No właśnie – a kiedy skończy się wreszcie wojna na/w
Ukrainie? Kiedy rakiety, drony i inne współczesne rodzaje broni pozostaną już w
magazynach? Jak będzie wyglądał świat, jak będzie wyglądała Europa – po tej wojnie?
A może inny zestaw pytań? Na przykład – taki: Co jest w rzeczywistości celem
Putina? Donbas, Krym, ustanowienie w Kijowie nowego – w domyśle: prorosyjskiego
– rządu? Rozprawienie się raz na zawsze z planami Ukraińców, by nie w głowie im
było do Unii Europejskiej i NATO? A może celem jest odzyskanie dla rosyjskich
wpływów wszystkich bądź choćby tylko części, państw dawnego „obozu
socjalistycznego”? Idźmy dalej: może chodzi Federacji Rosyjskiej o
podporządkowanie sobie „całej” Europy? Idźmy dalej – dzisiaj nasza jest Rosja,
a jutro cały świat? – żeby sparafrazować słowa popularnej w latach 30.
ubiegłego wieku pieśni. Śpiewano ją wtedy nie w Rosji. Choć jeśli wierzyć
Wiktorowi Suworowowi – to podobne plany podboju kiełkowały także w ZSRR. Dobra,
nie dajmy się za bardzo ponosić fantazji. Wreszcie: nacjonalistyczna Rosja nie
walczy dzisiaj pod sztandarem – tak atrakcyjnego przez dziesięciolecia dla
różnorakiej maści lewicy – światowego komunizmu.
I
Tytuł znanej komedii Williama Szekspira to „All’s Well That
Ends Well”. Nie bez powodu podaję go w oryginale. „Ende gut, alles gut”...
Słyszałem to od moich niemieckich przyjaciół. Można tłumaczyć już to jako –
właśnie – „Wszystko dobre co się dobrze kończy”, „Jak się dobrze kończy, to
wszystko inne jest mniej ważne”, bądź też jako „Koniec wieńczy dzieło”. Podkreślmy,
że koniec wojny, tak zwykle spektakularnie świętowany w obozie zwycięzców, nie
ma nic wspólnego z przyjęciem wersji, że w drodze do tryumfu nic się złego nie
stało; że wszystko – z perspektywy zwycięskiego zakończenia konfliktu – okazało
się ostatecznie ok. Bo oczywiście były ludzkie tragedie i pozostaną rachunki
krzywd. Co zatem robić z – poznaczoną ruinami i śmiercią tak wielu – krwawą
przeszłością? Cóż, po zakończeniu II wojny światowej, jak przekonuje Tony Judt: „Cała
Europa miała wielką skłonność do pomijania przeszłości i zaczynania od
nowa, zgodnie z zaleceniem, które Isokrates dał Ateńczykom pod koniec
wojny peloponeskiej: »Rządźmy wspólnie, jakby nic złego się nie stało«.” (Tony
Judt, „Powojnie. Historia Europy od 1945 roku”, Rebis Poznań 2010, tłum. Robert
Bartołd). No cóż – po straszliwej wojnie peloponeskiej (a dokładniej – drugiej
wojnie peloponeskiej 431-404 p.n.e.), miały miejsce kolejne niszczące greckie
polis wojny korynckie (395-387 p.n.e.), wojny beockie (379-362 p.n.e.);
zmieniały się sojusze, zmieniali greccy hegemoni. Wreszcie Macedończycy – Filip
II i Aleksander Wielki – ostatecznie zamknęli etap historii, w którym Ateny i
Sparta grały istotną rolę. Historia zakpiła sobie z imperialnych planów
Ateńczyków, podobnie jak nie pozwoliła Sparcie na kultywowanie izolacjonizmu. Rachunki
– polityczne i inne – jak to zwykle w historii, pozostały niewyrównane.
Zapłacili za to własną i cudzą krwią walczący na polach bitew obywatele.
II
Nie każdy konflikt oznaczać musi wojnę – domową czy z
wrogiem zewnętrznym, to w tym kontekście bez znaczenia. Chociaż... Przecież
każda rewolucja jest w jakimś sensie wojną domową. I niemal każda ma swoją fazę
krwawą. Taką krwawą fazą w Wielkiej Rewolucji Francuskiej 1789 był niewątpliwie
tzw. Wielki Terror. Można przyjąć, że rozpoczął się w marcu 1793 roku. Powołano
wówczas do życia Trybunał Rewolucyjny, który stworzył prawne ramy dla fali
represji. W czerwcu 1793 aresztowano deputowanych opozycyjnych wobec jakobinów
– żyrondystów. Uchwalono wówczas „jakobińską” konstytucję; we wrześniu tego
samego roku Robespierre wprowadził „dekret o podejrzanych”. A potem machina
Wielkiego Terroru ruszyła już na całego. Powołany nieco wcześniej Komitet
Ocalenia Publicznego miał ratować rewolucyjną Francję przed atakami ościennych
monarchii. W rzeczywistości skupił się na tłumieniu kontrrewolucyjnych ruchów
wewnątrz kraju. Największy z nich miał miejsce w katolickiej Wandei, który –
krwawo stłumiony – dał tak potrzebny jakobinom pretekst do prześladowań kleru,
szlachty i chłopstwa. Raz uruchomioną machinę terroru nie sposób łatwo
zatrzymać. Sięgnięto więc po politycznych przeciwników. Każdej maści. Na
podstawie „prawa o podejrzanych” stawiano ludzi przed sądem. A ten miał do
wyboru tylko dwie możliwości – mógł albo uniewinnić, albo skazać na śmierć. Czy
kogoś to dziwiło, że zwykle – choćby tak na wszelki wypadek – skazywał?
III
Wybitny historyk idei Bronisław Baczko swoją księgę
zatytułowaną „Jak wyjść z Terroru” („Jak wyjść z Terroru. Thermidor i Rewolucja”,
tłum. Wiktor Dłuski, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2006) rozpoczyna od
przedstawienia stanu dezorientacji ludzi którzy 27 lipca 1794 (9 thermidora
roku II kalendarza rewolucyjnego) obalili ostatecznie krwawą dyktaturę
Robespierre’a. „Termidorianie”. Ba, nie zastanawiali się wcześniej, dokąd
upadek tyrana ich doprowadzi. Nie mieli planu działania. Ale i tak musieli
stawić czoło naglącym pytaniom, które stawiała przed nimi rzeczywistość. Pisze
Baczko: „Co zrobić z zatłoczonymi więzieniami? Kogo – i kiedy – z nich zwolnić?
Jak wymierzać sprawiedliwość, która stanęła »na porządku dnia«? Jaki stopień
wolności przyznać prasie? Jak zaradzić politycznym, kulturalnym i
psychologicznym następstwom Terroru? Jak go na zawsze wykorzenić? Kto jest zań
odpowiedzialny i czy powinien ponieść karę? (...) Jakich dokonać wyborów, jakie
obrać drogi? Jaką przestrzeń polityczną wymyślić na czas »po Terrorze«? Jak na
zawsze zapobiec nawrotowi Terroru? A w konsekwencji – jak zakończyć Rewolucję i
zapewnić Republice nowy początek?”.
IV
Tak, wszystkie postawione wyżej pytania mają wspólny
mianownik, sprowadzają się do jednego podstawowego problemu – jak wyjść z
Terroru? Stanąć może ono także przed tymi aktorami rewolucyjnych przemian,
którzy przekonują, że przemiany te są w gruncie rzeczy aksamitne.
Krzysztof Łęcki