poniedziałek, 12 stycznia 2026
Imieniny: PL: Bernarda, Czesławy, Grety| CZ: Pravoslav
Glos Live
/
Nahoru

Pre-teksty i Kon-teksty Łęckiego: Z życia wzięte | 25.11.2025

Na Górnym Śląsku rozgorzał spór wokół dopiero co wydanej książki opartej na biografii Mariana Zembali, tj. dzieła Judyty Watoły i Dariusza Kortki „Zembala. Szpital to ja. Historia słynnego kardiochirurga”. 

Ten tekst przeczytasz za 6 min. 45 s
Fragment okładki książki „Zembala. Szpital to ja. Historia słynnego kardiochirurga”. Fot. Wydawnictwo Agora

Żona zmarłego profesora Zembali – i zresztą cała jego rodzina – są publikacją dziennikarzy „Gazety Wyborczej” oburzeni. W sprawie rzetelności książki Watoły i Kortki głosu nie zabieram. Nie czytałem jej po prostu. Niemniej w tym kontekście interesujące zdaje mi się tu zjawisko bardziej ogólne.

I
Otóż „(g)dy w Polsce wychodzi się poza ubogą litanijkę cuchnących altruizmem, poświęceniem i fałszerstwem historycznym osób, zdarzeń i legend, historia staje się dla nas czymś tak naprawdę niepotrzebnym” – pisał ponad wiek temu Stanisław Brzozowski. To samo zdaje się tyczyć spisanych biografii. Czy coś się o postawienia diagnozy przez Brzozowskiego zmieniło? Na uboczu pozostawiam tu głośne opracowanie „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” Sławomira Cenckiewicza i Romana Gontarczyka (IPN, Gdańsk-Kraków-Warszawa, 2008), czy najgłośniejszą pracę magisterską napisaną w III Rzeczpospolitej „Lech Wałęsa. Idea i historia. Biografia polityczna legendarnego przywódcy »Solidarności« do 1988 roku” (Arcana, Kraków, 2009) Pawła Zyzaka. Bardziej interesujące zdają mi się losy biografii, która stała się prawdziwym bestsellerem – idzie o „Kapuściński non-fiction” Artura Domosławskiego (Świat Książki, Warszawa,  2010). Co ciekawe, wszystkie wspomniane wyżej książki były szeroko komentowane jeszcze zanim znalazły się na rynku księgarskim. A kiedy się wreszcie ukazały, to nie wpłynęło to na stanowczo wygłaszane oceny, wyrażane przez osobników, którzy najzwyczajniej ich nie czytali, a tylko (zob. „Chcę z młodymi naprzód iść”, rozmowa Roberta Mazurka z Bartoszem Arłukowiczem, posłem Lewicy, „Rzeczpospolita”, PlusMinus 10-11 lipca 2010) „przeglądali”; przeglądali przy tym tak nieuważnie, że bez zmrużenia oka mogli dalej przypisywać im zasłyszane opinie, których na kartach „przeglądanych” książek na próżno by szukać.

II
Spory o biografie czy to Wałęsy, czy Domosławskiego dotyczyły przede wszystkim doboru i sposobu przedstawiania faktów z życia Wielkich Ludzi. Oto Lech Wałęsa człowiek, którego rola w demontażu systemu komunistycznego była wielka, choć oczywiście w rzeczywistości nie aż tak wielka, jak sam o tym opowiada. Oto Ryszard Kapuściński, polski dziennikarz XX wieku, sława pisarska na skalę światową. Pierwszy – noblista, drugi – niemal wieczny do Nobla kandydat. A tu w biografiach wywlekane ludzkie małości i słabości, jakieś kobiety, których w życiu Kapuścińskiego było wiele (?), a z których przynajmniej jedna była bardzo długo; jakaś weryfikacja faktografii w dorobku Mistrza reportażu, który w pewnym momencie zaczął uważać się za pisarza, jakaś (czy rzeczywiście konieczna?) rewizja sposobu utrwalania przezeń płynnej rzeczywistości na papierze… No właśnie, po co o tym pisać? Okazuje się wszak, że przecież i tak wszyscy (jacy wszyscy? – chciałoby się zapytać), no, dosłownie – wszyscy o tym wszystkim (wszystkim?) doskonale wiedzieli, może nie ze wszystkimi szczegółami, ale czy rzeczywiście wszystkie te szczegóły są aż tak ważne, żeby je przytaczać? Coś objaśniają – może tak, może – nie… Ale za to na pewno coś zaciemniają, kładą się mianowicie cieniem na świetlanej postaci, na „polskich dobrach narodowych”, takich, co to jakby się urwały z „ubogiej litanijki cuchnących altruizmem, poświęceniem i fałszerstwem historycznym osób”.

III
Tak się złożyło, że jeszcze przed publikacją książek Cenckiewicza, Gontarczyka, Zyzaka i Domosławskiego przeczytałem obszerny tom Jamesa Atlasa „Bellow. A biography”, której polskie wydanie nosi tytuł „Bellow. Noblista z Chicago” (przeł. L Czyżewski, Twój Styl, Warszawa, 2006). O książce tej wielbiciel twórczości Saula Bellowa, Jerzy Pilch pisał: „Wszystko, co napisał (Bellow), czytałem z niestrudzoną uwagą i wielkim zachwytem; teraz jego biografię pióra Jamesa Atlasa czytam z bez mała większą uwagą, prawie na pewno z mocniejszym wzruszeniem”. Może dlatego czyta się ją tak właśnie, bo jest pełna? Że choć pisana w sposób, „z którego każdej litery przebija miłość i uwielbienie” (Pilch), to nawet przez chwile nie zagraża jej posądzenie o hagiografię? Że raczej to jakby ktoś do Herzoga, von Humboldta Fleishera, Charliego Citrine’a czy Ravellsteina dopisał jeszcze jedno imię i nazwisko, tym razem bez żadnej literackiej zasłony – Saul Bellow. To hołd złożony autorowi „Daru Humboldta”.

IV
A co – na przykład – ze sferą intymną? Pisał Pilch, po lekturze książki Jamesa Atlasa, że „najznaczniejsze wszakże jego (Bellowa) ekscentryzmy i powody jego najgłębszych udręk kryją się w życiu intymnym”. I Atlas nie waha się podawać szczegółów intymnych w relacjach Bellowa z kobietami. Nie brak w nich przy tym świadectw raczej kompromitujących autora „Herzoga”. I nie idzie o wielokrotnie pojawiające się w biograficznym tomie opinie o jego erotycznych problemach – ”Saul to typ jednominutowca”. Także, chociażby, o historię wieloletniej przyjaźni Bellowa ze słynnym socjologiem Edwardem Shilsem. Zaczęła chylić się ku upadkowi od kiedy, jeszcze w latach 70. , Shils sprzeciwił się podejmowanym przez Bellowa próbom awansowania do słynnego Komitetu Myśli Społecznej Uniwersytetu w Chicago jednej z – jak pisze Atlas – „flam” autora „Daru Humboldta”. Przedstawione z detalami, burzliwe, a nawet po prostu tragiczne, dzieje wielu przyjaźni Bellowa to zresztą jeden z ważniejszych wątków jego biografii, przyjaźni, bywało, że wielkich, w których jednak wielkość mieszała się z małością, a niekiedy nawet i podłością.

V
Tak, to oczywiście sztuka, by nie pisać czyjejś biografii czy to przekładając delikwenta bezpardonowo przez kolano, czy padając przed nim na kolana. Ale jednocześnie tylko taki sposób pisania czyjejś biografii ma sens – jako opowieści o życiu, które było lekcją, jaką udzieliło swemu bohaterowi, a którego opis jest pracą domową, odrabianą, lepiej czy gorzej, przez biografia. Pisanie bez gniewu i uprzedzenia, ale jednocześnie nie mylenie biografii z panegirykiem. Pisanie pokazujące ludzką siłę i słabości, dumę, uprzedzenia i wstydy. Pisanie, z którego każdej litery przebijać może miłość i uwielbienie dla bohatera biografii, ale jednocześnie widoczne jest, iż nie jest to małpia miłość i bezkrytyczne uwielbienie. Tylko tyle? Aż tyle.
Krzysztof Łęcki




Może Cię zainteresować.