Przeznaczone dla innych uczonych okulistów. Jedyna powieść,
w której tytule pojawiają się okulary głównego bohatera, jaka przychodzi mi do
głowy, to opowiastka dla dzieci i młodszej młodzieży „Zorro, załóż okulary”
Marty Tomaszewskiej – czytana przeze mnie, dawno, dawno temu. Oczywiście, powie
ktoś, okulary to znak niemal firmowy Harry’ego Portera, a okazjonalnie zakłada
je nawet Indiana Jones, ale...
I
Pozornie inaczej jest z ekscentrykami. Weźmy chociażby film
Janusza Majewskiego z 2015 roku „Ekscentrycy, czyli po słonecznej stronie
ulicy”. Ale jest przecież i powieść Włodzimierza Kowalewskiego „Ekscentrycy”, a
określenie ekscentryk w podtytule książek dotyczyć może zarówno królów (Karol
III), jak i pisarzy (C.S. Lewis). Ba, powstają rozprawy socjologiczne z
„ekscentrykiem” w tytule. I tak na dniach ukaże się książka Marcina Gacka
„Ekscentryk w organizacji. Studium instytucji totalnych”. Autor analizuje w
niej przypadek charyzmatycznego generała US Army z czasów II wojny światowej
George’a Pattona. Mam swój – niewielki, bo niewielki, ale jednak – udział w
powstawaniu tego socjologicznego eseju poświęconego zjawisku ekscentryczności.
Jak bowiem pisze w „Przedmowie” dr Gacek „Jakiś czas temu, podejmując się socjologicznej
analizy zjawiska ekscentryzmu w organizacji totalnej, w tym również w
korporacji (rozumianej jako rekonfiguracja instytucji totalnej, tzw. instytucja
zachłanna), zadałem pytanie profesorowi Krzysztofowi Łęckiemu (któremu zawsze
będę wdzięczny za to, że wbrew pewnej tradycji akademickiej nie uczył mnie »jak
błądzić skutecznie«, a wręcz przeciwnie), kto kojarzy mu się z postacią
ekscentryka w organizacji totalnej. Po chwili namysłu odparł: generał Patton. Zaskoczył
mnie tą odpowiedzią, ponieważ myślałem raczej o Stevie Jobsie, Marku
Zuckerbergulub Edwardzie Snowdenie.Postanowiłem jednak
zaufać jego autorytetowi i doświadczeniu starszego kolegi”.
II
To prawda, bywa, że socjologowie analizują zjawisko
ekscentryczności, niemniej sami zwykle nią nie grzeszą. I nie ma co w tym
przypadku narzekać na środowiskowe ograniczenia, że współczesny uniwersytet nie
sprzyja ekscentrykom – wszak Patton pozostał ekscentrykiem nawet w organizacji
totalnej, czyli takiej, do której Erving Goffman zalicza także szpitale
psychiatryczne. Ja sam jedynego chyba ekscentrycznego profesora socjologii,
który (w fabule powieści) przedstawiony jest jako ktoś, kto ma coś ciekawego do
powiedzenia, znalazłem w książce Michaela Crichtona „Państwo strachu”. Tak, tak,
wspominałem już o nim w felietonie dla „Głosu”, to profesor Norman Hoffman.
Niemniej, powtórzę tu przekonanie Empedoklesa: „Co warto powiedzieć raz, warto
powiedzieć dwa razy”. A nawet, jak sądzę, więcej razy. Hoffman niewątpliwie
mógł uchodzić za ekscentryka. Nie miał szacunku dla naukowych rytuałów. Ot, o
wielkiej naukowej konferencji powiada, że „(n)ie będzie żadnych niespodzianek.
Impreza potoczy się z pompą taniego pogrzebu”.
III
No cóż, poglądy Hoffmana były nie do przyjęcia dla przedstawionego
w powieści naukowego establishmentu. Przekonywał: „Chodzi o kontrolę nad
społeczeństwem (...) O konieczny w każdym suwerennym państwie nadzór nad
obywatelami, który pozwala utrzymać porządek. To (...) dzięki niemu płacą
podatki. A jak wiadomo, najlepszym narzędziem społecznej kontroli jest strach. (…)
Przez pięćdziesiąt lat państwa zachodnie utrzymywały swoich obywateli w stanie
permanentnego lęku. Straszyły ich drugą stroną, wojną atomową, komunistyczną
zarazą, żelazną kurtyną, imperium zła. (...) Aż nagle przyszła jesień 1989
roku, mur runął i wszystko się skończyło. (...) Powstała próżnia, a natura
próżni nie toleruje. Coś musiało ją zapełnić. (…) Teraz, po jedenastym
września, mamy oczywiście radykalny fundamentalizm religijny i terroryzm,
których możemy i powinniśmy się bać, ale nie o to chodzi. Rzecz w tym, że
zawsze jest jakiś powód do obaw. I o ile przyczyna się zmienia, o tyle strach
pozostaje. Przed terrorystami baliśmy się toksycznego środowiska, a jeszcze
wcześniej komunistów. Przyczyny lęku się zmieniają, lecz on sam nas nie
opuszcza. Przenika całe społeczeństwo, wszystkie dziedziny naszego życia. I to
bez przerwy. (...) Kraje uprzemysłowione zapewniają swoim obywatelom
bezprecedensowe bezpieczeństwo, wysoki poziom opieki zdrowotnej, wszelkie
możliwe wygody. Przez ostatnie sto lat średnia długość życia wzrosła o połowę.
Tymczasem współcześni ludzie żyją w wiecznym strachu. Boją się obcych, chorób,
przestępczości, środowiska; boją się domów, w których mieszkają, żywności,
którą jedzą, techniki, która ich otacza. Największym lękiem napawa ich to,
czego nawet nie widzą: zarazki, chemikalia, konserwanty. Są niepewni, nerwowi,
przygnębieni i, co jest absolutnie zdumiewające, święcie przekonani o tym, że
środowisku naturalnemu grozi zagłada. (...) Od piętnastu lat rządzi nami
zupełnie nowa siła, znacznie potężniejsza i wszechobecna. Ja ją nazwałem
kompleksem PPM, polityczno-prawno-medialnym. Kompleks PPM udaje, że chce nam
zapewnić bezpieczeństwo, ale w rzeczywistości szerzy lęk. (…) Kraje zachodnie
są niezwykle bezpieczne, ale ludzie tego nie czują, bo PPM do tego nie
dopuszcza. PPM jest mocny i stabilny, ponieważ jednoczy tyle różnych
instytucji. Politycy poprzez strach manipulują społeczeństwem; prawnicy
zarabiają na zagrożeniach; media potrzebują przerażających historii, żeby
przyciągnąć widzów i czytelników. Razem są tak potężne, że mogą narzucić nam
nawet najbardziej bezpodstawne lęki. Tak właśnie funkcjonują współczesne
społeczeństwa: tworząc coraz to nowe zagrożenia. I nie ma żadnego systemu
kontroli, żadnych ograniczeń”.
IV
Żyjemy w epoce dezinformacji (a i dezorientacji), więc, żeby
nie było najmniejszych nieporozumień – pragnę mocno podkreślić, że diagnozy postawił
ekscentryczny profesor socjologii, którego spotkać możecie tylko na kartach
sensacyjnej powieści Michaela Crichtona „Państwo strachu”. Nie spotkałem nikogo
podobnego na żadnej z setek naukowych konferencji, w których brałem udział. Dla
Hoffmana byłyby pewnie „imprezami, które toczyły się z pompą taniego pogrzebu”.
Krzysztof Łęcki