poniedziałek, 20 maja 2024
Imieniny: PL: Bazylego, Bernardyna, Krystyny| CZ: Zbyšek
Glos Live
/
Nahoru

K(l)asa polityczna | 17.04.2018

Ten tekst przeczytasz za 4 min. 45 s
Fot. ARC

Dwie osoby, jeden tort. Jak go podzielić na dwie części, tak, by były idealnie równe? Jak znaleźć metodę, by pokroić go tak, aby żadna z osób nie miała prawa uskarżać się, że została pokrzywdzona, dostała mniej. Sposób jest w gruncie rzeczy prosty. Otóż niech jedna osoba kroi tort, ale ze świadomością, że to ta druga będzie wybierała „swoją” połówkę jako pierwsza. W takim przypadku można być pewnym, że obie połówki tortu będą tak bardzo równe, jak tylko to możliwe. Otóż bardzo byłbym ciekaw, jak taka modelowa sytuacja sprawdziłaby się w świecie polskiej polityki; dokładniej, jak sprawdziłby się model dzielonego „tortu” w sytuacji, gdyby politycy mieli przyznać sobie sami apanaże, ale z zastrzeżeniem, że politycy wobec nich opozycyjni, im wrodzy, dostaną tyle, ile oni sami sobie dla siebie zażyczą. Czy wygrałaby chęć większego dla siebie zarobku, nawet „kosztem” tego, że „tamci” w takim przypadku także zarobią wtedy więcej? Czy raczej zwyciężyłaby chęć zubożenia politycznych wrogów - i to nawet za cenę uszczuplenia swojego portfela? Cóż za ambiwalentna sytuacja… Oczywiście, powie ktoś, sytuacja taka jest wydumana – zwykle w takich sprawach wygrywa „porozumienie ponad podziałami”. Tak, „zwykle”, tak właśnie jest. Ale teraz, w Polsce, po aferze z nagrodami dla ministrów i pomniejszych rządowych urzędników, oburzeniu opozycji na pazerność władzy i propozycji prezesa Jarosława Kaczyńskiego, by obniżyć uposażenia wszystkim, wszystkim to znaczy – i politykom obozu władzy i opozycji, otworzyła się puszka Pandory, czy też „puszka z Pandorą” jak z trybuny sejmowej pouczał niegdyś jeden z (p)osłów. No właśnie – co robić w tak niezręcznej sytuacji? Wszak naturalnym odruchem pozostaje, żeby zabrać kasę „im”, a „nas” zostawić w (świętym) spokoju… Filozofiaznanego starszym czytelnikom z powieści Henryka Sienkiewicza „W pustyni i w puszczy” Kalego (jak Kali zabrać komuś krowy to dobrze, jak zabrać krowy Kalemu – toźle) wygrywa tu zdecydowanie z filozofią Immanuela Kanta (zasada kierująca moją wolą musi być zawsze taka, żeby mogła stać się zasadą prawa powszechnego). Co do mnie to, gdy idzie o sprawy finansowe, jestem przekonany, że politycy-posłowie nie mylą się w ocenie wartości należnych posłom-politykom-ministrom wynagrodzeń tylko wówczas, kiedy ze (świętym) oburzeniem reagują na zarobki posłów-polityków-ministrów wrogich partyjnych barw. Kiedy słucham i czytam wypowiedzi dumnych przedstawicieli narodu, kiedy oglądam praktyczne konsekwencje ich decyzji, to nie umiem oprzeć się wrażeniu, że partyjne nadanie, które postawiło ich u steru nawy państwowej znacznie przerasta ich często nad wyraz skromne kompetencje. Internet pamięta, więc kto ciekaw znajdzie tam gafy i zwykłe głupoty wygadywane z miedzianym czołem. Kto dość ma oglądania „gęb za lud krzyczących” i słuchania „mowy trawy” przeplatanej wpadkami, które zdarzać nie powinny się maturzystom, niech zabawi się powrotem do wspaniałej komedii „Mania Wielkości”. Louis de Funes, zdymisjonowany królewski minister, zamartwia się w niej: „Co się ze mną stanie? Jestem ministrem, nie umiem nic robić”? Tak, tak, jak widać, nie starzeją się wspaniałe filmy z Louisem de Funesem, podobnie jak nie starzeją się ministerialne dylematy… I jak nie zmieniają mniemania polityków o tym, że ich ciężka praca (a nawet – po prostu – służba) dla społeczeństwa nie przynosi im wystarczającej gratyfikacji finansowej. Tak, tak „z obfitości serca usta mówią”. Kiedyś na tapecie było wyrażone z niespotykaną szczerością przekonanie minister Elżbiety Bieńkowskiej o tym, że za sześć tysięcy złotych pracować może tylko idiota albo złodziej, dzisiaj wyobrażenia klasy politycznej o „godziwej płacy za ciężką pracę organizują żale ministra Jarosława Gowina, któremu za czasów rządów koalicji PO-PSL ministerialna pensja z trudem wystarczała (albo i nie) do końca miesiąca. „Polityka jako zawód i powołanie” to tytuł jednego z głośniejszych esejów klasyka socjologii Maxa Webera. Rozróżnia w nim tych polityków, którzy z polityki żyją i tych, którzy żyją dla polityki – „>>Z<< polityki jako zawodu żyje ten, kto usiłuje uczynić z niej stałe źródło dochodów - >>dla<< polityki ten, kto tego nie robi”. Donald Tusk charakteryzując dawno temu – polską klasę polityczną jako „klasę próżniaczą” (określenie zapożyczone od innego klasyka socjologii Thorsteina Veblena) wyraźnie wskazał w jaką stronę polskie życie polityczne zdaje się ciążyć.

Krzysztof Łęcki




Może Cię zainteresować.