wtorek, 21 kwietnia 2026
Imieniny: PL: Jarosława, Konrada, Selmy| CZ: Alexandra
Glos Live
/
Nahoru

Pre-teksty i Kon-teksty Łęckiego: Magia teatru. 27 marca przypada Międzynarodowy Dzień Teatru | 24.03.2026

Gdy idzie o Melpomenę – jestem statystycznym Polakiem. A zatem do teatru zaglądam okazjonalnie. Statystyki, statystykami, niemniej zbliżający się Międzynarodowy Dzień Teatru sprowokował mnie do jakiejś formy podsumowania moich teatralnych doświadczeń.

Ten tekst przeczytasz za 6 min. 30 s
Zdjęcie ilustracyjne. Fot. Pixabay

 I
Otóż, gdy sięgnąć pamięcią daleko wstecz, to okazuje się, że moje związki z teatrem nie są wcale tak marginalne, jak pierwotnie sądziłem. Otóż, po pierwsze – choć mimo wszystko mniej istotne – na studiach odbyłem miesięczną praktykę zawodową w Dziale Organizacji Widowni Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego. Czy interesował mnie wtedy teatr? Powiedzmy, że jednak interesowały mnie bardziej, dość oryginalne, sposoby stosowane w celu zapełnienia teatralnej widowni. I jeszcze – to pracujący tam mój przyjaciel, Piotr Zaczkowski „zaraził” mnie lekturą świetnych teatralnych szkiców Jana Kotta. Co, ciekawe (i chyba znamienne) teksty Kotta pozostały dla mnie ciekawsze, niż przedstawienia teatralne, które Kott recenzował. Po drugie – jedną z najważniejszych przeczytanych przeze mnie na studiach książek z zakresu socjologii była praca twórcy tzw. „perspektywy dramaturgicznej” Ervinga Goffmana zatytułowana „Człowiek w teatrze życia codziennego”. Nic dziwnego, że swoje świetne „Słowo wstępne” do dzieła amerykańskiego socjologa Jerzy Szacki opatrzył mottem z komedii Williama Szekspira „Jak wam się podoba” – „Świat jest teatrem, aktorami ludzie/Którzy kolejno wchodzą i znikają”.

II
Spektakle. Pomijam spektakle telewizyjnego teatru sensacji (czwartki, wieczorem) – na te czekałem jako dziecko i młodzieniec z wypiekami na twarzy. Najbardziej zapadła mi w pamięci „Pocztówka z Buenos Aires” – (reż. Andrzej Konic, w roli głównej Józef Nalberczak). Z niesensacyjnego, „poważnego” Teatru Telewizji zapamiętałem z tamtych czasów raczej nieodwołujące się do poważnych nastrojów „Igraszki z diabłem” Jana Drdy (reż. Tadeusz Lis, grali Marian Kociniak, Magdalena Zawadzka). Zupełnie inaczej było z aż nadto poważnym „Procesem” Franza Kafki (reż. Agnieszka Holland i Laco Adamik, w roli Józefa K. – Roman Wilhelmi). Dalej – bardzo ważny był dla mnie spektakl „Biedermann i podpalacze” – „sztuka dydaktyczna bez dydaktyki” autorstwa Maxa Frischa (reż. Erwin Axer, grali Mieczysław Pawlikowski, Mieczysław Czechowicz, Andrzej Łapicki). Kafka przygnębiał mnie w sposób aż nadto oczywisty. Jak pisała Susan Sontag: „Ci, którzy czytają prozę Kafki jako alegorię społeczną, widzą w niej studium przypadku frustracji i szaleństwa współczesnej biurokracji, doskonale ucieleśnionej w państwie totalitarnym. Ci, którzy odczytują ją jako alegorię psychoanalityczną, dostrzegają tu rozpaczliwe wyznanie lęku autora przed ojcem, obaw przed kastracją, poczucia własnej impotencji, bycia owładniętym światem snów. Ci, którzy odnajdują u Kafki alegorie religijną, wyjaśniają, że (...) Józef K. w »Procesie« jest sądzony zgodnie z zasadami nieubłaganej, tajemniczej sprawiedliwości Bożej…”. Nieco inaczej było z Frischem. Otóż mimo nieco komicznego wrażenia, jakie robił najlepiej zapamiętany przeze mnie Czechowicz, dramat „Biedermann i podpalacze” nie wprawił mnie w dobry humor. Jakże mocno przedstawia on cienie społeczeństwa w typie mieszczańskiej, liberalnej demokracji. No cóż, w innych czasach francuski socjolog polityki Alexis de Tocqueville pisał: „Tolerancja religijna, łagodność rządów, ludzkość, a nawet życzliwość nigdy nie były tak powszechnie zalecane i, na pozór, stosowane. (...) Tymczasem z łona tak łagodnych obyczajów wyjść miała najbardziej nieludzka rewolucja!”. Biedermann to zrozumie – niestety za późno. I jeszcze jedno – słowo wstępne wygłoszone przed emisją przez znanego krytyka teatralnego Jerzego Koeniga, powtarzające się w nim jak refren określenie »jedermann«”. No cóż, może kogoś „Biedermann...” Frischa śmieszyć, ale zaryzykuję, że po latach zdaje się śmieszny coraz mniej i to coraz większej ilości tych, którzy zdecydują się go obejrzeć. Podobnie jak – niestety – nie śmieszył mnie jakoś specjalnie widziany w telewizji teatralny „Skąpiec” z moim ulubionym komediowym aktorem Louisem de Funèsem. A przecież ten aktor śmieszył mnie zawsze.

III
Wróćmy na teatralną widownię. W pierwszej połowie lat 80. XX wieku, kiedy dopiero co odwołano „surowe prawa stanu wojennego”, w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie oglądałem „Tango” Sławomira Mrożka w reżyserii Bogdana Toszy. I była to z pewnością najlepsza inscenizacja Mrożkowego dzieła, jaką miałem okazję oglądać. Była magia. Podobnie jak wiele lat później – w katowickim Letnim Ogrodzie Teatralnym, gdzie Mirosław Neinert wystawił „Oświadczyny” Antoniego Czechowa. Przy czym Mirek dodał od siebie kwestię – ojciec zwraca się do córki: „Jak wrócę, masz wyglądać młodziej”. Tego u Czechowa nie ma.

IV
Pierwsza wizyta na teatralnej widowni, którą jestem w stanie przywołać w pamięci, to rok 1973, jestem uczniem podstawówki. Teatr Śląski w Katowicach wystawia „Dobrego wojaka Szwejka” (oczywiście – o czym wówczas chyba nie wiem – na podstawie „Przygód dobrego wojaka Szwejka” Jaroslava Haška). Nie miało dla mnie najmniejszego znaczenia, kto był reżyserem (a był nim Lech Wojciechowski, nigdy później nie miałem się z tym nazwiskiem w teatralnym kontekście spotkać). Pierwsze słowa, które słyszę ze sceny to „A to nam zabili Ferdynanda”, które posługaczka Pani Müllerowa kieruje do moczącego nogi w miednicy Szwejka, brawurowo grał go Kazimierz Brusikiewicz. „Dobrego wojaka Szwejka” oglądałem siedząc pomiędzy zaśmiewającymi się do łez dwiema kobietami – Mamą i Babcią Trudą. Po zakończeniu spektaklu wywoływaniu aktorów na scenę nie było końca. Byłem zachwycony. Aha, w jednej z trzecioplanowych ról grał w tym spektaklu Mieczysław Łęcki (żadna tam rodzina, po prostu zbieżność nazwisk). A jednak była to w moim życiu bodaj jedyna okazja, bym Łęckiego zobaczył „na żywo” na scenie. I to zobaczyć Łęckiego, który co prawda w marginalnej roli, ale jednak zdołał wreszcie jakoś pojawić się na scenie – jakże miało się to okazać profetyczne, choć oczywiście wtedy wiedzieć tego nie mogłem. No cóż – magia...
Krzysztof Łęcki









Może Cię zainteresować.