Pop Art: „Harry Hole”, czyli kapitalna jazda z Jo Nesbo w roli kierowcy | 30.03.2026
„Harry Hole”, wyczekiwany norweski serial kryminalny na
motywach słynnych książek Jo Nesbo, dwa dni po premierze opanował listę
najpopularniejszych produkcji Netflixa w marcowej ramówce. Nad serialem czuwał
w dodatku sam Nesbo, który nie chciał powtórzyć przykrej historii z fatalną
ekranizacją „Pierwszego śniegu”.
Tobias Santelmann jako Harry Hole dosłownie wymiata. Fot. mat. prasowe
Sam siebie określam mianem wielkiego fana twórczości Jo
Nesbo, norweskiego mistrza kryminałów, którego książki z detektywem Harry
Hole’em rozpętały w latach 90. ubiegłego wieku modę na wszystko, co
skandynawskie. Zbrodnie popełniane w książkach Nesbo jakimś magicznym trafem
były po prostu „atrakcyjniejsze” od tych, nad którymi głowili się policjanci w
naszej szerokości geograficznej. Jaki jest więc pierwszy w historii serial
oparty na książkach Nesbo? Czy poziomem dorównuje literackiemu pierwowzorowi? I
czy jako miłośnikowi kryminałów Jo Nesbo uda mi się w ogóle być obiektywnym?
Główny bohater, detektyw wydziału zbrodni w Oslo Harry Hole,
narodził się na kartkach książki z wewnętrznej potrzeby pisarza, który w
dzieciństwie marzył o karierze policjanta, by ostatecznie zmarnować część
swojej młodości grając w barwach przeciętnego piłkarskiego klubu Molde FK.
„Zmarnować” dosłownie, bo, jak twierdzi sam Nesbo, marzenia o grze w Premier
League w zespole Tottenham Hotspur spełzły na niczym, a dokładnie to na kontuzji,
bez której pewnie nie byłoby… słynnego Harry’ego Hole’a. Czyli pal licho
Koguty.
Kiedy w zeszłym roku dowiedziałem się, że Netflix przymierza
się do serialowej ekranizacji jednej z najważniejszych pozycji w bibliografii
Nesbo, książki „Pentagram”, poczułem podobne motyle w żołądku, jak premier RC
Andrej Babiš, kiedy w 2019 roku stanął w obronie plantacji rzepaku dla swojego
koncernu Agrofert. To było przekonanie, że wiara czyni cuda. W moim przypadku
było to również połączenie dumy i oczekiwań. Dumy z tego, że jako członek
fanklubu Jo Nesbo jeszcze za życia doczekam się serialowej wersji mojej
ulubionej książki. Równocześnie ufałem, że w obiecywanej przez Netflix
norweskiej produkcji wszystko zostanie pozapinane na ostatni guzik i że nie
powtórzy się przykra historia z fatalną ekranizacją „Pierwszego śniegu” (2017)
z Michaelem Fassbenderem w roli głównej.
Teraz, po obejrzeniu dziewięciu odcinków serialu „Harry
Hole”, mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że wszelkie nadzieje
pokładane w twórców były uzasadnione, a serial zamieszczony 26 marca w całości
w ramówce Netflixa jest po prostu kapitalną jazdą, trzymającą w napięciu do
samego końca. Tak jak potrafi i lubi Jo Nesbo, który skądinąd czuwał nad
całością w roli jednego ze scenarzystów.
Najbardziej znaną i najlepiej sprzedającą się na świecie książką
z serii „Harry Hole” jest wprawdzie wspomniany wyżej „Pierwszy śnieg” (2007),
ale po zepsutej filmowej adaptacji, w której wszystko było jednym wielkim
nieporozumieniem (poza Rebeccą Ferguson w roli policjantki Katherine Bratt),
Nesbo nie chciał ryzykować już ponownej wpadki. Pisarz sprawy wziął w swoje
ręce, oddając norweskim producentom swoje konkretne przemyślenia nad
scenariuszem.
I zgadzam się przy okazji z wieloma internautami, którzy w namiętnych
dyskusjach podkreślają, że serial z odcinka na odcinek zyskuje na mocy, a finał
to prawdziwe dzieło sztuki. Nie będę więc spoilerował, żeby nie zepsuć wam
frajdy z oglądania serialu, ale nadmienię, że warto obejrzeć „Harry’ego Hole’a”
idealnie za jednym podejściem, tym bardziej że każdy z odcinków trwa tylko 40
minut.
Twórcy serialu mieli szczęśliwą rękę w doborze obsady
aktorskiej. Tobias Santelmann jako Harry Hole dosłownie wymiata, a najlepiej
czuje się w roli alkoholika, kiedy to może rozwinąć skrzydła na całego.
Santelmann otrzymał też świetnego głównego rywala w aktorskim ringu, Joel
Kinnaman w roli skorumpowanego policjanta Toma Waalera przypomina Anthony’ego
Perkinsa z „Psychozy” Alfreda Hitchcocka.
Jeśli już miałbym się przyczepić do obsady aktorskiej pod
kątem moich doświadczeń czytelniczych, to trochę nie pasuje mi w tej układance
rola Pii Tjelty, która wcieliła się w miłość życia Harry’ego Hole’a, czyli
Rakel Fauke. Pia Tjelta gra w serialu drętwo, brakuje jej charyzmy, jaką
obdarzył Rakel w książkach Nesbo. Z takimi porównaniami musi się jednak
zmierzyć w życiu każdy czytelnik skonfrontowany z ekranizacją swojej ulubionej
książki. Do dziś nie milkną chociażby echa obsady ekranizacji powieści Henryka
Sienkiewicza „W pustyni i puszczy” (1973) w reżyserii Władysława Ślesickiego, zwłaszcza Moniki Roscy w roli
Nel. Zatem to normalna przypadłość każdego maniaka filmowego.
Kluczowe pytanie po obejrzeniu serialu w reżyserii Øysteina Karlsena i Anny Zackrisson jest zupełnie inne: Czy
aby wreszcie, po prawie trzydziestu (!) latach od debiutu książkowego pt. „Nietopierz”,
otrzymaliśmy udaną ekranizację przygód jednego z najważniejszych policyjnych
detektywów w historii literatury? Moim zdaniem tak.