Ale współcześnie przyjęła się jej wersja anglojęzyczna – czy
jej autorem jest znany XVIII pisarz Samuel Johnson, czy znacznie mniej znany
amerykański polityk Hiram Johnson komentujący w ten sposób przystąpienie Stanów
Zjednoczonych do I wojny światowej, to zdaje się być kwestią drugorzędną.
Dzisiaj to, że „pierwszą ofiarą każdej wojny jest prawda” jest intelektualnym
bilonem, każdego stać na to, by sentencję tę z marsową miną wygłosić. I
jednocześnie, kiedy tylko do wojny dochodzi – zapomina się o niej
błyskawicznie. Może dlatego, że każda (no, prawie każda) wojna przedstawiana
jest przez agresora jako wojna prewencyjna. Nawet Adolf Hitler dbał o to, by
tak właśnie przedstawiać swoje wojenne podboje.
I
Czyli – najogólniej, skoro kwestię prawdy odkładamy na bok –
są wojny „złe” i wojny „dobre”. „Nasza” strona wojny jest zawsze, z definicji, dobra,
bo zaatakowana. Po prostu tak się składa, że zawsze jesteśmy po „jasnej stronie
mocy” – inni to złowrogi Mordor, nasi wrogowie mają oblicza Orków. A nawet
Uruk-hai. Kim są te stwory – nawet AI odpowie wam na to pytanie bezbłędnie,
sprawdźcie, jeśli nie znacie „Władcy Pierścieni”.
II
Od razu zaznaczę, że nie będzie to felieton komentujący niedawną
interwencję amerykańską w Wenezueli. Wreszcie nawet Artur Domosławski –
sugerujący między linijkami swego bodaj pierwszego komentarza na ten temat, że
wie, a pewnie i rozumie znacznie więcej niż przeciętny Kowalski (a nawet Smith)
– kończy tak, że nie kończy: „Czekam – czekamy – na więcej
informacji (ewentualne apdejty i korekty) i rozwój zdarzeń. W tej chwili
mnóstwo znaków zapytania i niewiadomych”. Domosławski znany jest szerszej
publiczności głównie ze skandalizującego tomu „Kapuściński non-fiction”, w którym
trochę narusza przekonanie o wiarygodności relacji swojego (byłego?) mistrza. A
przecież – nie licząc prawie trzydziestu rewolucji, które komentował – to przez
właśnie okulary Kapuścińskiego, dziennikarza XX wieku, oglądaliśmy relacjonowane
przez niego dwanaście wojen. Tak, „tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono” –
ale tyle wiemy o świecie, ile (i w jakiej perspektywie) nam opowiedziano czy
pokazano.
III
Jak powiedziałem – powtarzam i podkreślam – odkładam tu na bok temat niedawnej
amerykańskiej interwencji w Wenezueli. Nie będzie zatem roztrząsania
pojawiających się tu i ówdzie sugestii, że Amerykanom udało się w Wenezueli to,
czego Federacji Rosyjskiej nie udało się w Ukrainie. Nie będzie słowa o wreszcie
nie tak dawnych interwencjach Zachodu w konflikcie (konfliktach), który (które)
towarzyszył (towarzyszyły) rozpadowi dawnej Jugosławii. Nie będzie, choć
całkiem dobrze pamiętam uwagi Ludwika Stommy, które znaleźć można w jego
książce „Nalewka na czereśniach”. Przypomnę tylko, że dla polityków i
dziennikarzy „głównego nurtu” w starciu na Bałkanach problemem była w tej
wiązce konfliktów agresywna Serbia. Stomma zajmował tu stanowisko odrębne. Kto
ciekaw niech zajrzy do „Nalewki...”.
IV
Będzie o zapomnianym konflikcie – zapomnianej wojnie domowej w Biafrze w
latach 1967-1970. Toczyła się na terenie Nigerii. Proklamowane przez plemię Igbo
„sezonowe”, jak się miało okazać, państwo Biafra wzięło swoją nazwę od Zatoki
Biafrańskiej, regionu bogatego – cóż za zaskoczenie! – w ropę naftową. Jednak
tu sprawa się komplikuje, bo nie tylko spór o bogactwa naturalne wchodził tu w
grę. Jeśli dzisiaj w niemal całym zachodnim świecie partie polityczne
przekształcają swoich najbardziej zaciekłych wyznawców w plemiona – to w
tamtych, odległych o ponad pół wieku czasach, zamieszkujące Nigerię plemiona
przekształciły się w naturalny sposób w partie polityczne. Wybory polityczne nie
były zatem plebiscytem poparcia – spis ludności wystarczał za wybory. Konflikty
etniczne – czy bardziej dosadnie czystki etniczne, dokonywane przez inne
zamieszkujące terytorium Nigerii plemiona, tj. Hausa i Fulani, których ofiarami
był lud Igbo – doprowadziły ten ostatni do próby secesji i utworzenia odrębnego
państwa – Biafry. I, w konsekwencji, krwawego konfliktu, który kosztował życie
grubo ponad miliona ludzi.
V
Wiosną do ogarniętego konfliktem kraju, do zespołu wiadomości zagranicznych,
trafia Frederick Forsyth – potem znany autor takich światowych bestsellerów,
jak „Dzień Szakala” czy „Psy wojny”. A także mniej znanej książeczki „A Biafra
Story” – w której pisze: „Od 1970 roku powstały inne książki na
ten temat. Zawierają więcej danych, które zostały lepiej uporządkowane. Są też
pełne wspomnień uczestników. Jednak te wspominki opisują wypadki różniące się
od tych, które wydarzyły się naprawdę, a sami wspominający co innego mówili lub
myśleli w swoim czasie”. No właśnie – a jakie były wspomnienia Forsytha?
Dowiedzieć się o tym można z jego wydanej niedawno autobiografii. Cieszącej się
znacznie większą popularnością niż zapomniana – jak Biafra – książeczka o niej.
VI
Otóż – pisze Forsyth – kiedy dotarł do Nigerii okazało się,
że „(w)szystko co mi wcześniej powiedziano było kompletną bzdurą, ale David
Hunt sprzedał to bez problemu ministerstwu ds. Wspólnoty Narodów, które
przekazało to dalej do Bush House i działowi wiadomości zagranicznych BBC (...).
Nikt nie kwestionował ani słowa z tego co mówił”. A co mówił? Ano, że winne
było – znane już wcześniej z organizowania zamieszek – plemię Igbo. Winien był wywodzący
się z Igbo gubernator regionu egoistyczny łobuz zwany Emeka Ojuwu. Śmiał on ogłosić
secesję Biafry, ograbić w ten sposób Nigerię, klejnot w koronie Wspólnoty
Brytyjskiej. W odpowiedzi nigeryjska głowa stanu wspaniały – jak przekonywał
Hunt – pułkownik Yokubu Gowon nie miał innego wyjścia jak tylko użyć armii
federalnej...
VII
Szczegóły o biafrańskiej wojnie i dalszych losach autora
„Psów wojny” – naprawdę ciekawe, polecam uwadze – znajdziecie w autobiografii
Forsytha „Outsider”. Tu wypadnie tylko dodać, że Forsyth starał się w swoich
relacjach przedstawić obiektywny obraz sytuacji w Nigerii. Sprzeciwił się tym
samym interpretacji zdarzeń przedstawicieli brytyjskiego rządu w Nigerii. Ich
stanowisko oparte było na analizie wadliwej, ale – jak mu oświadczono – „jedynie
akceptowalnej”. W efekcie – BBC Forsytha pożegnało...
Krzysztof Łęcki