poniedziałek, 15 kwietnia 2024
Imieniny: PL: Adolfiny, Odetty, Wacława| CZ: Anastázie
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art: Recenzja DEEP PURPLE – Whoosh! | 24.08.2020

Dają czadu pomimo zaawansowanego wieku. Bez suplementów zalegających półki sklepowe. Po prostu kochają swój zawód. Drodzy czytelnicy, przed wami grupa Deep Purple. 

Ten tekst przeczytasz za 5 min. 15 s
Fot. mat. pras.
 
 
Od pięciu lat obiecują koniec kariery, ale końca nie widać. Brytyjska grupa Deep Purple na aktywnej emeryturze postawiła na wyrafinowaną mistyfikację swoich fanów, którzy każdą nową płytę traktują jako epitafium, wsłuchując się w ponoć ostatnie akordy w historii zespołu. Jednym tchem trzeba też dodać, że jednego z najważniejszych w dziejach rocka.

7 sierpnia światło dzienne ujrzała 21. pozycja w dyskografii grupy, album „Whoosh!”. Wykrzyknik w nazwie wydawnictwa nie jest przypadkowy. Ian Gillan i spółka są głośni, jak nigdy wcześniej. Nie tylko muzyczną formą, ale też w warstwie tekstowej. Na koncertach nie potrafią już wprawdzie skutecznie zamaskować zmęczenia, z listy utworów granych na żywo dawno temu zniknęły najtrudniejsze pod względem wokalnym kawałki, takie jak „Child in Time”, niemniej płyty nagrane w ostatnich siedmiu latach – „Now What?!” (2013), „Infinite” (2017) i poddawany właśnie recenzji „Whoosh!” (2020) utrzymują równy, wysoki poziom. Posiłkując się terminologią kolarską, Deep Purple uciekli w górach swoim rówieśnikom z hardrockowego peletonu, u schyłku kariery parodiującym siebie samych. Mam na myśli takie zespoły, jak Nazareth czy Whitesnake, odcinające kupony od sławy i koncertujące głównie w Europie Środkowej, gdzie nostalgia wygrywa często z jakością. 

 


„Whoosh!” to piąty album studyjny nagrany z klawiszowcem Donem Airey, który zastąpił w zespole legendarnego Jona Lorda, zmarłego w 2012 roku. Właśnie Airey jest dla mnie synonimem nowego, świeżego oblicza grupy. Potężniej zbudowane utwory, takie jak otwierający krążek „Throw My Bones” czy wielowątkowe, progrockowe „The Power Of The Moon” i „Man Alive”, zostały wykredkowane klawiszami Dona, grającego trochę inaczej niż Lord. Album wyprodukowany ponownie przez Bona Ezrina w warstwie brzmieniowej został dopieszczony do najmniejszego szczegółu. Weźmy choćby ukryty pod numerem drugim temat „Drop the Weapon”. Zaczyna się rock’n’rollowo, ale skoczna piosenka (jedna z najlepszych na płycie) szybko wchodzi w obszary wielowymiarowego rocka – z rzadko wcześniej wykorzystywanymi przez grupę połączonymi wokalami. Na uwagę zasługuje również świetna solówka gitarowa Steve’a Morse’a, skądinąd najmłodszego (66 lat) członka drużyny. „Nothing At All” rozruszały z kolei klawiszowe wariacje, które są przymiarką do kolejnego, wspólnie zaśpiewanego refrenu. Gillan oczywiście prowadzi, ale w studio udało się za którymś tam zamachem nie zepsuć wokali również basiście Rogerowi Gloverowi, a w tle słychać nawet… producenta Boba Ezrina. Takiej chemii w Deep Purple nie było od czasów „Purpendicular”, a to już szmat czasu, bo pierwsza płyta nagrana z gitarzystą Stevem Morsem powstała w 1996 roku. Hardrockową jazdę bez trzymanki „No Need to Shout” udało się poskromić tylko mentolowymi cukierkami – dynamiczne fragmenty przeplatane są spokojniejszym, pięknym głównym motywem.

 



„Whoosh!” to jeden z najbardziej melodyjnych albumów w dyskografii Deep Purple. Po kilkukrotnym przesłuchaniu mogę odważyć się na te słowa bez posądzenia siebie samego o stronniczość, bo nie ukrywam, że jestem dużym wielbicielem twórczości tej grupy. Przykładem niech będzie „The Long Way Round”, bo niby w muzyce hardrockowej już wszystko zostało powiedziane, a jednak nie. Rewelacyjny refren to tylko wisienka na torcie, w tym ponad pięciominutowym kawałku dzieje się tyle wspaniałości, że można go słuchać na okrągło. Murowany kandydat na piosenkę otwierającą koncerty Deep Purple, bo technicy za konsoletą w tym skoordynowanym galopie zdążą wyłapać wszystkie niuanse. Już na poprzednim albumie „Infinite” grupa próbowała kokietować z rockiem progresywnym i nie inaczej jest na „Whoosh!”. „The Power of the Moon” wpisuje się w klimat trochę bardziej wyrafinowanego grania idealnie, stylistyką temat ten jednak wciąż pozostaje typowo „purplowski”. Rozbudowany „Man Alive”, z monodeklamacją Gillana na temat ratowania planety, to inny przykład… innego nieco podejścia do tradycyjnego hardrocka. Przyznam się, że w przypadku tego utworu ględzenie Gillana przeszkadza mi w odbiorze całości, tym bardziej, że zwłaszcza gitarowa ściana w „Man Alive” zbudowana jest ze solidnych cegieł, a główny riff udał się chłopakom wyśmienicie.
 
Uwielbiam Deep Purple za klasyczne albumy z lat 70. („In Rock”, „Fireball”, „Machine Head”), za świetny restart w latach 80. („Perfect Strangers”), odnalezienie się w trudnych czasach mody na koszule flanelowe („Purpendicular”), a obecnie za trzymanie wysokiego poziomu pomimo zaawansowanego wieku. „Whoosh!” ma być ostatnim albumem w karierze, choć mocno w to wątpię. Z taką formą warto dalej pchać ten wózek. 
 




Może Cię zainteresować.