poniedziałek, 20 maja 2024
Imieniny: PL: Bazylego, Bernardyna, Krystyny| CZ: Zbyšek
Glos Live
/
Nahoru

Nie ma to jak w kolektywach | 14.05.2018

Ten tekst przeczytasz za 5 min. 30 s
Fot. ARC
Rozpocznę od wyznania: nie byłem członkiem żadnej organizacji dziecięcej, młodzieżowej, studenckiej czy zresztą jakiejkolwiek innej. Nie należałem też zatem do jakiejkolwiek partii – czy to w PRL-u, czy III Rzeczpospolitej. Nie, żebym był jednostką aspołeczną, co to, to nie. Ale… Propozycje partyjnych legitymacji dostawałem i jako student, i jako nauczyciel akademicki (Jak ironizował Jacek Kaczmarski w „Korespondencji klasowej”: Weź ty się skolektywizuj! Nie ma to jak w kolektywach!) ale… Ale – nie. Zamiast partyjnej ścieżki kariery – czekała mnie raczej groźba całkiem realnej marginalizacji, ba, nawet wykluczenia. „Dobry fachowiec, ale bezpartyjny” – ten sposób myślenia wykpiwała nawet PRL-owska prasa. Przyznaję zaś ze skruchą, że ekstrawagancka myśl, iż mógłbym – jako partyjniak – modyfikować, ba, nawet rozwalać System od wewnątrz w ogóle nie przyszła mi do głowy. Zostawmy, to nie jest felieton o moich partyjnych deficytach. Przypomnę więc tylko strofy wiersza barda sowieckiej rewolucji Włodzimierza Majakowskiego: „Chcę, by zajaśniało na nowo/ najdostojniejsze ze słów – partia./ Jednostka! Co komu po niej?!/…Partia – to głosów jeden poryw -/… Partia – to ręka milionopalca,/w jedną miażdżącą pięść zaciśnięta./ Jednostka –zerem, jednostka – bzdurą…”. Ale… Ale – nie. Nie znaczy to, że nad fenomenem „człowieka partyjnego” się nie zastanawiałem. Materiału dostarczały mi zarówno obserwacje własne (to prawda, wyrywkowe, niesystematyczne, niereprezentatywne), jak i literatura – jedna z najważniejszych powieści jaką przeczytałem w młodym wieku, to „1984” George’a Orwella, a partia z Wielkim Bratem na czele jest w niej wszak wszechobecna. Partia… Jeśli chce się przybliżyć fenomen „człowieka partyjnego”, to czerpać można (i trzeba) nie tylko z literatury social-fiction. Historyk Piotr Gontarczyk w swojej książce zatytułowanej „Polska Partia Robotnicza. Droga do władzy 1941-1944” opisuje taką oto sytuację: „Mieczysław Hejman, jeden z radiotelegrafistów kierownictwa Polskiej Partii Robotniczej, popadł kiedyś w konflikt z wykładowcą szkoły Kominternu czyli Międzynarodówki Komunistycznej. Zamknął się wtedy w pokoju i chciał popełnić samobójstwo z obawy, że zostanie wyrzucony z partii. Jego siostra Eugenia Brun wspominała: Myśmy wywalili drzwi. On leżał na kanapie i jęczał a właściwie łkał. Wyglądał straszliwie: - Jak to, ja całe życie, całą młodość oddałem partii. Nie ma nic innego poza partią, to mnie teraz wyrzucą z partii? Ja tego nie przeżyję!”. Co wytwarzało w człowieku partyjnym tak dramatyczne przeżywanie związku z partią, tego oczywiście można się jedynie domyślać. Oczywiście może w grę wchodzić wierność idei, ale może też całkiem co innego. Dlatego warto tu przytoczyć przypadek, który odnotował węgierski pisarz Sandor Marai w swej, opartej na faktograficznym materiale eseistycznej, powieści zatytułowanej „Ziemia! Ziemia! Wspomnienia”. Oto w roku 1944 krewniak pisarza, na chwilę przed wejściem Sowietów do Budapesztu dalej sprzyjał nazistom, czyli – sprawie przegranej – „Podchmielony walił dłonią w stół i powtarzał frazesy ze wstępniaków gazetowych o ‘wytrwaniu’ i ‘sojuszniczej wierności’”. Krzyczał do pisarza „Ja jestem narodowym socjalistą. A ty nie możesz tego zrozumieć, bo masz talent. Ja nie mam talentu i dlatego potrzeba mi narodowego socjalizmu”. Przytoczone przeze mnie przypadki dotyczą – pierwszy komunisty Mieczysława Hejmana, drugi – nieznanego z nazwiska węgierskiego nazisty; reprezentantów dwu różnych, wrogich sobie orientacji ideowych. Czy podobieństwo postaw ludzi partyjnych powinno nas specjalnie dziwić? No cóż… Jeden z przywódców nazistowskich Niemiec Albert Speer wspominał relację szefa MSZ III Rzeszy Ribbentropa z jego wizyty w Moskwie latem 1939 roku: „Opowiadał Hitlerowi, że jeszcze nigdy nie czuł się tak dobrze, jak pomiędzy współpracownikami Stalina: >>Jak gdybym był wśród naszych starych towarzyszy partyjnych, mein Führer” (Albert Speer, Wspomnienia, MON Warszawa 1990, s.204). No cóż, zawołanie i motto życiowe człowieka partyjnego jest wszak proste i czytelne – raz w partii, zawsze w partii! A że zmienia się partyjne barwy? Wreszcie dzisiaj najbardziej zaskakujące z pozoru transfery partyjne nikogo jakoś specjalnie nie dziwią. Czy się pomylę jeśli zaryzykuję stwierdzenie, że współczesny człowiek partyjny jest znacznie bardziej elastyczny od swego typowego protoplasty? Pewnie rzeczywiście jest przynajmniej trochę bardziej elastyczny. Co nie oznacza, że nowy, taki bardziej soft partyjniak zupełnie odżegnuje się od dobrych bardzo zresztą dawnych wzorów, jeśli to tylko dla niego korzystne. Jakie to wzory? Prawie dwa wieki temu wybitny bez wątpienia polityk jakim był Charles-Maurice de Talleyrand w czasie ulicznych zamieszek wyjrzał przez okno. – O, nasi wygrywają! – ucieszył się. – A którzy to „nasi” – zapytał ktoś najwyraźniej niezorientowany w kameleonowatej naturze Talleyranda. Ten zaś odpowiedział mu bez skrępowania. – O tym, którzy to są „nasi”, dowiemy się z jutrzejszych gazet.


Może Cię zainteresować.