czwartek, 30 maja 2024
Imieniny: PL: Ferdynanda, Gryzeldy, Zyndrama| CZ: Ferdinand
Glos Live
/
Nahoru

Nigdy bym nie napisała niczego, co by nie zostało wcześniej zbadane przez historyków | 12.10.2023

W Bibliotece Regionalnej w Karwinie-Mizerowie odbędzie się dziś premiera czeskiego wydania „Lutyńskiego tanga”. Wydarzenie odbędzie się w ramach Dni Polskich, zorganizowanych przez Centrum Polskie Kongresu Polaków w Republice Czeskiej. Od polskiej premiery książki napisanej przez dziennikarkę Otylię Tobołę w przyszłym roku minie 20 lat. Przed premierą odpowiedziała na kilka naszych pytań.

Ten tekst przeczytasz za 10 min. 45 s
Otylia Toboła. Fot. ARC

Odnoszę wrażenie, że literatura w naszym regionie ma dwie prędkości… Do czego zmierzam? Moja redakcyjna koleżanka, redaktor Danuta Chlup, wypuszcza na czeski rynek wydawniczy swoje książki po kilku latach od polskiej premiery, a pani „Lutyńskie tango” doczekało się czeskiej wersji dopiero po dwóch dekadach. Dlaczego tak długo trzeba było czekać?
– Złożyło się na to kilka czynników. Ale po kolei. Po roku, dwóch od polskiego wydania „Lutyńskiego tanga” miałam głosy od czytelników, którzy domagali się czeskiego przekładu. Argumentowali to tym, że po polsku nie potrafią za szybko czytać. Zastanawiałam się nad tym, ale pojawił się między innymi problem z tłumaczem.

Mówimy o dobrym tłumaczu w kontekście historycznym, czy ogólnym?
– Zarówno w kontekście historycznym, jak i ogólnym. Skończyło się wtedy na niczym. Dlatego bardzo się ucieszyłam, że teraz znalazł się Jan Faber, czeski tłumacz, który wcześniej przełożył na czeski kilka książek, między innymi naszej noblistki Olgi Tokarczuk. Tak jak ja pochodzi z Wierzniowic, jest rówieśnikiem mojej starszej córki; obecnie pełni dość ważną funkcję w strukturach Unii Europejskiej w Luksemburgu. Rozmawialiśmy, kiedy przyjeżdżał do swojej mamy, ponadto cały czas prowadziliśmy korespondencję e-mailową. W końcu zgodził się na przekład. Już na początku pojawił się jednak drobny problem – polska wersja liczyła 26 różnych historii wojennych, a ja chciałam do nich dodać jeszcze kilka. Po prostu miałam ich zebranych więcej, nagranych do radia czy w formie pisanej, choćby do „Kalendarza Śląskiego”. W końcu stanęło na dwóch dodatkowych historiach. Jedna, którą pisałam przez pół roku, poświęcona jest przeżyciom młodej rychwałdzianki, Aurelii Pełczyńskiej (jej teść był kuzynem Tadeusza Pełczyńskiego, zastępcy komendanta głównego AK), która w momencie wejścia Wojska Polskiego do Rychwałdu miała 18 lat. Zakochała się w polskim poruczniku, który oświadczył się jej po zaledwie trzech tygodniach. Szybko wzięli ślub i wyjechali do Rembertowa, gdzie mieściło się Centrum Wyszkolenia Piechoty. Opowiadam o niej, jak potem żyła w Rembertowie, dziś dzielnicy Warszawy, jak przeżyła obronę stolicy i jej powrót na rodzinną ziemię. Oraz kolejny powrót do stolicy, która walczyła w powstaniu.

Jak dużo takich historii czeka jeszcze na odkrycie?
– Temat wydaje się być zamknięty. Historie, które ukazały się w „Lutyńskim tangu”, zaczęłam zbierać na początku lat 80. poprzedniego stulecia. Zatrudniłam się wtedy w radiu, gdzie miałam okazję nagrywać wspomnienia. Wtedy bohaterowie moich opowieści jeszcze żyli. Jeżeli chodzi o Żywocice, to miałam na przykład okazję nagrać jednego z dwóch ostatnich partyzantów AK, którzy brali udział w akcji w tej miejscowości. Opowiadał, jak się dostał do Armii Krajowej. Na taśmie zanotowałam też wypowiedź wówczas szesnastoletniej dziewczyny z Trzycieża. Jej rodzice tak samo jak wiele innych rodzin, ukrywali i wspierali żołnierzy oddziału AK Józefa Kamińskiego „Strzały”. Ciekawa jest też historia polskiego muzyka, który uczył się w ostrawskim konserwatorium. Miał dwóch najlepszych przyjaciół, Czechów, których wciągnął do polskiego ruchu oporu. Dysponowałam listami, które pisał do swojej mamy oraz płytą z jego piosenką, która nagrał w Pradze, gdzie jakiś czas ukrywał się przed gestapo. Według tytułu tej piosenki nazwałam później cały zbiór wojennych historii.

Ogromną rolę w wydaniu czeskiego tłumaczenia odegrał Kongres Polaków w Republice Czeskiej. Ta organizacja pojawiła się, kiedy był już „zaklepany” tłumacz, czy wcześniej?
– Kongres Polaków już kilka razy proponował mi wydanie „Lutyńskiego tanga” po czesku. Za każdym razem powtarzałam sobie jednak w myślach, że moi czytelnicy zmarli i nikogo ten temat nie będzie już interesował. Pomysł jednak cały czas za mną chodził i kiedy okazało się, że jest nie tylko tłumacz, ale i wydawnictwo Protimluv, o które się postarał Kongres, w końcu powiedziałam „tak”. Tak na marginesie, poszerzona książka ukaże się także po polsku, ale trochę później. Obecnie się drukuje. Dodam, że znalazły się w niej także indeksy zarówno geograficzne, jak i osobowe.

W ostatnich latach mamy do czynienia z wysypem książek historycznych. Jest nawet gałąź, która nazywa się oral history (historia mówiona). Ostatnie miesiące pokazały, że trzeba naprawdę ogromnej czujności, żeby oddzielić ziarno od plew i nie przekroczyć pewnej granicy…
– Przez 30 lat moim przyjacielem i najbliższym współpracownikiem był czeskihistoryk profesor Mečislaw Borák. To on zachęcił mnie do wydania książki. Pozbierał moje teksty z gazet, porobił z nich kopie, związał i zatytułował „Stalin Hitler dwa bratanki”. Polecił mi teksty na nowo opracować i wydać. Kiedy pisałam rozdział „Chłopcy z oddziału »Strzały«”, konsultowałam to z nim, posiłkowałam się dokumentami, które mi podsunął. Nigdy bym nie napisała niczego, co by nie zostało wcześniej zbadane przez historyków. Wszystko dlatego, że jestem dziennikarką, a nie historykiem. Nie zajmowałam się przebiegiem samej zbrodni, ponieważ zostało to już przez Borákawyczerpująco opisane w jego monografii „Zločin v Životicích”. Jego książka ukazała się w 30 tysiącach egzemplarzy, została przetłumaczona i w 1984 roku pojawiała się w odcinkach w „Głosie Ludu”.
Co ciekawe, kiedy Borák pojawił się w Żywocicach, spotkał się z taką sytuacją, że ludzie nie potrafili sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego zabito tego, a nie tamtego Polaka i powstało wiele domysłów oraz plotek. W sierpniu 1944 roku jeszcze stu mieszkańców nie miało volkslisty. Wśród nich było 42 mężczyzn. I mieszkańcy przedstawiali tę zbrodnię jako załatwianie porachunków itp. Dziś się do tego wraca.
Borák wcześniej przebadał czeskie i polskie archiwa i przestudiował bogatą literaturę fachową. Wiedział więc, że ten niemiecki odwet, niczym nie odbiegał od zbrodni podobnego typu w całej okupowanej Europie. W swoich pracach naukowych zawsze powtarzał, że głównym kryterium ludobójstwa w Żywocicach była narodowość ofiar. Tylko tak mogło się zdarzyć, że zostali zamordowani również mężczyźni z sąsiednich miejscowości. Przepustką do życia była volkslista. Kryterium nie było „miejsce zamieszkania”, jak dzisiaj niektórzy uważają.
W 1982 roku kręcony był film telewizyjny o zbrodni żywocickiej według scenariusza Boráka. W jego spuściźnie w Opawie jest ten scenariusz oraz instrukcja, w której Borák przestrzega filmowców przed kręceniem tego rodzaju plotek. Nazywał je legendami. Obawiał się, że mogą wypaczyć obraz tej zbrodni.
I to się dzisiaj dzieje. Wykorzystuje się traumę potomków ofiar do obarczania winą za nazistowskie zbrodnie – polskiego ruchu oporu, żołnierzy Amii Krajowej, największej podziemnej organizacji w okupowanej Europie. Większość jej żołnierzy na Zaolziu walkę z najeźdźcą przypłaciła życiem.

Ostatnio pojawiły się głosy, że należy rehabilitować kolaborantów...

 

– Dzisiaj pojawiają się głosy, że tak naprawdę oni nie byli kolaborantami; że podpisali Volkslistę, żeby zachować swój majątek. A przecież wystarczyłoby wziąć do ręki książkę historyka. Kiedy badał tę zbrodnię, a był to koniec lat 70., żyło jeszcze około 30 dorosłych świadków. 25 imion i nazwisk wraz z adresami można znaleźć w jego spuściźnie w Opawie. Jak wynika z ich wypowiedzi, mieszkańcy Żywocic nie lubili Izydora Mokrosza, ponieważ tak samo jak jego daleki kuzyn „przyjaźnił się z nazistami”. Tak napisał Borák w monografii. Jest tam również konkretny przykład postawy I. Morkosza. Jak więc nie nazwać kolaborantem kogoś, kto na czas „śledztwa” zamknie się z gestapowcem, który ma na rękach krew dziesiątek Polaków, w „tylnym pokoju” gospody swojego dalekiego kuzyna – z butelką wódki, którą razem opróżniają. Również według tzw. Kodeksów Moralności Obywatelskiej wydawanych w okupowanej Europie przez władze na uchodźstwie i ruchy oporu, postępowanie Mokrosza wykazywało wszelkie znamiona kolaboracji. Wspólnym mianownikiem tych kodeksów był bezwzględny bojkot okupanta.

Z czego wynikają nieścisłości w niektórych publikacjach: braku wiedzy, własnej narracji, czy może czystej złośliwości?
– Może jest to nieodparte pragnienie czymś zaskoczyć, zaistnieć w charakterze historyka dokonującego nowych odkryć, niestety bez potrzebnych kompetencji. Może to brak wiedzy historycznej. Ostatnio dziennikarka z „mojego” ostrawskiego radia przekonywała w korespondencji z Żywocic, że w czasach totalitaryzmu zwykło się przedstawiać tych partyzantów jako bohaterów. Nigdy nie słyszała o tym, że po wspólnych z Armią Czerwoną walkach przeciw Niemcom Sowieci rozbrajali AK-owców, zamykali w więzieniach, mordowali, wywozili do ZSSR. Jak traktowano AK-owców w PRL-u, wiadomo. Niestety tego rodzaju nonsensy dziś padają z publicznych mediów opłacanych przez abonentów.
Na temat samych Żywocic nie ma zbyt wielu dokumentów. Zbliżał się koniec wojny, gestapowcy słusznie uważali, że mogłyby ich one pogrążyć. Borák, badając inny temat, znalazł w Archiwum Zdobycznym w Moskwie skradzione dokumenty dotyczące Zaolzia. Nie miał już jednak później okazji tam wrócić i zasoby przebadać. Zanim dowiedział się o tym, że zostało mu zaledwie kilka tygodni życia, zamierzał sprawdzić materiały w Federalnym Archiwum Wojskowym w Freiburgu.
Po jego śmierci jego koledzy z Uniwersytetu w Opawie zwrócili się do mnie z prośbą o wstępne posegregowanie jego spuścizny przed zawiezieniem jej do Opawy.
Materiały dotyczące Żywocic włożyłam do sześciu pudeł archiwalnych, są opisane moją ręką. Z tych materiałów nie da się napisać książki o zbrodni żywocickiej. Pozostaje tylko jego monografia, którą historyk Instytutu dla Studiów Reżimów Totalitarnych w Pradze Petr Zidek określił jako ponadczasową, chociaż niektórzy chcieliby przekonywać opinię publiczną, że komunistyczny reżim odcisnął na niej swoje piętno.