wtorek, 16 lipca 2024
Imieniny: PL: Eustachego, Mariki, Mirelli| CZ: Luboš
Glos Live
/
Nahoru

My | 15.11.2020

Podobno „Psychologię tłumu” Gustawa Le Bona znają już prawie wszyscy. Zajrzyjmy w takim razie do nowszej literatury na ten temat – znanej może nawet znacznie lepiej, niż liczące dobrze ponad sto lat dzieło francuskiego pioniera psychologii. Idzie o powieść kanadyjskiej powieściopisarki Margaret Atwood. Tak, tak mam na uwadze „Opowieści podręcznej”, spopularyzowane przez serial wyprodukowany przez HBO.

Ten tekst przeczytasz za 6 min. 15 s
Kadr z serialu "Opowieści podręcznej". Fot. mat. prasowe

Jest w powieści scena, w której Freda, jedna z głównych bohaterek, uczestniczy w uroczystości Wybawienia. To przerażająca scena, podczas której wiesza się obywateli Gileadu dopuszczających się wykroczeń przeciw obowiązującemu prawu. W przypadku, często zresztą upozorowanego przez władzę, oskarżenia mężczyzny o gwałt, zebrany tłum kobiet ma prawo wymierzyć sprawiedliwość, tj. zakatować ofiarę na śmierć. Freda, będąc świadkiem jednego z takich wydarzeń, ma okazję obserwować jak „(t)łum wali naprzód (…) ta gwałtowność wzbiera w nas jak fala. Powietrze skrzy się od adrenaliny – wolno nam dosłownie wszystko, wolność, czuję ją w swoim ciele, upaja mnie, dookoła czerwień (…) Masa czerwonych ciał wali się na niego, a ja przestaję widzieć cokolwiek: zasłaniają go ręce, pięści, nogi”. No cóż, tłum, jak tłum – Le Bon miał oczywiście rację, ale nie pora snuć powierzchowne, rzecz jasna, analogie, do tego, czego zobaczyć nie można jeszcze na żywo, ale czego nie sposób wykluczyć w – da Bóg – w naszej bardziej niż mniej odległej przyszłości.

Gilead to dystopia – literacka czarna wersja przyszłości. A skoro o dystopiach mowa, to właśnie sięgnąłem ponownie po powieść będącą matką wszystkich dystopii. Chodzi o „My” Jewgienija Zamiatina. Opublikowano ją po raz pierwszy w roku 1920, więc od tego wydarzenia minął dokładnie wiek – pewnie to sprowokowało wydawnictwo Rebis (Poznań, tłum. Adam Pomorski), do przygotowania w roku 2020 kolejnego wydania tej książki, o której sam George Orwell pisał, że „(d)zięki intuicyjnemu zrozumieniu irracjonalnej strony totalitaryzmu /…/ powieść Zamiatina przewyższa »Nowy wspaniały świat Huxleya«”. Państwo Jedyne, w którym żyje narrator powieści Zamiatina, matematyk o numerze 503 (z trójkącikiem z przodu), jest tworem na wskroś totalitarnym. Ale, jak się okazuje, nawet w takim państwie, najbardziej wierni jego wizji obywatele bywają zaskakiwani – i to w raczej przykry sposób. Numer 503, jak Freda z powieści Atwood, uczestniczy w rytualnej uroczystości, w której po odśpiewaniu Hymnu Państwowego na estradzie pojawia się „błyskający złotym głośnikiem i dowcipem fonolektor.

– Proszę szanownych numerów! Niedawno archeologowie dokopali się do pewnej książki z XX wieku. Autor ironista opowiada w niej o dzikusie i o barometrze. Dzikus zauważył: ilekroć barometr zatrzymywał się na »deszczu« – rzeczywiście padał deszcz. Ponieważ dzikusowi zachciało się deszczu, wydłubał w sam raz tyle rtęci, żeby poziom stanął na »deszczu« (na ekranie – dzikus wydłubujący rtęć: śmiech)”. No cóż, wydawałoby się, że reakcja publiczności była najzupełniej zrozumiała – ów dzikus pomylił wszak skutek z przyczyną, więc nic dziwnego, że sytuacja zdała się komiczna. Tu jednak do głosu dochodzi logika totalitarnego państwa, Państwa Jedynego. I fonolektor kontynuuje: „Śmiejecie się: ale czy nie wydaje się wam, że bardziej wart śmiechu był Europejsczyk tamtej epoki? Podobnie jak dzikus – Europejczyk chciał»deszczu« (…) Sam jednak sterczał przed barometrem jak zmokła kura. Dzikus przynajmniej miał więcej śmiałości, energii i wprawdzie dzikiej – logiki: potrafił ustalić związek między skutkiem a przyczyną. Wydłubując rtęć, uczynił pierwszy krok na wielkiej drodze, która…”. No cóż, jak widać do prerogatyw władzy totalitarnej przynależy decydowanie o tym, co jest skutkiem, a co przyczyną. Ktoś może powie, że to nie do zniesienia arbitralność – ale to oznacza, że ten ktoś nie mieszka w państwie totalitarnym. Totalitaryzm likwiduje nie tylko logikę, ale puszcza w niepamięć takie określenia jak arbitralność. W zupełności wystarcza mu kategoria ślepego posłuszeństwa. I aktywizmu, rzecz jasna, bo totalitaryzm charakteryzuje się wszak tym, że nie idzie tylko o to, by go cierpliwie znosić, ale także tym, by ciągle, każdego dnia dokładać z uśmiechem kolejną cegiełkę do jego budowy. Po trupach logiki i zdrowego rozsądku. I nie tylko.

Peroruje dalej „503”, objaśniając nam dobrodziejstwa Państwa jedynego: „Czy to nie jasne: rozkosz i zawiść to licznik i mianownik ułamka zwanego szczęściem. Jakiż miałyby sens wszystkie niezliczone ofiary Wojny Dwustuletniej, gdyby w naszym życiu pozostał jeszcze jakikolwiek pretekst do zawiści. Tymczasem pretekst taki pozostawał, bo pozostały »nosy jak guziki« i nosy »klasyczne« (…) – bo o miłość jednych zabiegało wielu, innych – nikt. Naturalnie odkąd (…) władzy poddał się Głód (…), Państwo przypuściło atak na drugiego władcę świata, mianowicie Miłość. Nareszcie i ten żywioł został pokonany, czyli zorganizowany, zmatematyzowany. Około 300 lat temu ogłoszono nasze historyczne »Lex sexualis«: »każdy numer ma prawo do każdego numeru jako produktu seksualnego«. Dalej to już sprawy techniczne”. I Zamiatin przedstawia głosem „numeru 503” sprawy „techniczne” – tyle że celowo, lub nie, usuwa w cień właśnie „techniczne” trudności związane z tak rozumianym doborem seksualnym.

Słyszy się dzisiaj pomysły różnych ideowców, którzy chcieliby, a jakże, uszczęśliwić ludzkość swoimi pełnymi dobrych intencji pomysłami. Także takimi, by ludzi z grup społecznych dotychczas marginalizowanych czy wręcz stygmatyzowanych – dowartościować. Niedawno czytałem „ciało pozytywny” esej, po którego publikacji pojawiło się mnóstwo ruchów antydyskryminacyjnych, zwracających uwagę, na to, że „osoby grube są zdecydowanie niedoreprezentowane w środkach masowego przekazu, a w dodatku nadal mocno stygmatyzowane w społeczeństwie, co negatywnie wpływa na ich życie.

Ale, ale, wracając do Zamiatina – czyżby inna polityka seksualna naprawdę była możliwa? No cóż, są partie polityczne, które takie właśnie głoszą hasła.

Krzysztof Łęcki 



Może Cię zainteresować.