Zmarły w 2013 roku pisarz nie rozpoznałby z
pewnością świata dzisiejszej szkoły – w którym miejsce energicznej woźnej czy poczciwego
woźnego powoli (?) zajmuje wyspecjalizowany pracownik ochrony. Ale ja dziś nie
o tym.
I
Nie będzie zatem o szkolnej agresji, która przykuwa uwagę opinii
publicznej tylko co jakiś czas, zwykle w przypadku jakiejś tragedii. A przecież
na co dzień osiągnęła szkolna agresja poziom niegdyś niewyobrażalny. Nie będzie
też o szkole, w której ujmowane abstrakcyjnie wskaźniki liczą się bardziej niż
rzeczywistość. Jaką rzeczywistość. Ano realną wiedzę, którą uczniowie i
uczennice sobie w trakcie edukacji przyswoili. A ta skrzeczy – jak pospolitość.
Naprawdę, trudno na to zamykać oczy. Czwororęczni, którzy kiedyś, w tamtej,
jakże dzisiaj trudnej do wyobrażenia, staromodnej wersji edukacji, stanowili
niewielki, dający szkole koloryt, margines – dzisiaj zdają się niekiedy stanowić
jej główny nurt. Na pewno zaś ich pozycja w hierarchii szkolnej wzrosła. Z
wszystkimi tego, przykrymi dla procesu edukacji, konsekwencjami.
II
Ba, jak przekonuje w pisanym dla „Przeglądu” felietonie
profesor Jan Widacki – edukacja zmienia oblicze nie tylko na poziomie
podstawowym czy średnim. Na poziomie szkolnictwa wyższego również, jak najbardziej.
Tu pozwolę sobie na mały osobisty wtręt – ma on swoje znaczenie. W roku 2008 na
wakacyjny wypoczynek wybraliśmy z żoną grecką wyspę Korfu. Przypadkiem w tym
samym hotelu zakwaterowali się państwo Widaccy. Poznaliśmy się z nimi – równie
przypadkowo – w trakcie wycieczki do stolicy wyspy. Potem dane nam było spędzić
z Janem Widackim i jego uroczą małżonką kilka wieczorów na długich rozmowach
przy winie. Miałem zatem osobiście możliwość przekonać się, jak niezwykle
interesującym rozmówcą jest profesor Widacki. A teraz ów prawnik, wykładowca akademicki
pisze: „Miałem niedawno wykład dla studentów jednego z kierunków nauk
społecznych. Uczelnia w dużym mieście akademickim. Mówiłem o teoriach
kryminologicznych. Wspominając Bronisława Malinowskiego i jego książkę »Zwyczaj
i zbrodnia w społeczności dzikich«, chciałem dorzucić jako
ciekawostkę, że na jedną ze swoich wypraw na wyspy Pacyfiku
Malinowski zabrał w charakterze fotografa dokumentalisty Witkacego.
Płynęli statkiem i gdzieś w Azji dotarła do nich wiadomość o wybuchu
I wojny światowej. Witkacy poczuł silny imperatyw udziału
w tej wojnie, zrezygnował z dalszej wyprawy i zawrócił
do Europy. Początkowo nie bardzo wiedział,
do której konkretnie armii powinien się zaciągnąć. Czy jako
formalnie poddany rosyjski do carskiej, czy jako od lat
mieszkaniec Galicji raczej do c.k. armii lub legionów. Ostatecznie –
a płynął długo i czasu na rozwiązanie tego problemu miał dużo –
wybrał armię carską. Ja im to z zapałem opowiadam,
a słuchacze patrzą spokojnie w swoje telefony, niektórzy pilniejsi
wprawdzie nie w telefony, tylko na mnie, ale powiedzmy
delikatnie… nieco beznamiętnym wzrokiem. Na wszelki wypadek zapytałem
więc, czy wiedzą, kto to był Witkacy. Nikt nie wiedział! Nikt
z kilkudziesięcioosobowej grupy!”. O tempora! – o obyczajach nie
wspominając. Cóż, nie wszyscy słuchacze profesora Widackiego mieli pewnie
okazję dotrzeć do niezwykłej powieści Agnety Pleijel „Lord Nevermore”, i
dowiedzieć się z niej o meandrach przedziwnej przyjaźni antropologa i artysty. Ba,
nie mogli jednak przecież nie słyszeć o Witkacym. Ale właściwie – niby dlaczego
nie mogli? No przecież – nie słyszeli. I co z tego? Ale, że nic nie słyszeli o
klasyku antropologii społecznej, twórcy szkoły funkcjonalnej – Bronisławie
Malinowskim? No cóż, w przypadku osób studiujących nauki społeczne może wydać
się to jednak nieco zaskakujące.
III
W filmie „Skarb Narodów 2” Benjamina Gatesa (gra
go Nicholas Cage) zaczepia kilkuletni chłopiec. I taka wywiązała się między
nimi krótka wymiana zdań:„
–
Znam Pana! Pański praprapradziadek zabił prezydenta Lincolna.
–
Nie, zabił go John Wilkes Booth.–
Eisenschiml pisze, że w spisku uczestniczyli członkowie rządu.
–
Absurd. Eisenschiml to mistrz wyciągania błędnych wniosków.
–
A czemu osobisty strażnik Lincolna nie stał na warcie? –
Ponieważ Lincoln nigdy nie chadzał z obstawą do teatru. Słuchasz? Zwłaszcza w
Wielki Piątek.
–
A to, że zamknięto wszystkie mosty w stolicy poza jednym, którym miał uciec
Booth?
–
Sam uciekaj przemądrzały małolacie. Sio”.
Spoglądając
na swoją towarzyszkę, nieco speszony Gates usprawiedliwiająco konkluduje:
„Amerykańska edukacja schodzi na psy”. No cóż, może amerykańska edukacja schodzi na psy – słyszałem,
że amerykańscy turyści w Agrigento podziwiali jak najbardziej współczesną
rzeźbę Mitoraja, która im wydała się częścią starożytnego kompleksu świątyń. Ale
zagadujący Benjamina Gatesa chłopiec coś tam jednak wiedział.
IV
Ja sam, kiedy oglądałem fragment jego ostatniego wykładu („Indiana
Jones i artefakt przeznaczenia”), poczułem się przez chwilę.... Wreszcie – czyż
doktor Jones nie wspominał w swoim wykładzie o położeniu – tak bliskich mi,
autorowi studium „Według Tukidydesa” – Syrakuz? I ta – ciągle jeszcze
zadziwiająca starsze pokolenie intensywnością – reakcja zasiadającej w sali
wykładowej młodzieży... No cóż, sam nauczając (?) bywałem na seminariach w sytuacjach
podobnych, do tej, która spotkała doktora Jonesa. Tak, byłem zatem wtedy, w
kinie, jak Indiana Jones – przez moment, bo tylko wtedy, kiedy prowadził swój
ostatni wykład...
V
Wspomniałem tu dwa popularne na całym świecie amerykańskie
filmy. I w przypadku i jednego, i drugiego, by naprawdę bawić się ich
oglądaniem, potrzebna jest jednak jakaś znajomość faktografii z dziedziny
historii, jakaś kulturalna kompetencja. Podobnie jak w przypadku powieści Dana
Browna i ich ekranizacji. Tu nie wystarczy świadomość, że „wszystko jest w
Internecie”. Ja sam zainteresowanie historią templariuszy i ich konfliktu z
Filipem Pięknym wyniosłem jako dzieciak z lektury powieści „Pan Samochodzik i
templariusze”. Czy tego typu fascynacje odejść miałyby w zapomnienie? I czy
jedynym powodem tego jest to, że współczesna edukacja schodzi na psy?
Krzysztof Łęcki