Żona zmarłego profesora Zembali – i zresztą cała jego rodzina – są publikacją
dziennikarzy „Gazety Wyborczej” oburzeni. W sprawie rzetelności książki Watoły
i Kortki głosu nie zabieram. Nie czytałem jej po prostu. Niemniej w tym
kontekście interesujące zdaje mi się tu zjawisko bardziej ogólne.
I
Otóż „(g)dy
w Polsce wychodzi się poza ubogą litanijkę cuchnących altruizmem, poświęceniem
i fałszerstwem historycznym osób, zdarzeń i legend, historia staje się dla nas
czymś tak naprawdę niepotrzebnym” – pisał ponad wiek temu Stanisław Brzozowski.
To samo zdaje się tyczyć spisanych biografii. Czy coś się o postawienia
diagnozy przez Brzozowskiego zmieniło? Na uboczu pozostawiam tu głośne opracowanie
„SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” Sławomira Cenckiewicza i Romana
Gontarczyka (IPN, Gdańsk-Kraków-Warszawa, 2008), czy najgłośniejszą pracę
magisterską napisaną w III Rzeczpospolitej „Lech Wałęsa. Idea i historia.
Biografia polityczna legendarnego przywódcy »Solidarności« do 1988 roku” (Arcana, Kraków,
2009) Pawła Zyzaka. Bardziej interesujące zdają mi się losy biografii, która
stała się prawdziwym bestsellerem – idzie o „Kapuściński non-fiction” Artura
Domosławskiego (Świat Książki, Warszawa, 2010). Co ciekawe, wszystkie wspomniane wyżej książki
były szeroko komentowane jeszcze zanim znalazły się na rynku księgarskim. A
kiedy się wreszcie ukazały, to nie wpłynęło to na stanowczo wygłaszane oceny,
wyrażane przez osobników, którzy najzwyczajniej ich nie czytali, a tylko (zob.
„Chcę z młodymi naprzód iść”, rozmowa Roberta Mazurka z Bartoszem Arłukowiczem,
posłem Lewicy, „Rzeczpospolita”, PlusMinus 10-11 lipca 2010) „przeglądali”; przeglądali
przy tym tak nieuważnie, że bez zmrużenia oka mogli dalej przypisywać im
zasłyszane opinie, których na kartach „przeglądanych” książek na próżno by
szukać.
II
Spory o
biografie czy to Wałęsy, czy Domosławskiego dotyczyły przede wszystkim doboru i
sposobu przedstawiania faktów z życia Wielkich Ludzi. Oto Lech Wałęsa człowiek,
którego rola w demontażu systemu komunistycznego była wielka, choć oczywiście w
rzeczywistości nie aż tak wielka, jak sam o tym opowiada. Oto Ryszard
Kapuściński, polski dziennikarz XX wieku, sława pisarska na skalę światową.
Pierwszy – noblista, drugi – niemal wieczny do Nobla kandydat. A tu w
biografiach wywlekane ludzkie małości i słabości, jakieś kobiety, których w
życiu Kapuścińskiego było wiele (?), a z których przynajmniej jedna była bardzo
długo; jakaś weryfikacja faktografii w dorobku Mistrza reportażu, który w
pewnym momencie zaczął uważać się za pisarza, jakaś (czy rzeczywiście konieczna?)
rewizja sposobu utrwalania przezeń płynnej rzeczywistości na papierze… No
właśnie, po co o tym pisać? Okazuje się wszak, że przecież i tak wszyscy (jacy
wszyscy? – chciałoby się zapytać), no, dosłownie – wszyscy o tym wszystkim
(wszystkim?) doskonale wiedzieli, może nie ze wszystkimi szczegółami, ale czy
rzeczywiście wszystkie te szczegóły są aż tak ważne, żeby je przytaczać? Coś
objaśniają – może tak, może – nie… Ale za to na pewno coś zaciemniają, kładą
się mianowicie cieniem na świetlanej postaci, na „polskich dobrach narodowych”,
takich, co to jakby się urwały z „ubogiej litanijki cuchnących altruizmem,
poświęceniem i fałszerstwem historycznym osób”.
III
Tak
się złożyło, że jeszcze przed publikacją książek Cenckiewicza, Gontarczyka,
Zyzaka i Domosławskiego przeczytałem obszerny tom Jamesa Atlasa „Bellow. A
biography”, której polskie wydanie nosi tytuł „Bellow. Noblista z Chicago”
(przeł. L Czyżewski, Twój Styl, Warszawa, 2006). O książce tej wielbiciel
twórczości Saula Bellowa, Jerzy Pilch pisał: „Wszystko, co napisał (Bellow),
czytałem z niestrudzoną uwagą i wielkim zachwytem; teraz jego biografię pióra
Jamesa Atlasa czytam z bez mała większą uwagą, prawie na pewno z mocniejszym
wzruszeniem”. Może dlatego czyta się ją tak właśnie, bo jest pełna? Że choć
pisana w sposób, „z którego każdej litery przebija miłość i uwielbienie”
(Pilch), to nawet przez chwile nie zagraża jej posądzenie o hagiografię? Że
raczej to jakby ktoś do Herzoga, von Humboldta Fleishera, Charliego Citrine’a
czy Ravellsteina dopisał jeszcze jedno imię i nazwisko, tym razem bez żadnej
literackiej zasłony – Saul Bellow. To hołd złożony autorowi „Daru Humboldta”.
IV
A co – na
przykład – ze sferą intymną? Pisał Pilch, po lekturze książki Jamesa Atlasa, że
„najznaczniejsze wszakże jego (Bellowa) ekscentryzmy i powody jego najgłębszych
udręk kryją się w życiu intymnym”. I Atlas nie waha się podawać szczegółów intymnych
w relacjach Bellowa z kobietami. Nie brak w nich przy tym świadectw raczej
kompromitujących autora „Herzoga”. I nie idzie o wielokrotnie pojawiające się w
biograficznym tomie opinie o jego erotycznych problemach – ”Saul to typ
jednominutowca”. Także, chociażby, o historię wieloletniej przyjaźni Bellowa ze
słynnym socjologiem Edwardem Shilsem. Zaczęła chylić się ku upadkowi od kiedy,
jeszcze w latach 70. , Shils sprzeciwił się podejmowanym przez Bellowa próbom
awansowania do słynnego Komitetu Myśli Społecznej Uniwersytetu w Chicago jednej
z – jak pisze Atlas – „flam” autora „Daru Humboldta”. Przedstawione z detalami,
burzliwe, a nawet po prostu tragiczne, dzieje wielu przyjaźni Bellowa to
zresztą jeden z ważniejszych wątków jego biografii, przyjaźni, bywało, że
wielkich, w których jednak wielkość mieszała się z małością, a niekiedy nawet i
podłością.
V
Tak, to
oczywiście sztuka, by nie pisać czyjejś biografii czy to przekładając
delikwenta bezpardonowo przez kolano, czy padając przed nim na kolana. Ale
jednocześnie tylko taki sposób pisania czyjejś biografii ma sens – jako opowieści
o życiu, które było lekcją, jaką udzieliło swemu bohaterowi, a którego opis
jest pracą domową, odrabianą, lepiej czy gorzej, przez biografia. Pisanie bez
gniewu i uprzedzenia, ale jednocześnie nie mylenie biografii z panegirykiem.
Pisanie pokazujące ludzką siłę i słabości, dumę, uprzedzenia i wstydy. Pisanie,
z którego każdej litery przebijać może miłość i uwielbienie dla bohatera
biografii, ale jednocześnie widoczne jest, iż nie jest to małpia miłość i
bezkrytyczne uwielbienie. Tylko tyle? Aż tyle.
Krzysztof Łęcki