Widziałem
zdjęcia z Avionu w Czeskim Cieszynie, gdzie promowałeś swoją pierwszą książkę w
Czechach, „Kalamita” (w oryginale „Wiatrołomy”) i przeczytałem komentarze.
Niektórzy twoi znajomi byli w szoku, że książkę polewa się szampanem. Ty też?
– Gdyby nie
to, że koleżanki uprzedziły mnie o tym fakcie, pewnie byłbym w jeszcze większym
szoku, bo w Polsce nie ma czegoś takiego, jak chrzest książki. Jest tylko
premiera, która przypada zazwyczaj w środę. I tak naprawdę tego dnia często nie
dzieje się zbyt dużo. Rzadko kiedy wydawcy organizują specjalne akcje z tej
okazji.
Podejrzewam,
że nie jest to twój pierwszy kontakt z Czechami. Ale z Zaolziem pewnie tak.
Jadąc tutaj, zrobiłeś sobie jakiś research, nie mówię oczywiście o grzebaniu w
zamierzchłych wiekach?
– Przyznam
się bez bicia, że nie zrobiłem i ma to związek z brakiem czasu. Kiedy
uzgadnialiśmy terminy spotkań, pisałem kolejną książkę. Wpadłem więc do was trochę
z marszu. Odpowiadając na pytanie, to mój pierwszy kontakt z regionem, ale nie
z Czechami. W lipcu spędziliśmy rodzinnie kilka dni w Pradze. Mam sporo zdjęć i
filmów z tego wyjazdu, ale do tej pory nie zdążyłem przygotować żadnej rolki
(śmiech). Natomiast przygotowując się do czeskiego wydania „Wiatrołomów”, odkryłem
rynek muzyczny. I polubiłem rapera Vladimira 518 i zespół Bow Wave.
Akcja
„Wiatrołomów” rozgrywa się na Pomorzu i Kujawach. Szczególnie ten drugi region
niewiele mówi czeskiemu czytelnikowi. Ale z drugiej strony, idąc tym tropem,
kryminały Camilli Läckberg czytaliby tylko mieszkańcy Fjällbacki, gdzie
rozgrywa się akcja, a po książki Henninga Mankella sięgaliby wyłącznie
mieszkańcy szwedzkiej Skanii…
– Tak
naprawdę chodzi o to, żeby autor stworzył miejsce, które będzie fabularnie żywe,
pełnokrwiste. I oczywiście nie chodzi tu ani o topografię, ani o prostą scenografię.
Miasto ma być bohaterem opowieści, ma oddziaływać na czytelnika. Ta przestrzeń
może współgrać z bohaterem albo go pożerać, unicestwiać. Jeżeli te warunki są
spełnione, to wówczas nie ma większego znaczenia dla czytelnika, gdzie jest
osadzona akcja. Kiedy sięgnąłem po książki wspomnianego przez ciebie Mankella,
co wiedziałem o Ystad? Nic. Ale dzięki powieściom, wracając z rodziną z
Legolandu w Danii, pomyślałem: a może odwiedzimy dom Kurta Wallandera oraz
komisariat, w którym pracował. Tak właśnie rodzi się turystyka literacka.
Za każdym razem zastanawiam się, jak sensownie
ułożyć nową historię. Sądzę, że każdy piszący w jakimś sensie zawsze błądzi. Bo
nawet najlepsi autorzy piszą czasem słabsze książki.
Twoje
powieści o komisarzu Bernardzie Grossie tak mnie porwały, że już po pierwszych
stronach pierwszej z nich, zapragnąłem wpaść do Chełmży…
– I super,
bo są tam organizowane spacery śladami komisarza Bernarda Grossa, na które
przyjeżdża około 150 osób z całej Polski. Co oznacza, że czytelnicy lubią
konfrontować swoje wyobrażenie o mieście, powstałe po lekturze, z tym, jak ono
rzeczywiście wygląda. I to jest piękne.
Wikipedia
podaje, że jesteś „nauczycielem kreatywnego pisania”. Czy w dobie zdobywającej
kolejne przyczółki sztucznej inteligencji, takie nauczanie ma jeszcze sens?
– Dla mnie
miało, bo skróciło mi, jak sądzę, drogę do debiutu. Ale z jednym zastrzeżeniem.
Na warsztatach literackich nikt nikogo nie nauczy pisania, bo one po prostu
trwają zbyt krótko. Co więc można zrobić? Można pokazać pakiet narzędzi
potrzebnych do napisania powieści, opowiedzieć o warsztacie, o konstrukcji tekstu
gatunkowego. Wszystko po
to, by uczestnicy przestali błądzić w drodze do realizacji swojego marzenia.
A ty błądzisz
dalej?
– Tak, mimo
że napisałem 18 powieści. Za każdym razem zastanawiam się, jak sensownie ułożyć
nową historię. Sądzę, że każdy piszący w jakimś sensie zawsze błądzi. Bo nawet
najlepsi autorzy piszą czasem słabsze książki. Przecież nie da się ciągle
strzelać bramek w meczu, więc tak samo nie da się pisać tylko wybitnych
powieści. I nie ma w tym nic niezwykłego.
Wciąż jest mi trudno myśleć o sobie, jako o mistrzu
polskiego kryminału. Sam wam swoich wielkich idoli, że wspomnę chociażby Mariusza
Czubaja i Ryszarda Ćwirleja.
Zgadzam
się, tylko jeden autor odpali się po pierwszej książce, a inny po piątej…
– Trochę tak
jest. I znowu przyłożę to do siebie. Kiedyś wydawało mi się, że żeby napisać
książkę, trzeba mieć pomysł. Że to wystarczy. Nie wystarczy. Bo trzeba
wiedzieć, jak ten pomysł przełożyć na karty powieści.
A kiedy można
powiedzieć, że jest coś więcej niż nic?
– Kiedy sam
pomysł, a więc warstwę fabularną, umiemy nałożyć na konstrukcję opowieści.
Podobnie jest z biznesem. Sukces nie stoi za pomysłem, tylko za sposobami jego
wdrożenia.
Kiedy
przedszkolanka pytała cię, kim chciałbyś być, jak dorośniesz, nie odpowiadałeś,
że pisarzem?
– (Śmiech).
Takie odpowiedzi chyba w ogóle się nie zdarzają.
Swego czasu
sięgnąłem też po kryminały Czecha Jiříego Březiny. Bardzo dobre! Ale zaraz! Czy
jego detektyw nie nosi czasem Twojego imienia i nazwiska?
Wspominaliśmy Mankella.[RM1] Lubisz kryminały?
– Czytam je
od zawsze. Wszystko zaczęło się od Sherlocka Holmesa. Wszedłem w świat
literatury kryminalnej zaczynając od najlepszego wzorca. I stale się w niej czytelniczo
rozwijam. Pamiętam do dziś, jak przeczytałem „Najczarniejszy strach” Harlana
Cobena i wtedy naszła mnie taka refleksja: stary, przecież ty potrafisz pisać.
Skoro pisałem wtedy teksty dziennikarskie, to dlaczego nie miałbym napisać książki!?
Dodatkowo uzmysłowiłem sobie, że nikt nie pisze kryminałów o Toruniu, więc będę
pierwszy. Kłopot polegał na tym, że droga do debiutu zajęła mi siedem lat.
Znalazłem
taki tytuł w sieci odnośnie ciebie: „Spotkanie z mistrzem polskiego kryminału”.
Wolno mi się nie zgodzić?
– Wolno.
Jak dla mnie,
jest was dwóch: ty i Maciej Siembieda, nomen omen mój nauczyciel akademicki na
Uniwersytecie Opolskim.
– Super,
bardzo mi miło, ale wierz mi, wciąż jest mi trudno myśleć o sobie, jako o mistrzu
polskiego kryminału. Sam mam swoich wielkich idoli, że wspomnę chociażby Mariusza
Czubaja i Ryszarda Ćwirleja. Najnowsza powieść Ryśka, czyli „Krwi nie odmówi
nikt” to prawdziwe mistrzostwo świata, bo kiedy autor samymi dialogami
wprowadza cię w klimat II wojny światowej, to wiesz, że tylko najlepsi to
potrafią.
A pisarze
zagraniczni?
– Mówiłem
już o Cobenie, którego bardzo cenię. Ale tak naprawdę wielbię Islandczyka
Arnaldura Indriðasona, którego polecił mi Mariusz Czubaj. Bernard Gross
powstał, bo czytałem wcześniej kryminały Indriðasona. Prowadząc warsztaty
czytam jedną scenę z jego powieści, w zasadzie fragment. I robię to po
pierwsze, żeby pokazać, jak się przedstawia bohatera, jak ma wyglądać pierwsze
spotkanie czytelnika z nim, jak powinno się wprowadzić postać na scenę. To, co robi Indriðason, to jest top of the top. Poza tym, arcydziełem jest
pewna scena z jego „Hipotermii”, opowiadająca o odkryciu zwłok przyjaciółki
przez pewną kobietę. Zaczyna się banalnie od telefonu na policję, a potem autor
buduje klimat opowieści, żeby w końcu wstrząsnąć czytelnikiem niezwykłym
obrazem, który zostaje w głowie na zawsze. I nie ma w obrazie ani kropli krwi, nie
ma też żadnej makabry. Gdybym mógł przyznać Nobla za samą scenę, to nie wahałbym
się ani chwili. Swego czasu
sięgnąłem też po kryminały Czecha Jiříego Březiny. Bardzo dobre! Ale zaraz! Czy
jego detektyw nie nosi czasem Twojego imienia i nazwiska?
Teraźniejszość jest konsekwencją przeszłości,
oczywiście do pewnego stopnia. Może z jakiegoś powodu lubię babrać się w tym,
co było kiedyś
Czekaj,
muszę sprawdzić. Rzeczywiście, może nie dosłownie, ale podobieństwo jest. To
Tomáš Volf.
– Sam
widzisz, jak to wszystko zapętlone (śmiech).
Przeczytałem
co najmniej połowę twoich książek…
– Tak dużo, serio!?
Serio,
serio. Ale chciałem zapytać, czy teraźniejszość zawsze musi być konsekwencją
przeszłości w twoich książkach. Za każdym razem grzebiesz w dawnych czasach.
– Bo
teraźniejszość jest konsekwencją przeszłości, oczywiście do pewnego stopnia.
Może z jakiegoś powodu lubię babrać się w tym, co było kiedyś. Tak samo jak nie
potrafię uciec od tematu zaginięć, któremu poświęciłem wszystkie swoje powieści
z wyjątkiem „Skrzepu” i „Zrostu”.
Druga część rozmowy za tydzień.