wtorek, 10 lutego 2026
Imieniny: PL: Elwiry, Elizy, Jacka| CZ: Mojmír
Glos Live
/
Nahoru

Pre-teksty i Kon-teksty Łęckiego: Pieska edukacja | 20.01.2026

Film poświęcony Edmundowi Niziurskiemu, pisarzowi, który – jak dla mnie – najlepiej umiał zobrazować szkołę moich czasów zatytułowano „Druga młodość czwororęcznych”. Czwororęczni, czyli – u Nizurskiego – uczniowie w gruncie rzeczy sympatyczni, ale, jak to zawsze w szkołach drzewiej bywało, próbujący bimbać sobie ze szkolnych rygorów.

Ten tekst przeczytasz za 6 min. 45 s
Fot. Bronisław Malinowski z tubylcami na Wyspach Trobrianda, ok. 1918. Fot. Domena publiczna

Zmarły w 2013 roku pisarz nie rozpoznałby z pewnością świata dzisiejszej szkoły – w którym miejsce energicznej woźnej czy poczciwego woźnego powoli (?) zajmuje wyspecjalizowany pracownik ochrony. Ale ja dziś nie o tym.

I
Nie będzie zatem o szkolnej agresji, która przykuwa uwagę opinii publicznej tylko co jakiś czas, zwykle w przypadku jakiejś tragedii. A przecież na co dzień osiągnęła szkolna agresja poziom niegdyś niewyobrażalny. Nie będzie też o szkole, w której ujmowane abstrakcyjnie wskaźniki liczą się bardziej niż rzeczywistość. Jaką rzeczywistość. Ano realną wiedzę, którą uczniowie i uczennice sobie w trakcie edukacji przyswoili. A ta skrzeczy – jak pospolitość. Naprawdę, trudno na to zamykać oczy. Czwororęczni, którzy kiedyś, w tamtej, jakże dzisiaj trudnej do wyobrażenia, staromodnej wersji edukacji, stanowili niewielki, dający szkole koloryt, margines – dzisiaj zdają się niekiedy stanowić jej główny nurt. Na pewno zaś ich pozycja w hierarchii szkolnej wzrosła. Z wszystkimi tego, przykrymi dla procesu edukacji, konsekwencjami.

II
Ba, jak przekonuje w pisanym dla „Przeglądu” felietonie profesor Jan Widacki – edukacja zmienia oblicze nie tylko na poziomie podstawowym czy średnim. Na poziomie szkolnictwa wyższego również, jak najbardziej. Tu pozwolę sobie na mały osobisty wtręt – ma on swoje znaczenie. W roku 2008 na wakacyjny wypoczynek wybraliśmy z żoną grecką wyspę Korfu. Przypadkiem w tym samym hotelu zakwaterowali się państwo Widaccy. Poznaliśmy się z nimi – równie przypadkowo – w trakcie wycieczki do stolicy wyspy. Potem dane nam było spędzić z Janem Widackim i jego uroczą małżonką kilka wieczorów na długich rozmowach przy winie. Miałem zatem osobiście możliwość przekonać się, jak niezwykle interesującym rozmówcą jest profesor Widacki. A teraz ów prawnik, wykładowca akademicki pisze: „Miałem niedawno wykład dla studentów jednego z kierunków nauk społecznych. Uczelnia w dużym mieście akademickim. Mówiłem o teoriach kryminologicznych. Wspominając Bronisława Malinowskiego i jego książkę »Zwyczaj i zbrodnia w społeczności dzikich«, chciałem dorzucić jako ciekawostkę, że na jedną ze swoich wypraw na wyspy Pacyfiku Malinowski zabrał w charakterze fotografa dokumentalisty Witkacego. Płynęli statkiem i gdzieś w Azji dotarła do nich wiadomość o wybuchu I wojny światowej. Witkacy poczuł silny imperatyw udziału w tej wojnie, zrezygnował z dalszej wyprawy i zawrócił do Europy. Początkowo nie bardzo wiedział, do której konkretnie armii powinien się zaciągnąć. Czy jako formalnie poddany rosyjski do carskiej, czy jako od lat mieszkaniec Galicji raczej do c.k. armii lub legionów. Ostatecznie – a płynął długo i czasu na rozwiązanie tego problemu miał dużo – wybrał armię carską. Ja im to z zapałem opowiadam, a słuchacze patrzą spokojnie w swoje telefony, niektórzy pilniejsi wprawdzie nie w telefony, tylko na mnie, ale powiedzmy delikatnie… nieco beznamiętnym wzrokiem. Na wszelki wypadek zapytałem więc, czy wiedzą, kto to był Witkacy. Nikt nie wiedział! Nikt z kilkudziesięcioosobowej grupy!”. O tempora! – o obyczajach nie wspominając. Cóż, nie wszyscy słuchacze profesora Widackiego mieli pewnie okazję dotrzeć do niezwykłej powieści Agnety Pleijel „Lord Nevermore”, i dowiedzieć się z niej o meandrach przedziwnej przyjaźni antropologa i artysty. Ba, nie mogli jednak przecież nie słyszeć o Witkacym. Ale właściwie – niby dlaczego nie mogli? No przecież – nie słyszeli. I co z tego? Ale, że nic nie słyszeli o klasyku antropologii społecznej, twórcy szkoły funkcjonalnej – Bronisławie Malinowskim? No cóż, w przypadku osób studiujących nauki społeczne może wydać się to jednak nieco zaskakujące.

III
W filmie „Skarb Narodów 2” Benjamina Gatesa (gra go Nicholas Cage) zaczepia kilkuletni chłopiec. I taka wywiązała się między nimi krótka wymiana zdań:„
– Znam Pana! Pański praprapradziadek zabił prezydenta Lincolna.
– Nie, zabił go John Wilkes Booth.– Eisenschiml pisze, że w spisku uczestniczyli członkowie rządu.
– Absurd. Eisenschiml to mistrz wyciągania błędnych wniosków.
– A czemu osobisty strażnik Lincolna nie stał na warcie? – Ponieważ Lincoln nigdy nie chadzał z obstawą do teatru. Słuchasz? Zwłaszcza w Wielki Piątek.
– A to, że zamknięto wszystkie mosty w stolicy poza jednym, którym miał uciec Booth?
– Sam uciekaj przemądrzały małolacie. Sio”.
Spoglądając na swoją towarzyszkę, nieco speszony Gates usprawiedliwiająco konkluduje: „Amerykańska edukacja schodzi na psy”. No cóż, może amerykańska edukacja schodzi na psy – słyszałem, że amerykańscy turyści w Agrigento podziwiali jak najbardziej współczesną rzeźbę Mitoraja, która im wydała się częścią starożytnego kompleksu świątyń. Ale zagadujący Benjamina Gatesa chłopiec coś tam jednak wiedział.

IV
Ja sam, kiedy oglądałem fragment jego ostatniego wykładu („Indiana Jones i artefakt przeznaczenia”), poczułem się przez chwilę.... Wreszcie – czyż doktor Jones nie wspominał w swoim wykładzie o położeniu – tak bliskich mi, autorowi studium „Według Tukidydesa” – Syrakuz? I ta – ciągle jeszcze zadziwiająca starsze pokolenie intensywnością – reakcja zasiadającej w sali wykładowej młodzieży... No cóż, sam nauczając (?) bywałem na seminariach w sytuacjach podobnych, do tej, która spotkała doktora Jonesa. Tak, byłem zatem wtedy, w kinie, jak Indiana Jones – przez moment, bo tylko wtedy, kiedy prowadził swój ostatni wykład...

V
Wspomniałem tu dwa popularne na całym świecie amerykańskie filmy. I w przypadku i jednego, i drugiego, by naprawdę bawić się ich oglądaniem, potrzebna jest jednak jakaś znajomość faktografii z dziedziny historii, jakaś kulturalna kompetencja. Podobnie jak w przypadku powieści Dana Browna i ich ekranizacji. Tu nie wystarczy świadomość, że „wszystko jest w Internecie”. Ja sam zainteresowanie historią templariuszy i ich konfliktu z Filipem Pięknym wyniosłem jako dzieciak z lektury powieści „Pan Samochodzik i templariusze”. Czy tego typu fascynacje odejść miałyby w zapomnienie? I czy jedynym powodem tego jest to, że współczesna edukacja schodzi na psy?
Krzysztof Łęcki 



Może Cię zainteresować.