Zwłaszcza,
gdy doczytać w podtytule, że tematem opasłego tomu jest wojna, zmiany
klimatyczne… No cóż, mam w swojej bibliotece cały dział poświęcony różnego
rodzaju kryzysom. Ba, o jednym z takich niszczących świat (grecki) kryzysów, wojnie
(peloponeskiej) jakiś czas temu napisałem nawet całkiem obszerny tom. Zaś co do
globalnych zmian klimatycznych, to o swoich obawach rozmaite organizacje
ekologiczne, zdążyły (także ustami szwedzkiej nastolatki Grety Thunberg) poinformować
cały świat, więc „wszyscy rozumni ludzie wszystko powinni w tej sprawie
wiedzieć i rozumieć”. Zostawmy.
I
Biorąc
to wszystko pod uwagę postanowiłem – ze zrozumiałych chyba powodów – w
pierwszej chwili zakup „Globalnego kryzysu” odpuścić. Niemniej... Jak to w moim
przypadku bywa dość często (moja żona jest przekonana, że zdecydowanie zbyt
często), postanowiłem jednak do książki zajrzeć. Zajrzałem i zakupiłem. Książka,
o której mowa, autorstwa Geoffreya Parkera, profesora historii m.in. na Uniwersytecie
Yale, dotyczy bowiem nie wieku XXI, ale… XVII, czego wcześniej nie zauważyłem.
Dzieło Parkera liczy kilkaset dość gęsto zadrukowanych stronic. Pierwsza
recenzja „Globalnego kryzysu” rozpoczyna się od słów: „To obszerna książka.
Jeśliby ją wydrążyć, nadawałaby się na mauzoleum dla Ronniego Corbeta,
niewysokiego, uwielbianego szkockiego komika”… Nie ukrywam więc – że jestem na
razie na początku tomu, ale już zauważyłem, iż założenia przyjęte przez
angielskiego historyka pozwalają nie tylko spojrzeć na nam współczesne zmiany
klimatyczne z pewnym dystansem, ale także po prostu robią wrażenie. Warto o
nich pomyśleć z dala od zgiełku współczesnej agory, w którym publicystyka
miesza się z propagandą, histerią, a także rozmaitymi interesami – i
ekonomicznymi, i politycznymi.
II
Zwłaszcza
że prezentowany przez Parkera sposób argumentacji dla wielu będzie pewnie
zaskakujący i ciekawy sam w sobie. Dla zachęty: Parker wylicza tzw. „archiwa
natury” jako jedno z ważnych źródeł poznania przeszłości, tj. ikonograficzne
przedstawienie zjawisk naturalnych, czyli „obrazy lub drzeworyty ukazujące
ważniejsze wydarzenia pogodowe, lub elementy krajobrazu, jak np. położenie
języka lodowcowego”. Narzeka przy tym Parker na niezdolność historyków
badających polityczne dzieje XVII wieku do korzystania m.in. z tego, przyznajmy
specyficznego, źródła – wszak globalnemu ochłodzeniu towarzyszyła wówczas
„niespotykana dotąd seria rewolucji i kryzysów państwowych na całym świecie”.
No cóż, nawet jeśli historycy ten wymiar dziejów i rodzaj źródeł zaniedbali, to
nie zapomnieli o nim meteorolodzy. I tak Agnieszka Kołakowska w jednym ze swych
esejów pomieszczonych w tomie „Wojny kultur” przywołuje historię amerykańskiego
profesora właśnie meteorologii, który poddał analizie setki obrazów powstałych
między XV a XX wiekiem. Uwiecznione na płótnach warunki atmosferyczne zestawił
on z danymi meteorologicznymi oraz informacjami o wysokości plonów w
konkretnych przedziałach czasowych. „Wybrawszy okres, gdy dane meteorologiczne
już istniały – 1967-1980 – i porównawszy je z pogodą na obrazach, odkrył wysoki
stopień korelacji. To z kolei pozwoliło mu, przez ekstrapolację, ocenić, jak
daleko pogoda w czasach dawniejszych odzwierciedlała prawdziwą sytuację
meteorologiczną w tamtych czasach. Jego statystyczna analiza pokazała wyraźną
zmianę między epoką średniowiecznego ocieplenia a Małą Epoką Lodowcową: przed
1500 r. niebo na obrazach było o wiele jaśniejsze i bezchmurne. Zjawisko to nie
jest wytłumaczalne wyłącznie zmianą stylu i większym realizmem w malarstwie
późniejszych epok. Od połowy XVI wieku pojawia się o wiele więcej niskich
chmur; po 1860 (koniec Małej Epoki Lodowcowej) ich liczba znów się zmniejsza”.
III
No
cóż, analiza obrazów jako materiału badawczego, z której wyciąga się daleko
idące wnioski może zaskakiwać kogoś, kto wierzy tylko skomplikowanym diagnozom
i prognozom możliwym dzięki obliczeniom superkomputerów. Ale informatyczna
ścisłość nie zawsze jest – z definicji - tożsama z prawdą. Bywa że to właśnie dość
dziwaczne z pozoru spekulacje zwracają naszą uwagę na istotę rzeczy. Klasyk
reportaży Egon Erwin Kisch uchodził nie bez powodu za kolekcjonera „znaczących”
banałów. W latach 30. ubiegłego wieku, kiedy spostrzegł, że palacze papierosów
wyrzucają coraz większe niedopałki – orzekł: zdaje się kryzys minął. Sięgnijmy
do przykładów z czasów nam współczesnych. Felietonista „Sunday Timesa” Jeremy
Clarkson wyciągał niegdyś wnioski o końcu recesji z tego, że kiedy na targach motoryzacyjnych
rozmawiał z fanami samochodów, nikt nie pytał o kwestie oszczędności czy
bezpieczeństwo – wszystkich interesowała moc. Dobra, powie ktoś, to wniosek
figlarnego, znanego ze specyficznego poczucia humoru felietonisty. Ale kiedy
znawca czasów ponowoczesnych Zygmunt Bauman, zwracając uwagą na błahy na pozór fakt,
że oto młodzi ludzie zabierają ze sobą na spacer wodę w butelkach, dostrzega w
tym symptom nowego konsumpcjonizmu – to już mamy do czynienia z nauką?
IV
Ten
sposób postrzegania rzeczywistości, z naciskiem na nieistotne z pozoru
szczegóły („szczególarz mówi o komisarzu Przygodzie, niezapomnianym Henryku
Kwinto w filmie Juliusza Machulskiego »Vabank«”) – jakkolwiek by go nie cenić,
ma jednak swoje – i to spore – ograniczenia. Bywa, że skupiając się na korze
jednego drzewa, nie zauważamy lasu. I tak wspomniany Kisch, kiedy odwiedził
Charków w czasie szalejącego tam stalinowskiego terroru, o żadnym terrorze w
swych reportażach nie wspomniał. Nie widział? Nie chciał widzieć? Z jakichś
powodów uznał, że lepiej o tym nie pisać? Pozostawiam te pytanie otwarte – ale
warto wyciągnąć z nich lekcję, że odpowiedzialnie o kryzysach pisać niełatwo.
Zgoda?
Krzysztof Łęcki