I
Otóż, gdy
sięgnąć pamięcią daleko wstecz, to okazuje się, że moje związki z teatrem nie
są wcale tak marginalne, jak pierwotnie sądziłem. Otóż, po pierwsze – choć mimo
wszystko mniej istotne – na studiach odbyłem miesięczną praktykę zawodową w
Dziale Organizacji Widowni Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego. Czy
interesował mnie wtedy teatr? Powiedzmy, że jednak interesowały mnie bardziej,
dość oryginalne, sposoby stosowane w celu zapełnienia teatralnej widowni. I
jeszcze – to pracujący tam mój przyjaciel, Piotr Zaczkowski „zaraził” mnie
lekturą świetnych teatralnych szkiców Jana Kotta. Co, ciekawe (i chyba
znamienne) teksty Kotta pozostały dla mnie ciekawsze, niż przedstawienia teatralne,
które Kott recenzował. Po drugie – jedną z najważniejszych przeczytanych przeze
mnie na studiach książek z zakresu socjologii była praca twórcy tzw. „perspektywy
dramaturgicznej” Ervinga Goffmana zatytułowana „Człowiek w teatrze życia
codziennego”. Nic dziwnego, że swoje świetne „Słowo wstępne” do dzieła
amerykańskiego socjologa Jerzy Szacki opatrzył mottem z komedii Williama
Szekspira „Jak wam się podoba” – „Świat jest teatrem, aktorami ludzie/Którzy
kolejno wchodzą i znikają”.
II
Spektakle. Pomijam
spektakle telewizyjnego teatru sensacji (czwartki, wieczorem) – na te czekałem
jako dziecko i młodzieniec z wypiekami na twarzy. Najbardziej zapadła mi w
pamięci „Pocztówka z Buenos Aires” – (reż. Andrzej Konic, w roli głównej Józef
Nalberczak). Z niesensacyjnego, „poważnego” Teatru Telewizji zapamiętałem z
tamtych czasów raczej nieodwołujące się do poważnych nastrojów „Igraszki z diabłem”
Jana Drdy (reż. Tadeusz Lis, grali Marian Kociniak, Magdalena Zawadzka).
Zupełnie inaczej było z aż nadto poważnym „Procesem” Franza Kafki (reż.
Agnieszka Holland i Laco Adamik, w roli Józefa K. – Roman Wilhelmi). Dalej – bardzo
ważny był dla mnie spektakl „Biedermann i podpalacze” – „sztuka dydaktyczna bez
dydaktyki” autorstwa Maxa Frischa (reż. Erwin Axer, grali Mieczysław
Pawlikowski, Mieczysław Czechowicz, Andrzej Łapicki). Kafka przygnębiał mnie w
sposób aż nadto oczywisty. Jak pisała Susan Sontag: „Ci, którzy czytają prozę
Kafki jako alegorię społeczną, widzą w niej studium przypadku frustracji i
szaleństwa współczesnej biurokracji, doskonale ucieleśnionej w państwie
totalitarnym. Ci, którzy odczytują ją jako alegorię psychoanalityczną,
dostrzegają tu rozpaczliwe wyznanie lęku autora przed ojcem, obaw przed
kastracją, poczucia własnej impotencji, bycia owładniętym światem snów. Ci,
którzy odnajdują u Kafki alegorie religijną, wyjaśniają, że (...) Józef K. w »Procesie«
jest sądzony zgodnie z zasadami nieubłaganej, tajemniczej sprawiedliwości
Bożej…”. Nieco inaczej było z Frischem. Otóż mimo nieco komicznego wrażenia,
jakie robił najlepiej zapamiętany przeze mnie Czechowicz, dramat „Biedermann i
podpalacze” nie wprawił mnie w dobry humor. Jakże mocno przedstawia on cienie
społeczeństwa w typie mieszczańskiej, liberalnej demokracji. No cóż, w innych
czasach francuski socjolog polityki Alexis de Tocqueville pisał: „Tolerancja religijna, łagodność rządów,
ludzkość, a nawet życzliwość nigdy nie były tak powszechnie zalecane i, na
pozór, stosowane. (...) Tymczasem z łona tak łagodnych obyczajów wyjść miała
najbardziej nieludzka rewolucja!”. Biedermann to zrozumie – niestety za
późno. I jeszcze jedno – słowo wstępne wygłoszone przed emisją przez znanego
krytyka teatralnego Jerzego Koeniga, powtarzające się w nim jak refren
określenie »jedermann«”. No cóż, może kogoś „Biedermann...” Frischa śmieszyć,
ale zaryzykuję, że po latach zdaje się śmieszny coraz mniej i to coraz większej
ilości tych, którzy zdecydują się go obejrzeć. Podobnie jak – niestety – nie śmieszył
mnie jakoś specjalnie widziany w telewizji teatralny „Skąpiec” z moim ulubionym
komediowym aktorem Louisem de Funèsem. A przecież ten aktor
śmieszył mnie zawsze.
III
Wróćmy na
teatralną widownię. W pierwszej połowie lat 80. XX wieku, kiedy dopiero co
odwołano „surowe prawa stanu wojennego”, w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w
Krakowie oglądałem „Tango” Sławomira Mrożka w reżyserii Bogdana Toszy. I była
to z pewnością najlepsza inscenizacja Mrożkowego dzieła, jaką miałem okazję
oglądać. Była magia. Podobnie jak wiele lat później – w katowickim Letnim
Ogrodzie Teatralnym, gdzie Mirosław Neinert wystawił „Oświadczyny” Antoniego
Czechowa. Przy czym Mirek dodał od siebie kwestię – ojciec zwraca się do córki:
„Jak wrócę, masz wyglądać młodziej”. Tego u Czechowa nie ma.
IV
Pierwsza
wizyta na teatralnej widowni, którą jestem w stanie przywołać w pamięci, to rok
1973, jestem uczniem podstawówki. Teatr Śląski w Katowicach wystawia „Dobrego
wojaka Szwejka” (oczywiście – o czym wówczas chyba nie wiem – na podstawie
„Przygód dobrego wojaka Szwejka” Jaroslava Haška). Nie miało dla mnie
najmniejszego znaczenia, kto był reżyserem (a był nim Lech Wojciechowski, nigdy
później nie miałem się z tym nazwiskiem w teatralnym kontekście spotkać). Pierwsze
słowa, które słyszę ze sceny to „A to nam zabili Ferdynanda”, które posługaczka
Pani Müllerowa kieruje do moczącego nogi w miednicy Szwejka, brawurowo grał go Kazimierz
Brusikiewicz. „Dobrego wojaka Szwejka” oglądałem siedząc pomiędzy zaśmiewającymi
się do łez dwiema kobietami – Mamą i Babcią Trudą. Po zakończeniu spektaklu wywoływaniu
aktorów na scenę nie było końca. Byłem zachwycony. Aha, w jednej z
trzecioplanowych ról grał w tym spektaklu Mieczysław Łęcki (żadna tam rodzina,
po prostu zbieżność nazwisk). A jednak była to w moim życiu bodaj jedyna okazja,
bym Łęckiego zobaczył „na żywo” na scenie. I to zobaczyć Łęckiego, który co
prawda w marginalnej roli, ale jednak zdołał wreszcie jakoś pojawić się na
scenie – jakże miało się to okazać profetyczne, choć oczywiście wtedy wiedzieć
tego nie mogłem. No cóż – magia...
Krzysztof Łęcki