Mówiłem o tym szerzej w podcaście doktora Dawida
Fijoła „Bliżej filozofii/Zrozumieć świat” („Łęcki vs. Hesse. Czy kultura
felietonu nas ogłupia?”, https://www.youtube.com/watch?v=KGhFp33G1Y4). Prześledźmy tę kwestię na
wybranym przykładzie. Otóż przeczytałem felieton filozofa i politologa Marka A.
Cichockiego „Xi Jinping dobrze wie, że na Zachodzie nikt nie czyta Tukidydesa”.
Autorowi chodziło o kontekst rozmów dyplomatycznych prowadzonych przez Xi
Jinpinga z Donaldem Trumpem.
I
Warto zatem zapytać – jak to jest
naprawdę na Zachodzie z lekturą „Wojny peloponeskiej” Tukidydesa? „Trzeba przyznać, że »Historia
wojny peloponeskiej« Tukidydesa jest arcydziełem. To książka, której nigdy nie
przeczytałem do końca, ale bardzo ją cenię. Jest jednym z tych dzieł,
które obecnie należy czytać z uwagą” – pisał wiele lat temu znakomity
pisarz Henry Miller. No cóż, nie ukrywam, że jestem tego samego zdania –
dlatego napisałem książkę „Według Tukidydesa”. Cichocki pisze: „Pułapka Tukidydesa, koncept
spopularyzowany przez amerykańskiego politologa Grahama Allisona, pasuje tutaj (do
napiętej sytuacji pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami – przyp. K.Ł.) jak
ulał. Mowa (w „pułapce Tukidydesa” – przyp. K.Ł.) o tym, że wielka wojna
wybucha wtedy, gdy tracący wpływy stary hegemon chce zatrzymać aspiracje nowej
wschodzącej potęgi”. I dalej Cichocki: „O pułapce Tukidydesa przy okazji wizyty
Donalda Trumpa u Xi Jinpinga w Chinach mówią wszyscy eksperci i komentatorzy.
Ale czy pamiętają, jak skończyła się historia wojny peloponeskiej?”.
II
No właśnie – to pierwsza kwestia: czy
uznany badacz i popularyzator „Wojny peloponeskiej” Graham Allison przeczytał
uważnie dzieło Tukidydesa? Otóż – nie. Allison podkreśla, że „Wojnę peloponeską” czytał
„rzecz jasna” w oryginale. A przecież, co może wydać się zaskakujące, nawet on nie wszystkie fragmenty dzieła
ateńskiego historyka przeczytał dostatecznie uważnie, skoro wedle niego
Tukidydes nie dożył „smutnego końca wojny”. Tezie tej przeczy chociażby taki
fragment „Wojny peloponeskiej”: „I te wypadki opisał ten sam Tukidydes
z Aten, szeregując je chronologicznie
według pór letnich i zimowych, aż do chwili, kiedy Lacedemończycy
i ich sprzymierzeńcy obalili imperium ateńskie i zdobyli długie mury
i Pireus. Cała wojna aż do owej chwili trwała dwadzieścia siedem lat. Ateńczycy
poddali się – (w roku 404 roku p.n.e.)”. Dzieło ateńskiego dziejopisarza
dotyczy tylko pierwszych dwudziestu jeden lat konfliktu — i stąd pewnie to
nieporozumienie, które łączy koniec spisanych przez Tukidydesa dziejów wojny
peloponeskiej ze śmiercią autora. Dodam, że cytowany wyżej fragment „Wojny
peloponeskiej” nie jest jedynym, który dowodzi, że co do daty śmierci
Tukidydesa Allison się mylił. A zatem – amerykański politolog najwyraźniej przeczytał
„Wojnę peloponeską” niewystarczająco uważnie.
III
kwestia druga – jakie wnioski
nasuwa koniec wojny peloponeskiej. Pisze Cichocki – „Problem z Tukidydesem
polega na tym, że choć znów wszyscy na Zachodzie o nim mówią, nadal nikt go nie
czyta. Przypuszczam, że Xi Jinping dobrze o tym wie. Nie mówi więc nic o tym,
jak skończyła się historia wojny peloponeskiej. Ateny, owa nowa aspirująca
potęga, poniosły w niej bowiem całkowitą klęskę”. Otóż, jeśli koniec wojny
peloponeskiej ma tu być przestrogą, to nie bardzo wiadomo o co (i kogo) chodzi
– to wszak Chiny, a nie Stany Zjednoczone są dzisiaj aspirującą potęgą. A jeśli
tak, to Xi Jinping powinien być zaniepokojony. Być może nieporozumienie
(Cichockiego – nie Xi Jinpinga) ma swoje źródło w dziejach tzw. „zimnej wojny”.
Wojciech Karpiński swoją „Prywatną historię wolności” rozpoczyna od dwóch
szkiców zatytułowanych lakonicznie – „Sparta i Ateny”.
Kiedy czytano tę książkę w latach osiemdziesiątych XX wieku, nikt nie miał
wątpliwości (zaryzykuję stwierdzenie, że nie miał ich również sam Wojciech
Karpiński), iż „Sparta” to Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich
(mocarstwo lądowe), a „Ateny” to Zachód, z kierowniczą rolą Stanów
Zjednoczonych Ameryki Północnej (mocarstwo morskie). Ale dzisiaj – powtórzę
rzecz oczywistą – wschodzące mocarstwo to Chiny. Stąd uwaga o tym, że
„aspirująca potęga” jest niemal skazana w „pułapce Tukidydesa” na klęskę – bo
tak miał według Cichockiego Xi Jinping zrozumieć finał wojny peloponeskiej i na
dodatek uznać to za dobrą dla Chin wróżbę – zdaje się raczej nie na miejscu.
IV
I jeszcze
jedna kwestia – koniec drugiej wojny peloponeskiej (pierwsza to lata 460-445
p.n.e., druga lata 431- 404 p.n.e.) nie kończy wszak greckiej wojny domowej.
Zaczęła się w zasadzie niedługo po wiktoriach w wojnach perskich - pod
„Salaminą (480 rok p.n.e.) i Platejami (rok 479 p.n.e.), a kończy pod Leuktrami,
gdzie Teby rozgromiły Spartan – na marginesie, w czasie wojny peloponeskiej oba
te polis były sprzymierzeńcami, ramię w ramię walczyły z Atenami i
podporządkowanym im Związkiem Morskim. Warto też może przypomnieć, że
ostatecznie grecką wojnę domową zakończyła bitwa pod Cheroneą (338 rok p.n.e.),
w której Macedonia króla Filipa II zadała klęskę sprzymierzonym Grekom.
V
A może
jednak z lekturą Tukidydesa na Zachodzie nie jest tak źle, jak sądzi Cichocki?
Dobrych kilka lat temu w tygodniku „Polityka” w leadzie artykułu
Łukasza Wójcika „Idzie wojna?” można było przeczytać: „»Wojna peloponeska«
Tukidydesa stała się najgorętszą książką tego lata w Waszyngtonie”. Dalej
czytamy: „»Wojną…« zaczytuje się niemal całe najbliższe otoczenie prezydenta
Donalda Trumpa. Doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego gen. McMaster uważa,
że to fundamentalna książka (…). Gen. James Mattis zna Tukidydesa na wyrywki.
Do „Wojny…” nawiązywał kilkakrotnie podczas przesłuchania w Kongresie
przed zaprzysiężeniem na sekretarza obrony. Fascynacji „Wojną peloponeską” nie
ukrywa też główny strateg Białego Domu Steve Bannon (przez lata jego mailowym
hasłem była „Sparta”). Pierwszy grecki historyk do tego stopnia zawładnął
wyobraźnią Waszyngtonu, że na początku lata został bohaterem nadzwyczajnego
posiedzenia Narodowej Rady Bezpieczeństwa”.
Krzysztof Łęcki