poniedziałek, 20 maja 2024
Imieniny: PL: Bazylego, Bernardyna, Krystyny| CZ: Zbyšek
Glos Live
/
Nahoru

„Statek szaleńców”? | 23.04.2018

Ten tekst przeczytasz za 6 min. 45 s
Fot. ARC

Polityce polskiej ton nadaje resentyment. Wydawać się może nawet, że już teraz resentyment bez reszty polską politykę opanował. I to dla nas wszystkich bardzo, ale to bardzo, niedobrze. Bo dominujący resentyment tworzy dla jakości życia politycznego sytuację nie tylko niepokojącą, niezdrową ale wręcz niszczącą. Dla jasności – resentyment nie jest, jak często się to słowo rozumie, jakimś specjalnym rodzajem sentymentu; resentyment jest pojęciem o ściśle określonym znaczeniu. Pisał Max Scheler: „Formalne przejawy resentymentu mają […] wszędzie tę samą strukturę: afirmuje się, ceni, chwali coś, jakieś A, nie ze względu na jego wewnętrzną jakość, lecz w (niewysłowionej) intencji zanegowania, zdeprecjonowania, zganienia czegoś innego, jakiegoś B. A >>wygrywa się << przeciw B”. Tak, zdarza się niestety, że życiem politycznym zaczyna rządzić tak właśnie rozumiany resentyment. I dzieje się tak nawet wówczas jeśli nie słyszało się o niemieckim filozofie i socjologu Maxie Schelerze. Dość paradoksalnie resentyment łączyć się może zarówno ze zdecydowanie częściej przywoływaną w prywatnych rozmowach koncepcją wyboru tzw. „mniejszego zła” (to wersja „soft”), jak i trwaniem na pozycji zdeklarowanego, pozbawionego wszelkich wahań i wątpliwości „twardego elektoratu” (to wersja „hard”). Pierwsi wiedzą, że zamykają oczy, drudzy – mają oczy szeroko zamknięte.

Resentymentalny schemat jest wspólny dla obu wersji. I w praktyce ma konstrukcję cepa. Oto ktoś nie lubi/nie znosi/nienawidzi jednej ze stron politycznego sporu, pogardza nią, budzi ona w nim obrzydzenie. I dlatego właśnie skłonny jest przymknąć oko na wszelkie wady strony drugiej – która staje się jego partyjnym wyborem, politycznym domem. Jakiekolwiek informacje, że „jego strona” też popełnia błędy, że także nie jest bez winy, wywołują wtedy silny dysonans poznawczy – informacje o (rzekomych, w takim przypadku, rzecz jasna) błędach i winach „swoich” politycznych faworytów trzeba wyprzeć czy w jakiś inny sposób zdezawuować. Tym właśnie wytłumaczyć chyba można niezwykłą popularność partyjnych harcowników, którzy przebijając się nawzajem w najbardziej chamskich odzywkach podbijają bębenek złych emocji „swojego” elektoratu, jak się tylko da. Resentymentalny efekt, na który nie bez podstaw liczą harcownicy jest, jako się rzekło, prosty. Liczą mianowicie na niedopuszczanie do siebie przez wyborcę informacji, które w jakikolwiek sposób zakłócają przyjęty obraz świata i wytrącają z niezmiennie dobrego samopoczucia opartego na przekonaniu, że umie się bezbłędnie i niezawodnie oddzielić dobro od zła, światłość od mroku. I dalej idzie już prosto - święte oburzenie na chamstwo „tamtych” przy jednoczesnym bagatelizowaniu, bądź niedopuszczaniu do świadomości chamstwa „swoich”. A w wersji skrajnej - nawet jawnej uciechy, że „nasz” tamtym dowalił, „zmasakrował”, „zaorał” czy co tam jeszcze.

Ktoś może powie: kiedy dwu mówi to samo, to jednak nie zawsze znaczy to samo – ale doprawdy, bardzo słaba to argumentacja. Zostawmy na boku „masakry” i „zaorywania”. Weźmy na tapetę przykład bardziej subtelny. Daniel Passent w jednym ze swoich felietonów („Odebrać gronostaje”, „Polityka” nr 15 11. 4-17. 4) wykpiwa skandowanie hasła „Precz z komuną”. Uznaje, że Polska Anno Domini 2018 ma inne problemy i przed zupełnie innymi staje wyzwaniami niż obalanie komunizmu. No i dobrze. Ale kiedy takie same hasła, tak, tak, takie same hasła – „Precz z komuną” niosą uczestnicy antypisowkich demonstracji, to co? Ano – nic… prosta redukcja dysonansu poznawczego, o której wspominałem, załatwia tu wszystko. I kropka. No cóż, gdyby nie było dzisiaj tak bardzo „i śmieszno, i straszno” to wyzywanie od komunistów w hasłach niesionych w dwu wrogich demonstracjach musiałoby uderzać komizmem. Przyznaję, że dokładnie nie pamiętam, ale zdaje mi się, że nikt inny, jak tylko Jan Stanisław Lec kiedyś taki związek komizmu i komunizmu zapisał w zupełnie innych czasach. Komizm… Bohater arcydzieła filmowego Andrzeja Munka „Zezowate szczęście”, modelowy oportunista Jan Piszczyk, który w jednej ze scen przypadkowo trafia pomiędzy dwie wrogie manifestacje - rozpaczliwie rzuca w stronę każdej z nich odmienne hasła. Dzisiaj transparentem z hasłem „Precz z komuną” Piszczyk obsłużyłby i zadowolił obie strony polsko-polskiej wojny.

W tym samym numerze „Polityki”, w którym zamieszczono felieton Passenta, Jan Hartman gorąco argumentuje przeciw postawie, którą tygodnik ten rozpropagował jako symetryzm. Symetrysta w tym rozumieniu, to ktoś, kto stara się zachować jednakowy dystans – czy to do posunięć rządu, czy działań opozycji. Nic dziwnego – określenie to ma wszak w rozumieniu redaktorów „Polityki” zwykle charakter wybitnie pejoratywny… Tak, toczy się wojna polsko-polska i równy dystans pachnie Hartmanowi oportunizmem. Aż tu nagle, w dopiero co wydanym, „jubileuszowym” zbiorze felietonów Daniela Passenta (Daniel Passent, „W 80 lat dookoła Polski”, Warszawa 2018) czytam w „Przedmowie” redaktora naczelnego „Polityki” Jerzego Baczyńskiego, że „Był Passent, przez wszystkie lata uprawiania swego złośliwego ironicznego pisarstwa, krytykowany, pomawiany, atakowany z każdej politycznej i ideologicznej strony. Z tego zbioru da się odczytać dlaczego: otóż Daniel Passent jest radykalnym – jak byśmy dziś powiedzieli – symetrystą, poszukiwaczem złotego środka, zasadniczo zdystansowanym wobec każdej historycznej epoki, jakby wciąż zdziwionym, że można tak brzydko i źle się różnić”. Jest zatem, jak widać, dla redaktorów „Polityki” symetryzm zły i dobry. Ten dobry, to przypadek kierowcy, „który chciałby jechać środkiem jezdni, ale stale ściąga go w lewo”, jak sam siebie charakteryzuje Passent w przywoływanej książce (s.253).

Pierwotnie zamierzałem dać temu felietonowi tytuł „resentyment i symetryzm”, ale zupełnym przypadkiem trafiłem na Facebooku na jedno z moich ulubionych dzieł Hieronima Boscha „Statek Szaleńców”. I pomyślałem, że może obraz Boscha, a zwłaszcza jego tytuł znacznie lepiej oddają sens zagrożeń, które starałem się zarysować. Oczywiście, powie, ktoś – to nie jest diagnoza, ba, nie jest to nawet nie prognoza. To prawda, to przede wszystkim – przestroga.

Krzysztof Łęcki




Może Cię zainteresować.