtarík – przez całe swoje dorosłe życie zmaga się z depresją. Jeden taki utwór potrafi zdziałać więcej, niż konsultacje psychiatryczne, o czym świadczą pozytywne reakcje fanów. „Anomália” pod względem aranżacji wykorzystującej w swoim instrumentarium m.in. sample wymyka się rockowej stylistyce całego albumu. Początkowo utwór ten miał trafić tylko na singiel zapowiadający nowe wydawnictwo, w końcu jednak Müller postanowił wsadzić go na sam koniec płyty, jako swego rodzaju „kropkę nad i”. 

 


Rychtarík pokazał Müllerowi nową drogę i może na następnej płycie doczekamy się wzmożonej obecności nowoczesnych technologii, póki co piosenkarz zanurzony jest jednak w tym, co lubi najbardziej – inteligentnym pop-rocku. Gitara podarowana przez Patti Smith zobowiązywała zaś do tego stopnia, że wszystkich dziesięć utworów „machnął” Müller tak, od niechcenia, w godzinach porannych, kiedy większość z nas albo śpi albo wyprowadza psy na spacer (stąd inspiracja do nazwy albumu). Rockowe, przybrudzone brzmienie większości piosenek przywołuje skojarzenia z najgłośniejszą płytą w dyskografii – „LSD”, nagraną, jak zdradził Müller, w narkotycznych stanach uniesienia. Tamten, zwariowany okres kariery, 59-letni piosenkarz spisał bezwzględnie na straty. Na wygłupy nie pozwala zdrowie, muzycznie Müller też już się ustatkował. Tekściarz Peter Uličný niemniej spróbował podkręcić wokalistę w kilku rewelacyjnych fragmentach, chociażby w żwawych, rockowych utworach „Za všetko môže Keith Richards”, tytułowym „Hodina medzi psom a vlkom” czy ironicznym, pastiszowym „Mária Televízia”, z gościnnym udziałem ostrawskiego saksofonisty Michala Žáčka. 

Aktualne wydarzenia na świecie reflektuje z kolei przedostatni na płycie, kulminujący w post-rockowej stylistyce utwór „Človek nevie dňa ani hodiny”. Od pierwszych taktów w powietrzu unosi się niepokój, spotęgowany specyficznym frazowaniem Müllera. Lęk rozbija się w finale o ekspresyjną ścianę gitar w stylu dawnego U2. No i nadchodzi zdiagnozowana wcześniej… „Anomália”. A na plecach „zimomriavky”, które są najlepszą reklamą każdej płyty.
 



Może Cię zainteresować.