No cóż, od
Stańczyka wzięła nazwę jak najbardziej poważna i wpływowa krakowska szkoła
historyczna – „Stańczyków”. Wspomniana szkoła historyków była konserwatywna,
ale – jeśli dobrze pamiętam – w polskiej szkole (przynajmniej tej, do której ja
uczęszczałem) Stańczyk pojawiał się w „Weselu” jako krytyk konserwatywnej
polityki, zachęcający do walki o wolność. Sprzeczność? Ależ to Polska właśnie! Stańczyk
to symbol wyzwolenia się z okowów dworskiego konwenansu i języka. Bo choć w
czasach królów, którym błaznował Stańczyk, nie obowiązywała polityczna
poprawność (ta rozkwitła dopiero w naszych czasach), liczyły się wszak – i to
jak najbardziej – polityczne kalkulacje. Co warto powiedzieć, a czego powiedzieć
nie warto, co po prostu nie popłaca. Zawsze (i – jak zawsze) i wszędzie warto
było wówczas chwalić pod niebiosa „nowe szaty króla”. No bo jak inaczej? A
Stańczyk królom nie oszczędzał krytyki.
I
Figurze
Błazna poświęcono całe monografie (ot, chociażby Mirosław Sowiński „Błazen.
Dzieje postaci i motywu”, Poznań 1990), ale znacznie większy rezonans miały poświęcone
jej teksty objętościowo szczuplejsze. Pisał Leszek Kołakowski w słynnym szkicu
„Kapłan i błazen”: „Błazen jest tym, który wprawdzie obraca się w dobrym
towarzystwie, ale nie należy do niego i mówi mu impertynencje; tym, który
poddaje w wątpliwość wszystko to, co uchodzi za oczywiste; nie mógłby tego
uczynić, gdyby sam do dobrego towarzystwa należał – wtedy najwyżej mógłby być
gorszycielem salonowym; błazen musi być na zewnątrz dobrego towarzystwa,
oglądać je z boku, aby wykryć nie-oczywistość jego oczywistości i
nie-ostateczność jego ostateczności; zarazem musi się w dobrym towarzystwie
obracać, aby znać jego świętości i mieć okazję do mówienia mu impertynencji”.
Bo też Błazen według Kołakowskiego, to nie trefniś, nie klown. Błazen bawi się,
jasne, ale bawi w szczególny sposób. Bo przede wszystkim – myśli. Niekiedy
stroi miny, ale przecież nie zamyka tym samym oczu na tragizm otaczającego go
świata. W czasach słusznie minionych Adam Michnik poświęcił figurze Błazna cały
esej – zaliczył do jej przedstawicieli m.in. Witolda Gombrowicza i Stefana
Kisielewskiego/Kisiela. Widać mam słabość do tak rozumianych Błaznów. Wreszcie doktorat
pisałem o krytycznoliterackiej i literaturoznawczej recepcji Gombrowiczu, a
habilitację poświęciłem analizom „Dzienników” Stefana Kisielewskiego. Pisał Kisiel
w jednym z nich: „Muszę być niepoważny, bo poważnego by nie dopuścili. Ale
niepoważność ma też swoje zalety, zamiast kapłanem można zostać błaznem,
nadworne błazny mają u nas swą tradycję, zwłaszcza cenny może być błazen, który
sam się mianował, sam wpadł na pomysł, aby w PRL powstała i trwała taka
instytucja. Pełnie zatem od lat 32 swe dialektyczno-wychowawcze, pedagogiczne
dla wszystkich stron rzemiosło, nie skarżąc się”.
II
A jak jest
dzisiaj? W III Rzeczypospolitej? Przy okazji ostatnich wyborów prezydenckich,
Rafał A. Ziemkiewicz dostrzegł cechy współczesnego Stańczyka w twórcy Kanału
Zero Krzysztofie Stanowskim. Pisze: „Polacy – można to już powiedzieć na pewno
– pomysł Stanowskiego kupili i przyznali w mu stawce kandydatów szczególne
miejsce, właśnie nowego Stańczyka, który ma prawo dzięki błazeńskiej szacie być
częścią prezydenckiego wyścigu i zarazem nią nie być”. Odłóżmy jednak politykę
na bok. Wreszcie – jak wygląda Błazen w wersji Stanowskiego każdy mógł się przekonać
nie tylko oglądając debaty przed wyborami prezydenckimi, ale i zaglądając „tu i
teraz” do Kanału Zero. Czy Stańczyk/Stanowski w swoich niekiedy bardzo ostrych
(kontrowersyjnych, prowokacyjnych – to już jak dla kogo) wypowiedziach
przekroczył cienką czerwoną linię? Ocena zależy oczywiście od tego, do jakiego
zaliczamy się typu audytorium.
III
Ja
sam z twórczością Stanowskiego miałem okazję zapoznać się kilka lat wcześniej, pracując
nad „Stadionami świata”, książką o przemianach we współczesnym świecie futbolu.
Stanowski – który zaczynał karierę jako dziennikarz sportowy – już wówczas
zaintrygował mnie czymś, co nazwałbym „pisaniem bez sentymentów”. Pisał: „Moja
rada dla kibiców: cieszcie się z piłkarzy, bo tak szybko odchodzą. Za kasą,
standardem życia, lepszym jutrem. Im mniej będziecie oczekiwać od nich
jakiejkolwiek lojalności, tym mniej się rozczarujecie. Traktujcie samych siebie
jako pracodawców, a ich jako pracowników. Kupiłeś bilet, to wymagaj, aby
zawodnik dostarczył produkt, za który zapłaciłeś. I nic więcej. Zawarto
transakcję biznesową, z której on ma się wywiązać. Miłości szukaj w domu, a na
stadionie oczekuj soczystych strzałów, efektownych dryblingów, zaangażowania i
walki” (Krzysztof Stanowski, „Stan futbolu. Tajemnice boiska, szatni i
piłkarskich gabinetów”, Warszawa 2016, s. 197).
IV
Jest
w tych dwóch przytoczonych wyżej fragmentach widoczna chęć przedarcia się przez
naiwny, sentymentalny obraz świata futbolu. Dzisiejszy Stanowski znacznie poszerza
pole walki. I dla każdego chowa w zanadrzu coś niemiłego. Dla każdego, a więc
także i dla mnie. „Pierwszy, »Gladiator», to wiadomo: film kultowy, historia
kina. Ale »Gladiator 2« to bardzo udana kontynuacja, świetnie spędziłem czas.
Kultowości z tego nie będzie, ale rozczarowań też nie. Ci krytycy, którzy dali
mu na Filmwebie notę 4, powinni wrócić do zachwycania się kinem alternatywnym
czy jakąś »Idą», co im dobrze zrobi na ego”.
V
No
cóż, ja sam nie zachwycałem się „Idą”. Nie bawiłem się dobrze (a nawet – wręcz
przeciwnie) na „Gladiatorze 2”. Ale kto niby powiedział, że Stańczyk ma być
kodyfikatorem dobrego smaku? Niemniej – najlepiej jest wówczas, kiedy bawią się
wszyscy. I tak właśnie było, kiedy oglądałem listopadową rozmowę Stanowskiego z
posłem Witoldem Zembaczyńskim w Kanale Zero. Z moich ust niemal znikał uśmiech.
Podobnie jak z twarzy wyraźnie ukontentowanego przebiegiem rozmowy posła. Można
zatem kulturalnie bawić się w towarzystwie nawet wówczas, gdy bawią nas
zupełnie inne kwestie? Można! Błazen umie to sprawić...
Krzysztof Łęcki