Pre-teksty i kon-teksty Łęckiego: Agent agentowi | 16.11.2025
Gdyby zapytać przedstawicielki płci pięknej, co je
najbardziej podnieca w mężczyźnie, znaczna ich część odpowie pewnie – intelekt.
No cóż, gdyby najbardziej pociągał kobiety w mężczyznach intelekt, to George
Smiley od zawsze wygrzewałby się w
słońcu niewieściego powodzenia. Płeć piękna pożądałaby go jak kania dżdżu. A
nawet bardziej. Już piszę, kto to Smiley, bo jeśli o Jamesie Bondzie słyszeli pewnie
wszyscy, to Smiley pozostaje w dużym stopniu anonimowy, nawet jeśli o nim kto słyszał,
to zaraz zapomniał, w szczególności zaś – zapomniały. A nawet może nie tyle zapomniały, co przez
chwilę o nim poważniej nie pomyślały.
Ten tekst przeczytasz za 6 min. 15 s
Gary Oldman w filmie „Szpieg”. Fot. mat. prasowe
Tak, tak, na moment nie pomyślały o nim poważnie, a już tym
bardziej – niepoważnie. Smiley skądinąd szpieg idealny, bohater kilku kultowych
powieści Johna le Carré’go to osobnik „Mały pękaty, w najlepszym razie w
średnim wieku, strój drogi, ale źle dopasowany (…) Płaszcz, w którym miał w
sobie coś z wdowca, był z czarnej luźnej tkaniny, specjalnie zaprojektowanej,
by nasiąkać wodą. Gdy nosił go na sobie, mankiety prawie zakrywały palce (…) bo
albo rękawy były za długie, albo palce za krótkie. Kapeluszy nie nosił z
próżności, w słusznym przekonaniu, że wygląda w nich śmiesznie. Jak jajko w
kapturku, zauważyła jego piękna żona niedługo przed swoim kolejnym odejściem…”.
***
Przy okazji Smiley to życiowa niezguła, nawet z zakupu kawy
umie zrobić problem, w sytuacjach towarzyskich jego asertywność oscyluje wokół
zera absolutnego. A przecież w sferze zawodowej myśli i działa jak komputer
najnowszej generacji. I to – chciałoby się powiedzieć – komputer z wyobraźnią,
jeśli coś takiego istnieje. Niestety, umiejętność precyzyjnej, profesjonalnej
refleksji najwyraźniej nie zawsze
najlepiej sprawdza się w życiu osobistym – tu Smiley jest niepoprawnym
romantykiem, jak powiedzieliby jedni, bądź do szczętu naiwnym frajerem – jak
określiliby to inni. Jego żona Ann zdradza go na lewo i na prawo, a on pomiędzy
mistrzowskimi posunięciami, które każą wierzyć, iż w szpiegowskiej grze jest
prawdziwym arcymistrzem, śni na jawie o wyspie, gdzie byliby tylko oni sami.
George i Ann. Myślenie, nawet to na poziomie arcymistrzowskim, niespecjalnie zresztą
prezentuje się na ekranie.
***
Gary Oldman, który gra Smiley’a w „Szpiegu” (Wielka
Brytania, Francja 2011, reżyseria: Tomas Alfredson) wygląda lepiej niż jego
powieściowy opis, o to zresztą doprawdy nietrudno, ale zachowuje charakter Smiley’a znanego z kart powieści.
Jakby to powiedzieć… Jest taki jakiś nijaki taki. Zaryzykowałbym stwierdzenie,
że jeśli nawet dominantą charakteru Smiley’a jest nijakość, to sednem tej
nijakości jest chroniczny brak poczucia humoru. Nie, nie idzie o to by sypał
bon motami (bond motami – jak określił je mój stary znajmy). Wreszcie jak
zauważył mistrz kostycznego dowcipu Talleyrand „za dużo dowcipu, to za mało
dowcipu”. Niemniej zupełny brak (zanik) poczucia humoru z pewnością nie pomaga.
Ktoś powie, że nie jestem może specjalnie powołany, by wypowiadać się na temat
związków inteligencji z dowcipem, jestem wreszcie socjologiem. Jestem
socjologiem – na swoje nieszczęście, jak napisał mój przyjaciel Szczepan
Twardoch, też z wykształcenia socjolog, tyle, że z zawodu i powołania – pisarz.
No właśnie, jestem socjologiem, a jak zauważył znany antropolog Nigel Barley
„socjologowie to pozbawieni poczucia humoru lewicujący głosiciele nonsensów i
truizmów”. Cóż za fatalne i niesprawiedliwe uogólnienie. Wreszcie profesor
Krzysztof Konecki (socjolog) skomentował naszą 5 letnią znajomość na Facebooku
– „Obaj nieźli kpiarze”.
***
Może zresztą nieokiełznana inteligencja niekiedy w
kontaktach z kobietami najzwyczajniej przeszkadza. W posłowiu do „Imienia róży”
opowiada Umberto Eco o „postawie człowieka, który kocha jakąś bardzo
wykształconą kobietę i wie, że nie może powiedzieć jej, kocham cię
rozpaczliwie, ponieważ wie (i że ona wie, że on wie), iż te słowa napisała już
Liala. Jest jednak rozwiązanie. Może powiedzieć: Jak powiedziałaby Liala,
kocham cię rozpaczliwie. W tym miejscu uniknąwszy fałszywej niewinności,
oznajmiwszy jasno, że nie można już mówić w sposób niewinny, powiedziałby
jednak ukochanej to, co jej chciał powiedzieć: że ją kocha (…) Jeżeli kobieta
zgodzi się na te grę, będzie to dla niej mimo wszystko wyznanie miłości /…/
oboje uprawiać będą świadomie i z upodobaniem grę ironii…”. W ekranizacji
powieści le Carrégo „Krawiec z Panamy” (swoistym hołdzie złożonym Grahamowi
Greenowi) agent brytyjskiego wywiadu preferuje inny typ rozmowy z dopiero co
poznaną kobietą – „Możemy to zrobić na dwa sposoby, moja droga”. Pierwszy to
taki, że stracimy czas na niepotrzebne konwenanse, a drugi, że zaraz pójdziemy
do łóżka, by potem nie żałować, że niepotrzebnie straciliśmy tyle czasu”. Tyle,
że w wersji filmowej „Krawca z Panamy” (USA 2001, reżyseria John Boorman)
agenta gra jednak ktoś, kto w żaden sposób nie przypomina Smiley’a, ani nawet
Gary’ego Oldmana grającego Smiley’a; szpiega gra tam sam Pierce Brosnan, jeden
z odtwórców roli Jamesa Bonda. No właśnie… I tu wydawałoby się koło się zamyka.
Ale może nie ma co komplikować problemu, wystarczy wszak uznać, że jedną z cech
intelektu jest umiejętność doboru właściwych słów, do konkretnej płci, osoby,
sytuacji…
***
Ech, te efektowne bon moty... Tak często przypisuje się je
różnym postaciom. Ot, Stefan Zweig napisał biografię Josepha Fouchégo. Ów minister
policji wszystkich czasów, bo i czasów rewolucji, i czasów Cesarstwa,
i czasów Restauracji, nie jest postacią specjalnie znaną. Ba, wydawnictwo
„Książnica” – które udostępniło polskie tłumaczenie książki Joseph Fouche. „Bildnis
eines politischen Menschen”, w wydaniu z miękką okładką – uznało za
stosowne pominąć imię i nazwisko bohatera książki, pozostawiając tylko podtytuł:
Portret człowieka politycznego. Tak, Fouché jest dzisiaj w dużym stopniu
kimś niemal anonimowym. Nie ma we Francji ani placu, ani ulicy jego imienia.
A przecież to on właśnie precyzyjnie i lakonicznie sformułował
podstawową zasadę realizmu w polityce w sposób najbardziej skrajny.
Oto cesarz Napoleon każe porwać i rozstrzelać księcia d’Enghien. Fouché wypowiada wtedy słynne słowa: „To jest
gorzej niż zbrodnia, to jest błąd”. Niekiedy przypisuje się tę uwagę
Talleyrandowi.
Krzysztof Łęcki