niedziela, 14 kwietnia 2024
Imieniny: PL: Bernarda, Martyny, Waleriana| CZ: Vincenc
Glos Live
/
Nahoru

Doświadczeni przez życie: Spacer po Wiśle śladami Jerzego Pilcha | 06.07.2021

Ważniejsze jest to, co napisałem, a nie, jak było – mówił Jerzy Pilch. To właśnie jemu poświęcona była pierwsza – i na pewno nie ostatnia – edycja Festiwalu Słowa. Odbyła się pod koniec maja w Wiśle, gdzie pisarz spędził pierwsze lata życia. W ostatnią sobotę miesiąca, dokładnie w pierwszą rocznicę śmierci, ruszyliśmy na spacer po świecie jego dzieciństwa, ale i młodości czy wreszcie dojrzałości.

Ten tekst przeczytasz za 10 min. 60 s
Pod pocztą w Wiśle, w której pracował dziadek Czyż. Fot. TOMASZ WOLFF

Nie będę przywoływał raz jeszcze słów Pilcha – dlatego to, co było – a może bardziej, jak było – postaram się dokładnie przedstawić na tej i kolejnej stronie.

Pierwszy przystanek: dworzec kolejowy Wisła-Uzdrowiska. Dziś dopieszczony, z restauracją i lokalnym browarem. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilka lat temu straszył miejscowych i przyjezdnych. Dlatego Katarzyna Koczwara, dziennikarka z Wisły, może zaprosić w to miejsce wszystkich chętnych do spacerowania śladami autora między innymi „Bezpowrotnie utraconej leworęczności” czy „Pod Mocnym Aniołem”.

– Nieprzypadkowo zaczynamy na dworcu, który jest jednym z oczywistych symboli bycia w podróży. Chcę dziś państwa zabrać w podróż – mówi przewodniczka i zachęca do spojrzenia na Wisłę z dwóch perspektyw – wioski, którą była w latach dzieciństwa Jerzego Pilcha oraz współczesnej. To jeden z najchętniej odwiedzanych kurortów turystycznych w Polsce. Jeszcze 20 lat temu jeżeli był kojarzony, to właśnie z Pilchem. Potem przyszły pierwsze sukcesy Adama Małysza i Małyszomania, która wywróciła do góry nogami życie w miasteczku. W ostatnich latach „orzeł z Wisły” ustąpił miejsca młodszemu koledze „po fachu”, Piotrowi Żyle. Dzięki niemu, jak można przeczytać na jednym z bannerów reklamowych, „Wisła odŻyła”.

Wróćmy jednak do stacji. Pisarz nieraz wysiadał tutaj z pociągu. Chociaż miał prawo jazdy – egzamin zdał zresztą za pierwszym podejściem – nie czuł się dobrze za kółkiem. Wybierał kolej, a czasami do rodzinnej miejscowości podrzucali go przyjaciele i znajomi.

Mówił do niego Kubo

Głównym deptakiem dość szybko – mimo prowadzonych prac drogowych – docieramy do ścisłego centrum. Dlaczego zatrzymujemy się pod budynkiem poczty? Po chwili wszystko staje się jasne. Tutaj naczelnikiem był swego czasu dziadek pisarza, którego w tej opowieści będziemy określać po prostu dziadkiem Czyżem. Jerzy Pilch mówił na niego po prostu Dzidek.

– Tak naprawdę w pierwszych dziesięciu latach zastępował mu ojca. Dał to, co czyni dzieciństwo szczęśliwym i beztroskim – bezcenny czas i uwagę. Co ciekawe, mówił do wnuka Kubo. Dziadek Czyż był umysłem ścisłym, pewnie dlatego nie docenił faktu, że jego polonistą w szkole średniej w Cieszynie był Julian Przyboś. Dopiero później, kiedy o Przybosiu zrobiło się głośno, uświadomił sobie, że języka polskiego uczyła go niebanalna postać.

W Wiśle znany był z tego, że nie potrafi przejść obojętnie wobec krzywdy drugiego człowieka. Pomagał pisać mieszkańcom pisma urzędowe. Wcześniej – jeszcze w latach 40. – wspierał partyzantów. W saniach z podwójnym dnem nieraz woził walczącym w lasach Beskidu Śląskiego jedzenie. Trafił za to zresztą do aresztu na kilka tygodni. Pracę na poczcie w Wiśle zakończył degradacją. W latach 50. został karnie przeniesiony do Cieszyna za nadanie pocztą mięsa do Katowic. Choć obie miejscowości dzieli tylko 25 kilometrów, 70 lat temu pokonanie tego odcinka tam i z powrotem wcale nie było takie łatwe. Dziadek Czyż tracił cenne minuty na dojazdy, które mógł spożytkować na prace w domu.

Doświadczona przez życie

Niezwykle silnym charakterem była także babka Czyżowa. Katarzyna Koczwara wywodzi jej hardość z życia, które po prostu mocno dało jej w kość. Mamy końcówkę lat 40. Maria Czyż ma 25 lat, jest szczęśliwie zakochaną młodą mamą. Pewnego dnia odprowadza wzrokiem ukochanego Gustawa. Wsiada na motocykl i... traci życie na najbliższym zakręcie. Pani Maria zostaje w domu z teściami Chlebkami, z którymi nie do końca się dogaduje. Z czasem wychodzą na jaw problemy finansowe, dlatego ciężar utrzymania spada praktycznie na jej barki. – Musi zakasać rękawy i zająć się małym dzieckiem i teściami – mówi obrazowo pani przewodnik. Jako takie wytchnienie przychodzi po kilkunastu miesiącach. Na horyzoncie pojawia się Jerzy Czyż, z którym bierze ślub. Podobno relacje z Chlebkami poprawiają się po śmierci teścia. Ale na tym nie koniec problemów...

– Syn Władysław jest oczkiem w głowie, ale na świat przychodzą kolejne dzieci: Wanda, mama Jerzego, Andrzej i Anna, która umiera jednak dzień po narodzinach – precyzuje Koczwara.

Stoimy na końcu głównego deptaka w Wiśle. To dobry punkt, z którego widać znaną dziś Piekarnię u Troszoka oraz dawny hotel Piast, w którym lubił przesiadywać dziadek Czyż. Położone są w bliskim sąsiedztwie. Piekarnia to dawna rzeźnia oraz dom Czyżów, w którym Jerzy spędził pierwsze lata życia. Pani Katarzyna przypuszcza, że bliskość obu miejsc powodowała, że babka nigdy nie pytała swojego męża, ile wypił, ale „kogo tam znowu spotkał”. – Ona chyba dokładnie wiedziała, ile wypił, patrząc przez okno – śmieje się dziennikarka i dodaje, że w tym domu dialogi pełne uszczypliwości były na porządku dziennym. Jak na przykład po posiłkach. Dziadek Czyż ponoć nigdy nie odpowiadał na pytanie, czy smakował mu obiad. Mówił, że jakby nie był dobry, to też by nie powiedział.

Posiadówki dziadka Czyża w Piaście stają się dobrą okazją do powiedzenia kilku słów o chorobie alkoholowej, z którą zmagał się Jerzy Pilch. Podobnie jak zresztą z Parkinsonem. Już w listopadzie 2008 roku, odbierając w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie Złotą Honorową Cieszyniankę, mówiąc o swoim dzieciństwie, które toczyło się wokół domu Czyżów, próbował opanować drżące dłonie. – Nie wyobrażał sobie niemocy intelektualnej, dlatego nie zdecydował się na operację na otwartym mózgu. Chociaż pod sam koniec życia już nie pisał, tylko dyktował – dodaje mieszkanka Wisły.

W jednym z wywiadów pisarz przyznał, że w życiu wypił... cysternę spirytusu. W rozmowie z „Newsweekem” w 2014 roku mówił tak: „Początki, jakie pamiętam, są najdramatyczniejsze, bo to była wódka Bałtyk, zwana też borygo. Przypuszczam, że jakbym teraz wypił sto gramów tej wódki, umarłbym natychmiast. Ale wtedy zdrowie było bezkarnie marnowane, piliśmy to hektolitrami”.

Polska nie jest w całości katolicka

Sobotni spacer śladami Jerzego Pilcha jest także dobrą okazją do powiedzenia kilku słów na temat wielowyznaniowości w Wiśle i często trudnych relacji między katolikami i ewangelikami. – Prawdą jest, że Pilch chyba jako pierwszy pisarz w Polsce powiedział głośno, że nad Wisłą żyją nie tylko katolicy, ale także ewangelicy. Zwrócił uwagę na to, że Polska nie jest w całości katolicka, a sam wywodzi się z miejscowości, w której powiedzenie „Ja Polak katolik” może być dla kogoś obraźliwe i pozbawiać go tożsamości.

Jak ważna dla felietonisty „Tygodnika Powszechnego” i „Polityki” była parafia ewangelicka w Wiśle-Centrum, może świadczyć fakt, że do końca tam opłacał podatki. Tym samy potwierdzał przynależność do niej. – Jedną z najważniejszych dla niego ksiąg była Biblia, zresztą jedyna książka, którą babka Czyżowa uznawała i miała zawsze pod ręką – podkreśla Katarzyna Koczwara.

Rodziny Czyżów i Pilchów znały się z biskupem Andrzejem Wantułą, który w 1931 roku został wikariuszem w Wiśle, a trzy lata później proboszczem. Kontakty nie ograniczały się jedynie do warstwy stricte religijnej. Dzięki temu młody Jurek, który pomagał biskupowi pakować prezenty dla znajomych z okazji świąt Bożego Narodzenia, bardzo szybko dowiedział się, że nie przynosi ich aniołek czy Jezusek.

Z Wisły do Krakowa

Jerzy Pilch spędził w Wiśle pierwszych dziesięć lat życia. Rodzice mieszkali wtedy w Krakowie, przyjeżdżali do Wisły na weekendy. Życia z nimi – ojcem pracującym na Akademii Górniczo-Hutniczej oraz matką farmaceutką – zasmakował dopiero po przeprowadzce do Krakowa na ulicę Smoleńsk. Pilchowie przedłożyli dwupokojowe mieszkanie nad jeden pokój nad obecną piekarnią, z babką Czyżową oraz braćmi Wandy za ścianą. Babka Czyżowa zresztą do końca nie wierzyła, że przenosiny pod Wawel dojdą do skutku. Młodzi rodzice zyskali niezależność, ale jednocześnie ich świat z dnia na dzień rozrósł się do niebotycznych rozmiarów. Kiedy opuszczali Wisłę ta stawała się oficjalnie miastem, oni jednak musieli stawić czoła znacznie większemu organizmowi miejskiemu. – Małego Jurka do szkoły wyprawiła babka, miał do niej zresztą bardzo blisko. W Krakowie musieli radzić sobie sami – wspomina przewodniczka. Z tego okresu ciekawym wątkiem było czytanie „Trylogii” Henryka Sienkiewicza. Ojciec Jerzego był pod tym względem bardzo wymagający. Kiedy ten pomylił się choć raz na danej stronie, musiał ją czytać od nowa.

A my wyruszamy na Partecznik. Przechodzimy obok Ośrodka Przygotowań Paraolimpijskich Start. To tutaj Jerzy po raz pierwszy obserwuje kobiety, zachwyca się nimi. Od małego nosił okulary, swoją przygodę ze sportem poprzestał na byciu wiernym kibicem Cracovii Kraków. I znowu kolejne, być może i tym razem celne przypuszczenie naszej przewodniczki. – Cracovia nigdy nie odnosiła spektakularnych sukcesów. Ale Pilch wyznawał zasadę, że w futbolu liczy się nie wynik końcowy, a najbardziej piękna gra.

Na Parteczniku nie słychać charakterystycznego dla centrum zgiełku, choć to raptem kilkaset metrów od Piekarni u Troszoka. Tutaj, w miejscu, gdzie historia zatoczyła koło – i wkrótce będzie mieć swój ciąg dalszy – kończymy dwugodzinną wycieczkę. W latach 80. i 90. Wanda i Władysław Pilchowie wracają do Wisły, a na Parteczniku budują swój dom. – To są trudne czasy. Jak są pieniądze, to nie ma materiałów budowlanych. Jak jest z czego budować, nie ma z kolei za co – stwierdza obrazowo Koczwara.

Z jednych okien widać centrum miejscowości. Kiedy słychać przejeżdżający pociąg, pani Wanda wie, że jej dorosły syn za chwilę wysiądzie na stacji i swoje kroki skieruje do domu. Dziś stoi pusty, ale już wkrótce to się zmieni. Magdalena Bielska, córka Jerzego Pilcha, postanowiła przekazać go nieodpłatnie Gminie Wisła. Ta ma w nim urządzić miejsce pracy twórczej. Z założenia mają tu w przyszłości przyjeżdżać osoby związane z literaturą, aby w ciszy pracować nad reportażami, książkami. Jak wszystko dobrze pójdzie, pierwsi literaci przyjadą na Partecznik już w przyszłym roku.

Kiedy przychodzi nam się żegnać, na drodze pojawia się kotka. – Nazywa się Wanda. Jak widać, w tej opowieści nie ma przypadków – śmieje się Katarzyna Koczwara.

Tomasz Wolff

 


 



Może Cię zainteresować.