„Czemu się nie dziwisz,
kiedy dziwić się potrzeba?” – pyta Gombrowicz w „Trans-Atlantyku”. Wie
dlaczego, otóż dlatego, że drąży go pustka. Dziwimy się coraz mniej, kolejne
absurdy łykamy albo oswajamy się z nimi niepokojąco szybko. Nie dziwmy się, bo
przecież „powszechnie wiadomo”. A właśnie – Janusz Szpotański dawno temu zapisał co następuje:
„Jak powszechnie wiadomo (choć zupełnie nie wiadomo dlaczego)?”.
I
Podobno dwie tylko rzeczy są wieczne – śmierć i podatki. A
co z korupcją? Jeśli nie jest wieczna, to na pewno, po niezliczonych próbach
jej eliminacji z życia społecznego, odradza się nader szybko. Wyrasta wszędzie,
gdzie tylko może. A może – wszędzie. Tyle że jeżeli potraktujemy ją jako
zjawisko uniwersalne, to ryzykujemy tym, że nie dostrzeżemy jej cech
specyficznych. Bronisław Łagowski w „Filozofii politycznej Maurycego
Mochnackiego” za jego tytułowym bohaterem przygląda się korupcji na tzw.
ziemiach zabranych przez Rosję, na Kresach Wschodnich. Mochnacki nie składa jej
powszechności li tylko na karb pazerności carskich urzędników, ale traktuje to
jako konieczny składnik funkcjonowania systemu carskiego. Co to oznaczało w
carskim samodzierżawiu? Ano to, że samowładny car pozostawał bezsilny wobec
korupcji. Praktyczna niewykrywalność korupcji opierała się na zasadzie, że ci, którzy
przekupują, byli karani tak samo, jak ci, którzy dali się przekupić. I jeszcze
jedno – pensje urzędników były tak niskie, że nie mogły zapewnić im i ich
rodzinom utrzymania. Mochnacki pisał z sarkazmem: „w szpitalach ci, co już
dawno pomarli, żyją w kontroli wydatków i zażywają właśnie najdroższe lekarstwa
i spijają na wzmocnienie kosztowne wina, których im za życia, w chorobie nigdy
nie podawano”. Skoro jednak przyjmujemy, że jakaś korupcja jest, była i zawsze
będzie, że nie da się jej uniknąć, to trzeba zauważyć, że przyzwolenie czy –
odwrotnie – oburzenie korupcją bywa różne w zależności od skali. Przy czym nie
tyle idzie tu o powszechność tego procederu, co o realne, ekonomiczne możliwości
korumpujących sprostania niepisanym, acz twardym, oczekiwaniom korumpowanych.
II
Czytam
właśnie przetłumaczoną przez doktora Marcina Gacka niewielką objętościowo, ale
pełną trafnych diagnoz, książkę Raymonda Arona „Klasyczna socjologia
niemiecka”. I wynotowuję z niej szczególnie celne fragmenty. Pisze Aron: „Do »ludzie
tworzą swoją historię, ale nie znają historii, którą tworzą« moglibyśmy
dołączyć kolejne: »ludzie zapewniają funkcjonowanie społeczeństwa, ale nie
znają społeczeństwa, w którym funkcjonują«. I jeszcze spostrzeżenie na temat
tzw. „socjologii wiedzy” Karla Mannheima, o tym, że koncepcja ta
odzwierciedlała w pewnym stopniu sytuację socjo-intelektualną Republiki
Weimarskiej – „(k)ażda duża partia stanowiła pewnego rodzaju całość, nie tylko
zamkniętą na sobie samej, wrogą wobec innych, ale charakteryzującą się własnym światopoglądem.
Każda partia zachowywała swoją prawdę (...), pozostawało tylko pójść jednak
krok dalej, by zastąpić logikę klasyczną logiką »relacyjną«, która chwiała
podstawami dialogu, niemożliwego pod nieobecność wspólnych zasad i rozróżnienia
tego, co prawdziwe i fałszywe”.
III
Przez wieki – przynajmniej od Herostratesa – różni ludzie
robili różne rzeczy, mądre i głupie, dobre i złe, żeby tylko zapisać się w
pamięci potomnych. Odnoszę przy tym nieprzyjemne wrażenie, że dzisiejsze czasy
sprzyjają temu, żeby robić w tym celu rzeczy coraz głupsze. Zresztą nie
dramatyzm wyborów i pamięć potomnych zdają się dzisiaj decydujące. Raczej
kwadrans w blasku jupiterów, który prawem Kaduka obiecał każdemu Andy Warhol. Czyż
nie dlatego pewna aktoreczka podzieliła się swoimi cierpieniami, że jest
dopiero trzecią od końca najbardziej nielubianą polską artystka, a przecież, co
dla niej zupełnie naturalne, chciałaby być nielubianą absolutnie najbardziej? Aha,
i żeby koniecznie wszyscy o tym wiedzieli.
IV
Kiedy myślę o historii naszej cywilizacji, tego niezwykłego
stopu Jerozolimy i Aten, potem Rzymu, to niekiedy próbuję sobie wyliczyć
najważniejsze słowa w dziejach Zachodu – niekiedy są to nazwy instytucji, innym
razem wielkie wydarzenia, bywa – bohaterowie historii, procesy społeczne,
kulturowe czy polityczne. Zastrzegam, to mój indywidualny, autorski wybór. Zacznijmy
od początku – tak jak mi przychodzi do głowy – a więc greckie polis, demokracja
ateńska, wojny perskie, wojna peloponeska, podboje Aleksandra Wielkiego,
republika rzymska, wojny punickie, triumwirat, Juliusz Cezar i wojna galijska, Farsalos
i koniec rzymskiej wojny domowej, bitwa pod Akcjum, Imperium i rządy Cezarów, początki
chrześcijaństwa, wędrówka ludów, upadek Cesarstwa Rzymskiego na Zachodzie,
monarchia Karola Wielkiego, system feudalny, wielka schizma, krucjaty, upadek
Konstantynopola, odkrycie Nowego Świata i konkwista, renesans, reformacja, kontrreformacja,
Wielka Armada, wojna trzydziestoletnia i pokój westfalski, absolutyzm, oświecenie,
zamorskie kolonie Europy, Wielka Rewolucja Francuska i wolność równość
braterstwo albo śmierć, wojny napoleońskie, restauracja burbonów i Kongres
Wiedeński, rewolucja przemysłowa, Wiosna Ludów, wojna francusko-pruska, zjednoczenie
Niemiec, rewolucja roku 1905, I wojna światowa, rewolucja rosyjska i powstanie
komunistycznego imperium, wielki kryzys lat 30. XX wieku, faszyzm, nazizm, II
wojna światowa, potem żelazna kurtyna i „zimna wojna”, państwo opiekuńcze,
państwo dobrobytu, dekolonizacja, kryzys kubański, kryzys i upadek sowieckiego
imperium, Unia Europejska... Wiem, przeskakuję niekiedy zbyt swobodnie dziesiątki
lat, nie podaję wszystkich ważnych zdarzeń, procesów które zmieniały Zachód.
Nie ułożyłem ich też do końca chronologicznie. Ale interesujące dla mnie w tej
wyliczance jest pytanie – i co dalej?
V
No właśnie...