poniedziałek, 9 lutego 2026
Imieniny: PL: Bernarda, Eryki, Rajmunda| CZ: Apolena
Glos Live
/
Nahoru

Pre-teksty i Kon-teksty Łęckiego: Biafra | 27.01.2026

Skąd taki tytuł? Egzotyczny? Sugeruje zamierzchłą historię? Dojdziemy to tego. Zacznijmy od kwestii ogólnych. „Pierwszą ofiarą każdej wojny jest prawda” – sentencja ta sięga politycznej mądrości starożytnej Grecji.

Ten tekst przeczytasz za 6 min. 45 s
Są wojny „złe” i wojny „dobre”. „Nasza” strona wojny jest zawsze, z definicji, dobra, bo zaatakowana. Zdjęcie obrazowe. Fot. Pixabay

Ale współcześnie przyjęła się jej wersja anglojęzyczna – czy jej autorem jest znany XVIII pisarz Samuel Johnson, czy znacznie mniej znany amerykański polityk Hiram Johnson komentujący w ten sposób przystąpienie Stanów Zjednoczonych do I wojny światowej, to zdaje się być kwestią drugorzędną. Dzisiaj to, że „pierwszą ofiarą każdej wojny jest prawda” jest intelektualnym bilonem, każdego stać na to, by sentencję tę z marsową miną wygłosić. I jednocześnie, kiedy tylko do wojny dochodzi – zapomina się o niej błyskawicznie. Może dlatego, że każda (no, prawie każda) wojna przedstawiana jest przez agresora jako wojna prewencyjna. Nawet Adolf Hitler dbał o to, by tak właśnie przedstawiać swoje wojenne podboje.

I
Czyli – najogólniej, skoro kwestię prawdy odkładamy na bok – są wojny „złe” i wojny „dobre”. „Nasza” strona wojny jest zawsze, z definicji, dobra, bo zaatakowana. Po prostu tak się składa, że zawsze jesteśmy po „jasnej stronie mocy” – inni to złowrogi Mordor, nasi wrogowie mają oblicza Orków. A nawet Uruk-hai. Kim są te stwory – nawet AI odpowie wam na to pytanie bezbłędnie, sprawdźcie, jeśli nie znacie „Władcy Pierścieni”.

II
Od razu zaznaczę, że nie będzie to felieton komentujący niedawną interwencję amerykańską w Wenezueli. Wreszcie nawet Artur Domosławski – sugerujący między linijkami swego bodaj pierwszego komentarza na ten temat, że wie, a pewnie i rozumie znacznie więcej niż przeciętny Kowalski (a nawet Smith) – kończy tak, że nie kończy: „Czekam – czekamy – na więcej informacji (ewentualne apdejty i korekty) i rozwój zdarzeń. W tej chwili mnóstwo znaków zapytania i niewiadomych”. Domosławski znany jest szerszej publiczności głównie ze skandalizującego tomu „Kapuściński non-fiction”, w którym trochę narusza przekonanie o wiarygodności relacji swojego (byłego?) mistrza. A przecież – nie licząc prawie trzydziestu rewolucji, które komentował – to przez właśnie okulary Kapuścińskiego, dziennikarza XX wieku, oglądaliśmy relacjonowane przez niego dwanaście wojen. Tak, „tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono” – ale tyle wiemy o świecie, ile (i w jakiej perspektywie) nam opowiedziano czy pokazano.

III
Jak powiedziałem – powtarzam i podkreślam – odkładam tu na bok temat niedawnej amerykańskiej interwencji w Wenezueli. Nie będzie zatem roztrząsania pojawiających się tu i ówdzie sugestii, że Amerykanom udało się w Wenezueli to, czego Federacji Rosyjskiej nie udało się w Ukrainie. Nie będzie słowa o wreszcie nie tak dawnych interwencjach Zachodu w konflikcie (konfliktach), który (które) towarzyszył (towarzyszyły) rozpadowi dawnej Jugosławii. Nie będzie, choć całkiem dobrze pamiętam uwagi Ludwika Stommy, które znaleźć można w jego książce „Nalewka na czereśniach”. Przypomnę tylko, że dla polityków i dziennikarzy „głównego nurtu” w starciu na Bałkanach problemem była w tej wiązce konfliktów agresywna Serbia. Stomma zajmował tu stanowisko odrębne. Kto ciekaw niech zajrzy do „Nalewki...”.

IV
Będzie o zapomnianym konflikcie – zapomnianej wojnie domowej w Biafrze w latach 1967-1970. Toczyła się na terenie Nigerii. Proklamowane przez plemię Igbo „sezonowe”, jak się miało okazać, państwo Biafra wzięło swoją nazwę od Zatoki Biafrańskiej, regionu bogatego – cóż za zaskoczenie! – w ropę naftową. Jednak tu sprawa się komplikuje, bo nie tylko spór o bogactwa naturalne wchodził tu w grę. Jeśli dzisiaj w niemal całym zachodnim świecie partie polityczne przekształcają swoich najbardziej zaciekłych wyznawców w plemiona – to w tamtych, odległych o ponad pół wieku czasach, zamieszkujące Nigerię plemiona przekształciły się w naturalny sposób w partie polityczne. Wybory polityczne nie były zatem plebiscytem poparcia – spis ludności wystarczał za wybory. Konflikty etniczne – czy bardziej dosadnie czystki etniczne, dokonywane przez inne zamieszkujące terytorium Nigerii plemiona, tj. Hausa i Fulani, których ofiarami był lud Igbo – doprowadziły ten ostatni do próby secesji i utworzenia odrębnego państwa – Biafry. I, w konsekwencji, krwawego konfliktu, który kosztował życie grubo ponad miliona ludzi.

V
Wiosną do ogarniętego konfliktem kraju, do zespołu wiadomości zagranicznych, trafia Frederick Forsyth – potem znany autor takich światowych bestsellerów, jak „Dzień Szakala” czy „Psy wojny”. A także mniej znanej książeczki „A Biafra Story” – w której pisze: „Od 1970 roku powstały inne książki na ten temat. Zawierają więcej danych, które zostały lepiej uporządkowane. Są też pełne wspomnień uczestników. Jednak te wspominki opisują wypadki różniące się od tych, które wydarzyły się naprawdę, a sami wspominający co innego mówili lub myśleli w swoim czasie”. No właśnie – a jakie były wspomnienia Forsytha? Dowiedzieć się o tym można z jego wydanej niedawno autobiografii. Cieszącej się znacznie większą popularnością niż zapomniana – jak Biafra – książeczka o niej.

VI
Otóż – pisze Forsyth – kiedy dotarł do Nigerii okazało się, że „(w)szystko co mi wcześniej powiedziano było kompletną bzdurą, ale David Hunt sprzedał to bez problemu ministerstwu ds. Wspólnoty Narodów, które przekazało to dalej do Bush House i działowi wiadomości zagranicznych BBC (...). Nikt nie kwestionował ani słowa z tego co mówił”. A co mówił? Ano, że winne było – znane już wcześniej z organizowania zamieszek – plemię Igbo. Winien był wywodzący się z Igbo gubernator regionu egoistyczny łobuz zwany Emeka Ojuwu. Śmiał on ogłosić secesję Biafry, ograbić w ten sposób Nigerię, klejnot w koronie Wspólnoty Brytyjskiej. W odpowiedzi nigeryjska głowa stanu wspaniały – jak przekonywał Hunt – pułkownik Yokubu Gowon nie miał innego wyjścia jak tylko użyć armii federalnej...

VII
Szczegóły o biafrańskiej wojnie i dalszych losach autora „Psów wojny” – naprawdę ciekawe, polecam uwadze – znajdziecie w autobiografii Forsytha „Outsider”. Tu wypadnie tylko dodać, że Forsyth starał się w swoich relacjach przedstawić obiektywny obraz sytuacji w Nigerii. Sprzeciwił się tym samym interpretacji zdarzeń przedstawicieli brytyjskiego rządu w Nigerii. Ich stanowisko oparte było na analizie wadliwej, ale – jak mu oświadczono – „jedynie akceptowalnej”. W efekcie – BBC Forsytha pożegnało...
Krzysztof Łęcki



Może Cię zainteresować.