środa, 22 maja 2024
Imieniny: PL: Emila, Neleny, Romy| CZ: Emil
Glos Live
/
Nahoru

Pre-teksty i Kon-teksty Łęckiego: goście w świątyni | 25.03.2024

Dobrych kilka lat temu. Kościół pod wezwaniem św. Benedykta w jednej z dzielnic Düsseldorfu był w Wielką Sobotę o godzinie 22.30 wypełniony na tyle, że miejsc siedzących nie było. Budowla prawie do złudzenia przypominała wiele świątyń na Górnym Śląsku stawianych na początku XX wieku. To oczywiście kwestia drugorzędna, ale nic na to nie poradzę, że nastrój stwarzany przez ten rodzaj architektury sakralnej jest mi znacznie bliższy niż w przypadku kościołów budowanych współcześnie, na sposób zbyt dla mnie nowoczesny.

Ten tekst przeczytasz za 12 min. 45 s
Film „Goście wieczerzy pańskiej” Ingmara Bergmana na ekrany kin trafił na początku lat sześćdziesiątych XX wieku. Fot. ARC

 I
Msza św. Wigilii Paschalnej, podobnie jak dzieje się to w Polsce, rozpoczęła się od wyjścia wiernych na zewnątrz, gdzie przy ognisku uczestniczyli oni w poświęceniu ognia i paschału. Kiedy wróciliśmy do świątyni zgasły światła i przez dłuższą chwilę pogrążeni byliśmy w ciemnościach, słabe światła miasta docierały tylko przez ozdobione witrażami okna. Towarzyszyła temu niemal absolutna cisza. Cisza nie tylko ułatwiająca skupienie, ale w zasadzie wręcz nakazująca wewnętrzne wyciszenie. Potem ceremonia, której towarzyszyły śpiewy chóru, bardzo dobrego, przynajmniej jak na moje niewyszkolone ucho. To wszystko, a może także pewne poczucie obcości, byłem wszak daleko od domu, od Polski, umożliwiało, tak przynajmniej było w moim przypadku, jakoś bardziej niż zwykle pełne przeżywanie tajemnicy świąt Wielkiej Nocy. Ktoś może powie, że prawda o Zmartwychwstaniu Pańskim jest czymś tak fundamentalnym, że położenie nacisku na zewnętrzną formę uroczystości, to w gruncie rzeczy zwracanie uwagi na marginalia. Nie zamierzam się spierać z takim stanowiskiem. Ale dla mnie, a pewnie, takie przynajmniej odnoszę wrażenie, także dla wielu innych wierzących, forma obrzędu, rytuału, ceremonii jednak ma znaczenie. Znaczenie nie fundamentalne ale ma. Wszystko, to co pozwala na pełniejszą koncentrację, na lepsze skupienie, co praktycznie wyklucza zaledwie odklepywanie modlitw, odbębnianie mszy św., wszystko co powoduje, że nasze myśli przestają błądzić, właśnie błądzić, a więc krążyć bezcelowo, a zatem po prostu oddalać się od celu, otóż wszystko to jest dobre. Jeden z klasyków psychologii Carl Gustaw Jung twierdził, „że kiedy zanadto spoufalimy się z jakimś boskim obrazem i utraci on dla nas tajemniczość, wtedy zachodzi potrzeba zwrócenia się ku obrazom pielęgnowanym przez inne cywilizacje, ponieważ tylko wokół egzotycznych symboli utrzymuje się aura świętości”. No, cóż powiedzieć, być może rzeczywiście jest tak, że jakaś cząstka wiernych Kościoła katolickiego czuje się nazbyt spoufalona z obrazem Boga, choć oni sami przed sobą do tego się nie chcą przyznać. Może zatem warto, by oni sami to zauważyli. I może także, by zrozumieli, że to ich spoufalenie ma charakter nader powierzchowny. Wszystko co przełamuje tę powierzchowność i towarzyszącą jej nieuchronnie rutynę wydaje się zatem co najmniej pożądane.

II

Film „Goście wieczerzy pańskiej” Ingmara Bergmana na ekrany kin trafił na początku lat sześćdziesiątych XX wieku. Jeśli zatem kiedyś w ogóle, ale w takim razie musiało być to dawno, dawno temu, film ten pokazywano w TVP, to na pewno byłem zbyt młody, by go zrozumieć. Nie wykluczam, że znudziłby mnie po prostu. Być może zresztą nie tylko ja sam byłem przed laty zbyt niedojrzały, by wczuć się w atmosferę dzieła Bergmana. Może całe polskie społeczeństwo było zbyt odległe od problemów, które wydawać się mogły wtedy w kraju nad Wisłą jakieś wydumane, a przynajmniej zupełnie egzotyczne. Film rozpoczyna się od nabożeństwa, w którym uczestniczy ledwie klika osób, a kończy się sceną gdy świątynia w innej miejscowości jest w zasadzie pusta. Kapłan zostaje sam. Innymi słowy: w tytule filmu i na jego początku, na Wieczerzy Pańskiej są jeszcze goście, w finale już ich nie ma. Początek i zakończenie. A co ze środkiem, co tworzy materię dzieła szwedzkiego reżysera? Treść filmu Bergmana to ludzka samotność, samotność wobec milczenia Boga, którego bohaterowie chcą usłyszeć, ale jednocześnie zamknięci w sobie, usłyszeć nie umieją, to depresja, która boli bardziej niż ból fizyczny, a przed którą od kilku lat i w Polsce ostrzegają bilbordy. To także zanik miłości, umiejętności kochania bliźniego, w społeczeństwie nowoczesnym zbyt zatomizowanym i egocentrycznym, by wymogom miłowania bliźniego sprostać. Ba, to nie tylko nieumiejętność kochania, ale nawet utrata zdolności komunikowania się ze sobą nawzajem. I już nawet nie idzie o dotarcie do mitycznego Innego, pisanego koniecznie z wielkiej litery, o którego względy tak zabiegają współcześni antropologowie kulturowi. Chodzi o zamierający kontakt z kimś potencjalnie bliskim, odległym o wyciągnięcie ręki, podzielającym tę samą kulturę, wiarę, wątpliwości, nadzieje.

Film Bergmana to dzieło, w którym cały współczesny bilon intelektualny, czyli takie pojęcia jak atomizacja, alienacja, sekularyzacja, przestaje być pustą naukową abstrakcją. Pozostaje gołym okiem widoczne cierpienie, na które bohaterowie Bergmana nie znajdują skutecznego remedium, jeden z nich w skrajnej depresji popełnia samobójstwo 


Niewielu twórców umiałoby, tak jak Bergman, frapująco pokazać temat tak ważny i trudny do przedstawienia zarazem. Acz, co trzeba wyraźnie podkreślić, nie jest to propozycja dla widza nieprzygotowanego, takiego, który w kinie szuka głównie, jeśli nie jedynie, rozrywki. Film Bergmana to dzieło, w którym cały współczesny bilon intelektualny, czyli takie pojęcia jak atomizacja, alienacja, sekularyzacja, przestaje być pustą naukową abstrakcją. Pozostaje gołym okiem widoczne cierpienie, na które bohaterowie Bergmana nie znajdują skutecznego remedium, jeden z nich w skrajnej depresji popełnia samobójstwo. Pusta niewielka świątynia z filmu Bergmana, w której nabożeństwo odprawia się dla stale topniejącej gromadki wiernych pozornie kontrastuje wielkością z monumentalną katedrą w Kolonii. Ale jednak, paradoksalnie, łączy je wspólny mianownik.

III

No właśnie: kiedy modliłem się – kilka dni po wizycie w Düsseldorfie – w kolońskiej katedrze, przelewały się przez nią tłumy. Ale nie były to masy wiernych, a tylko, zaledwie, zwiedzających. Panował tam taki rejwach, że duchowni na czas mszy świętej musieli prawie fizycznie wypychać gromady turystów. Ci chcieli tylko zobaczyć od wewnątrz słynną budowlę, a najlepiej sfotografować się na tle któregoś z ołtarzy, żeby wszyscy, ale to wszyscy, ich znajomi musieli uwierzyć, że oni, ci ze zdjęcia, właśnie oni, naprawdę w kolońskiej katedrze byli. Pusta świątynia z filmu Bergmana i pełna turystów kolońska katedra, to awers i rewers tej samej monety. Ta moneta to ludzkie zagubienie, które niekiedy próbuje się zagłuszyć przez gorączkowo uprawianą rozrywkę… 
 IMsza św. Wigilii Paschalnej, podobnie jak dzieje się to w Polsce, rozpoczęła się od wyjścia wiernych na zewnątrz, gdzie przy ognisku uczestniczyli oni w poświęceniu ognia i paschału. Kiedy wróciliśmy do świątyni zgasły światła i przez dłuższą chwilę pogrążeni byliśmy w ciemnościach, słabe światła miasta docierały tylko przez ozdobione witrażami okna. Towarzyszyła temu niemal absolutna cisza. Cisza nie tylko ułatwiająca skupienie, ale w zasadzie wręcz nakazująca wewnętrzne wyciszenie. Potem ceremonia, której towarzyszyły śpiewy chóru, bardzo dobrego, przynajmniej jak na moje niewyszkolone ucho. To wszystko, a może także pewne poczucie obcości, byłem wszak daleko od domu, od Polski, umożliwiało, tak przynajmniej było w moim przypadku, jakoś bardziej niż zwykle pełne przeżywanie tajemnicy świąt Wielkiej Nocy. Ktoś może powie, że prawda o Zmartwychwstaniu Pańskim jest czymś tak fundamentalnym, że położenie nacisku na zewnętrzną formę uroczystości, to w gruncie rzeczy zwracanie uwagi na marginalia. Nie zamierzam się spierać z takim stanowiskiem. Ale dla mnie, a pewnie, takie przynajmniej odnoszę wrażenie, także dla wielu innych wierzących, forma obrzędu, rytuału, ceremonii jednak ma znaczenie. Znaczenie nie fundamentalne ale ma. Wszystko, to co pozwala na pełniejszą koncentrację, na lepsze skupienie, co praktycznie wyklucza zaledwie odklepywanie modlitw, odbębnianie mszy św., wszystko co powoduje, że nasze myśli przestają błądzić, właśnie błądzić, a więc krążyć bezcelowo, a zatem po prostu oddalać się od celu, otóż wszystko to jest dobre. Jeden z klasyków psychologii Carl Gustaw Jung twierdził, „że kiedy zanadto spoufalimy się z jakimś boskim obrazem i utraci on dla nas tajemniczość, wtedy zachodzi potrzeba zwrócenia się ku obrazom pielęgnowanym przez inne cywilizacje, ponieważ tylko wokół egzotycznych symboli utrzymuje się aura świętości”. No, cóż powiedzieć, być może rzeczywiście jest tak, że jakaś cząstka wiernych Kościoła katolickiego czuje się nazbyt spoufalona z obrazem Boga, choć oni sami przed sobą do tego się nie chcą przyznać. Może zatem warto, by oni sami to zauważyli. I może także, by zrozumieli, że to ich spoufalenie ma charakter nader powierzchowny. Wszystko co przełamuje tę powierzchowność i towarzyszącą jej nieuchronnie rutynę wydaje się zatem co najmniej pożądane.  IIFilm „Goście wieczerzy pańskiej” Ingmara Bergmana na ekrany kin trafił na początku lat sześćdziesiątych XX wieku. Jeśli zatem kiedyś w ogóle, ale w takim razie musiało być to dawno, dawno temu, film ten pokazywano w TVP, to na pewno byłem zbyt młody, by go zrozumieć. Nie wykluczam, że znudziłby mnie po prostu. Być może zresztą nie tylko ja sam byłem przed laty zbyt niedojrzały, by wczuć się w atmosferę dzieła Bergmana. Może całe polskie społeczeństwo było zbyt odległe od problemów, które wydawać się mogły wtedy w kraju nad Wisłą jakieś wydumane, a przynajmniej zupełnie egzotyczne. Film rozpoczyna się od nabożeństwa, w którym uczestniczy ledwie klika osób, a kończy się sceną gdy świątynia w innej miejscowości jest w zasadzie pusta. Kapłan zostaje sam. Innymi słowy: w tytule filmu i na jego początku, na Wieczerzy Pańskiej są jeszcze goście, w finale już ich nie ma. Początek i zakończenie. A co ze środkiem, co tworzy materię dzieła szwedzkiego reżysera? Treść filmu Bergmana to ludzka samotność, samotność wobec milczenia Boga, którego bohaterowie chcą usłyszeć, ale jednocześnie zamknięci w sobie, usłyszeć nie umieją, to depresja, która boli bardziej niż ból fizyczny, a przed którą od kilku lat i w Polsce ostrzegają bilbordy. To także zanik miłości, umiejętności kochania bliźniego, w społeczeństwie nowoczesnym zbyt zatomizowanym i egocentrycznym, by wymogom miłowania bliźniego sprostać. Ba, to nie tylko nieumiejętność kochania, ale nawet utrata zdolności komunikowania się ze sobą nawzajem. I już nawet nie idzie o dotarcie do mitycznego Innego, pisanego koniecznie z wielkiej litery, o którego względy tak zabiegają współcześni antropologowie kulturowi. Chodzi o zamierający kontakt z kimś potencjalnie bliskim, odległym o wyciągnięcie ręki, podzielającym tę samą kulturę, wiarę, wątpliwości, nadzieje. Niewielu twórców umiałoby, tak jak Bergman, frapująco pokazać temat tak ważny i trudny do przedstawienia zarazem. Acz, co trzeba wyraźnie podkreślić, nie jest to propozycja dla widza nieprzygotowanego, takiego, który w kinie szuka głównie, jeśli nie jedynie, rozrywki. Film Bergmana to dzieło, w którym cały współczesny bilon intelektualny, czyli takie pojęcia jak atomizacja, alienacja, sekularyzacja, przestaje być pustą naukową abstrakcją. Pozostaje gołym okiem widoczne cierpienie, na które bohaterowie Bergmana nie znajdują skutecznego remedium, jeden z nich w skrajnej depresji popełnia samobójstwo. Pusta niewielka świątynia z filmu Bergmana, w której nabożeństwo odprawia się dla stale topniejącej gromadki wiernych pozornie kontrastuje wielkością z monumentalną katedrą w Kolonii. Ale jednak, paradoksalnie, łączy je wspólny mianownik.

IV

No właśnie: kiedy modliłem się – kilka dni po wizycie w Duesseldorfie – w kolońskiej katedrze, przelewały się przez nią tłumy. Ale nie były to masy wiernych, a tylko, zaledwie, zwiedzających. Panował tam taki rejwach, że duchowni na czas mszy świętej musieli prawie fizycznie wypychać gromady turystów. Ci chcieli tylko zobaczyć od wewnątrz słynną budowlę, a najlepiej sfotografować się na tle któregoś z ołtarzy, żeby wszyscy, ale to wszyscy, ich znajomi musieli uwierzyć, że oni, ci ze zdjęcia, właśnie oni, naprawdę w kolońskiej katedrze byli. Pusta świątynia z filmu Bergmana i pełna turystów kolońska katedra, to awers i rewers tej samej monety. Ta moneta to ludzkie zagubienie, które niekiedy próbuje się zagłuszyć przez gorączkowo uprawianą rozrywkę…



Może Cię zainteresować.