poniedziałek, 20 maja 2024
Imieniny: PL: Bazylego, Bernardyna, Krystyny| CZ: Zbyšek
Glos Live
/
Nahoru

Czy znajdziemy wyjście awaryjne? | 09.04.2018

Ten tekst przeczytasz za 5 min.
Krzysztof Łęcki. Fot. ARC

Zalewa nas zewsząd prymitywna, partyjna propaganda, w tym pseudonaukowy bełkot, nieudolnie propagandę kryjący. W powodzi przeplatanych bluzgiem frazesów niełatwo trafić na tekst, który przedstawia diagnozę dzisiejszej Polski w sposób rzeczowy, taką z którą chce się podyskutować. Do takich rzadkich, wartych uwagi tekstów zaliczam wydaną właśnie książeczkę Rafała Matyi „Wyjście awaryjne. O zmianie politycznej” [Karakter, Kraków 2018].

 

Przyznam, że kiedy czytam w niej o pułapce, „która odebrała wielu obywatelom zdolność krytycznego myślenia, pozbawiła media nawyku bezstronności, zredukowała debatę publiczną do poziomu emocjonalnych deklaracji lojalności wobec narracji jednej ze stron. [Kiedy] każdą z postaw choćby odrobinę odmiennych od tych narracji uznaje się, za szkodliwy symetryzm lub tchórzliwy rozkrok”, to odbieram to jak haust zdrowego rozsądku w atmosferze, w którym ze świecą go szukać. Pułapka ma charakter polityczny, ale jednocześnie nasuwać musi myśl o politycznym samobójstwie wspólnoty, która w nią wpadła. Dlaczego? Mój uniwersytecki kolega, Marek Migalski ujął formułę pułapki, w jaką wpadła polska polityka, w aforyzm – „gdzie się dwóch bije, tam obaj korzystają”. Tak, tak, nie korzysta „ktoś trzeci”, jak przekonywało stare porzekadło, ale zyskują główni protagoniści politycznego sporu, rozgrzewający atmosferę publicznej debaty do granic sensu, a także daleko poza granice tego, co sensowne. Spójrzmy chociażby na internetowe portale i społecznościowe media, jak bardzo pełne są one sądów, w których trudno dopatrzeć się jakiegokolwiek związku z rzeczywistością. Pełne są emocji, najczęściej emocji złych albo do bólu prostodusznych; dominuje „chciejstwo” i zaklinanie rzeczywistości – to wszak dlatego tzw. fake newsy mają tak sporą, równie wierną co bezmyślną publiczność. Zaciekłość, zapiekłość, poczucie, że nie ma żadnych granic w tym, co można powiedzieć „tym drugim”, wulgaryzacja zachowań i słownictwa na skalę niespotykaną wcześniej w III Rzeczpospolitej, to wszystko pokazuje poziom dzisiejszej degradacji „tego, co polityczne”. I jeszcze – ta nieznośna doza hipokryzji, która nakazuje wszystkie odmiany zła wcielonego widzieć wyłącznie u „tych drugich”, a przymykać oko czy wręcz ostentacyjnie zamykać oczy na to co złe „po naszej stronie”. Ci, którzy takie zło po swojej stronie dostrzegają, lecz o nim nie mówią, zasłaniają się tym, że kiedy trwa polityczna wojna nie czas na „ratowanie róż”. Trzeba wszak zaorywać wroga, właśnie – nie politycznego przeciwnika, ale wroga. Niedawne wielkie Polaków świętowanie Wielkanocy niewiele w spetryfikowanych partyjną złością postawach nie zmieniło. Jeszcze przed świętami trafiłem na Facebooku na mema: kobieta pyta obłożonego książkami mężczyznę: „Co robisz?”. Ten odpowiada: „Przygotowuję się do świątecznej kłótni na tematy polityczne. Tym razem będzie zaorane”. Rzecz jasna, ów internetowy mem miał w zamierzeniu wykpiwać świąteczne rodaków rozmowy o polityce, ale jednocześnie ujawniał przecież nastawienia wcale powszechne. Jakżesz to dzisiaj popularne – „zaorane”, „zmasakrować…”. I jeszcze – kpiny z cudzego nieszczęścia, jeśli tylko dotyczy „onych”, życzenia wszystkiego najgorszego, a nawet śmierci, które są w zasadzie na porządku dziennym. Po cóż jednak w takich sytuacjach obkładać się – jak w przywołanym memie – książkami? Wszak i bez nich wszyscy wszystko wiedzą i żadne fakty tego nie zmienią. A słownik? Ten najczęściej używany w wojnie polsko-polskiej zna przecież każdy prymityw. Właśnie – gdybym miał podać jedną, najbardziej rzucającą się w oczy cechę współczesnej polityki i gdyby źródłem miały być tu portalowe opinie internautów czy dyskusje w mediach społecznościowych, to przypomniałbym stare, nie tylko ciągle aktualne, ale raczej – coraz bardziej aktualne przekonanie wybitnego ekonomisty Josepha Schumpetera, który pisał: „Typowy obywatel skoro wkracza w sferę polityki, spada na niższy poziom sprawności umysłowej. Argumentuje on i analizuje w sposób, który w zastosowaniu do sfery swoich realnych interesów sam bez trudu uznałby za infantylny. Staje się na powrót prymitywem”. No cóż, jeden z problemów jaki ma się z prymitywem jest taki, że on sam prymitywizmu, albo nie dostrzega, ale jest wręcz z niego dumny. Dumny jest z bluzgu, z dania upustu swojej wściekłości, dumny z tego, że – by sparafrazować klasyka – on niewinny, to „oni”, ci „inni szatani” byli tam czynni. Prymityw nie ma barw jednej partii, to nie tylko i wyłącznie stan umysłu pojedynczych osobników; to coś znacznie gorszego, to coś, co, niestety, nadaje dzisiaj ton nocnym i dziennym Polaków rozmowom.

 

Krzysztof Łęcki




Może Cię zainteresować.