sobota, 29 listopada 2025
Imieniny: PL: Błażeja, Margerity, Saturnina| CZ: Zina
Glos Live
/
Nahoru

Rozmawiamy z Robertem Małeckim. Mistrz polskiego kryminału? Super, bardzo dziękuję | 28.11.2025

Pierwszą książkę, napisaną w 2009 roku, która nigdy nie ukazała się drukiem, określił mianem g… Dziś nazywany jest mistrzem polskiego kryminału, posiadając w portfolio blisko dwadzieścia powieści. W ubiegłym tygodniu Robert Małecki spotkał się z czytelnikami w Czeskim Cieszynie i Karwinie, promując „Kalamitę”, swoją pierwszą książkę przetłumaczoną na czeski. Znalazł dostatecznie dużo czasu, żeby opowiedzieć o literaturze z praktycznie każdej strony.

Ten tekst przeczytasz za 9 min.
Robert Małecki. Fot. Marta Machej

Widziałem zdjęcia z Avionu w Czeskim Cieszynie, gdzie promowałeś swoją pierwszą książkę w Czechach, „Kalamita” (w oryginale „Wiatrołomy”) i przeczytałem komentarze. Niektórzy twoi znajomi byli w szoku, że książkę polewa się szampanem. Ty też?
– Gdyby nie to, że koleżanki uprzedziły mnie o tym fakcie, pewnie byłbym w jeszcze większym szoku, bo w Polsce nie ma czegoś takiego, jak chrzest książki. Jest tylko premiera, która przypada zazwyczaj w środę. I tak naprawdę tego dnia często nie dzieje się zbyt dużo. Rzadko kiedy wydawcy organizują specjalne akcje z tej okazji.

Podejrzewam, że nie jest to twój pierwszy kontakt z Czechami. Ale z Zaolziem pewnie tak. Jadąc tutaj, zrobiłeś sobie jakiś research, nie mówię oczywiście o grzebaniu w zamierzchłych wiekach?
– Przyznam się bez bicia, że nie zrobiłem i ma to związek z brakiem czasu. Kiedy uzgadnialiśmy terminy spotkań, pisałem kolejną książkę. Wpadłem więc do was trochę z marszu. Odpowiadając na pytanie, to mój pierwszy kontakt z regionem, ale nie z Czechami. W lipcu spędziliśmy rodzinnie kilka dni w Pradze. Mam sporo zdjęć i filmów z tego wyjazdu, ale do tej pory nie zdążyłem przygotować żadnej rolki (śmiech). Natomiast przygotowując się do czeskiego wydania „Wiatrołomów”, odkryłem rynek muzyczny. I polubiłem rapera Vladimira 518 i zespół Bow Wave.

Akcja „Wiatrołomów” rozgrywa się na Pomorzu i Kujawach. Szczególnie ten drugi region niewiele mówi czeskiemu czytelnikowi. Ale z drugiej strony, idąc tym tropem, kryminały Camilli Läckberg czytaliby tylko mieszkańcy Fjällbacki, gdzie rozgrywa się akcja, a po książki Henninga Mankella sięgaliby wyłącznie mieszkańcy szwedzkiej Skanii…
– Tak naprawdę chodzi o to, żeby autor stworzył miejsce, które będzie fabularnie żywe, pełnokrwiste. I oczywiście nie chodzi tu ani o topografię, ani o prostą scenografię. Miasto ma być bohaterem opowieści, ma oddziaływać na czytelnika. Ta przestrzeń może współgrać z bohaterem albo go pożerać, unicestwiać. Jeżeli te warunki są spełnione, to wówczas nie ma większego znaczenia dla czytelnika, gdzie jest osadzona akcja. Kiedy sięgnąłem po książki wspomnianego przez ciebie Mankella, co wiedziałem o Ystad? Nic. Ale dzięki powieściom, wracając z rodziną z Legolandu w Danii, pomyślałem: a może odwiedzimy dom Kurta Wallandera oraz komisariat, w którym pracował. Tak właśnie rodzi się turystyka literacka.

Za każdym razem zastanawiam się, jak sensownie ułożyć nową historię. Sądzę, że każdy piszący w jakimś sensie zawsze błądzi. Bo nawet najlepsi autorzy piszą czasem słabsze książki. 

Twoje powieści o komisarzu Bernardzie Grossie tak mnie porwały, że już po pierwszych stronach pierwszej z nich, zapragnąłem wpaść do Chełmży…
– I super, bo są tam organizowane spacery śladami komisarza Bernarda Grossa, na które przyjeżdża około 150 osób z całej Polski. Co oznacza, że czytelnicy lubią konfrontować swoje wyobrażenie o mieście, powstałe po lekturze, z tym, jak ono rzeczywiście wygląda. I to jest piękne.

Wikipedia podaje, że jesteś „nauczycielem kreatywnego pisania”. Czy w dobie zdobywającej kolejne przyczółki sztucznej inteligencji, takie nauczanie ma jeszcze sens?
– Dla mnie miało, bo skróciło mi, jak sądzę, drogę do debiutu. Ale z jednym zastrzeżeniem. Na warsztatach literackich nikt nikogo nie nauczy pisania, bo one po prostu trwają zbyt krótko. Co więc można zrobić? Można pokazać pakiet narzędzi potrzebnych do napisania powieści, opowiedzieć o warsztacie, o konstrukcji tekstu gatunkowego.  Wszystko po to, by uczestnicy przestali błądzić w drodze do realizacji swojego marzenia.

A ty błądzisz dalej?
– Tak, mimo że napisałem 18 powieści. Za każdym razem zastanawiam się, jak sensownie ułożyć nową historię. Sądzę, że każdy piszący w jakimś sensie zawsze błądzi. Bo nawet najlepsi autorzy piszą czasem słabsze książki. Przecież nie da się ciągle strzelać bramek w meczu, więc tak samo nie da się pisać tylko wybitnych powieści. I nie ma w tym nic niezwykłego.

Wciąż jest mi trudno myśleć o sobie, jako o mistrzu polskiego kryminału. Sam wam swoich wielkich idoli, że wspomnę chociażby Mariusza Czubaja i Ryszarda Ćwirleja.  

Zgadzam się, tylko jeden autor odpali się po pierwszej książce, a inny po piątej…
– Trochę tak jest. I znowu przyłożę to do siebie. Kiedyś wydawało mi się, że żeby napisać książkę, trzeba mieć pomysł. Że to wystarczy. Nie wystarczy. Bo trzeba wiedzieć, jak ten pomysł przełożyć na karty powieści.

A kiedy można powiedzieć, że jest coś więcej niż nic?
– Kiedy sam pomysł, a więc warstwę fabularną, umiemy nałożyć na konstrukcję opowieści. Podobnie jest z biznesem. Sukces nie stoi za pomysłem, tylko za sposobami jego wdrożenia.

Kiedy przedszkolanka pytała cię, kim chciałbyś być, jak dorośniesz, nie odpowiadałeś, że pisarzem?
– (Śmiech). Takie odpowiedzi chyba w ogóle się nie zdarzają.

Swego czasu sięgnąłem też po kryminały Czecha Jiříego Březiny. Bardzo dobre! Ale zaraz! Czy jego detektyw nie nosi czasem Twojego imienia i nazwiska? 

Wspominaliśmy Mankella.[RM1] Lubisz kryminały?

– Czytam je od zawsze. Wszystko zaczęło się od Sherlocka Holmesa. Wszedłem w świat literatury kryminalnej zaczynając od najlepszego wzorca. I stale się w niej czytelniczo rozwijam. Pamiętam do dziś, jak przeczytałem „Najczarniejszy strach” Harlana Cobena i wtedy naszła mnie taka refleksja: stary, przecież ty potrafisz pisać. Skoro pisałem wtedy teksty dziennikarskie, to dlaczego nie miałbym napisać książki!? Dodatkowo uzmysłowiłem sobie, że nikt nie pisze kryminałów o Toruniu, więc będę pierwszy. Kłopot polegał na tym, że droga do debiutu zajęła mi siedem lat.

Znalazłem taki tytuł w sieci odnośnie ciebie: „Spotkanie z mistrzem polskiego kryminału”. Wolno mi się nie zgodzić?
– Wolno.

Jak dla mnie, jest was dwóch: ty i Maciej Siembieda, nomen omen mój nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Opolskim.

– Super, bardzo mi miło, ale wierz mi, wciąż jest mi trudno myśleć o sobie, jako o mistrzu polskiego kryminału. Sam mam swoich wielkich idoli, że wspomnę chociażby Mariusza Czubaja i Ryszarda Ćwirleja. Najnowsza powieść Ryśka, czyli „Krwi nie odmówi nikt” to prawdziwe mistrzostwo świata, bo kiedy autor samymi dialogami wprowadza cię w klimat II wojny światowej, to wiesz, że tylko najlepsi to potrafią.

A pisarze zagraniczni?
– Mówiłem już o Cobenie, którego bardzo cenię. Ale tak naprawdę wielbię Islandczyka Arnaldura Indriðasona, którego polecił mi Mariusz Czubaj. Bernard Gross powstał, bo czytałem wcześniej kryminały Indriðasona. Prowadząc warsztaty czytam jedną scenę z jego powieści, w zasadzie fragment. I robię to po pierwsze, żeby pokazać, jak się przedstawia bohatera, jak ma wyglądać pierwsze spotkanie czytelnika z nim, jak powinno się wprowadzić postać na scenę. To, co robi Indriðason, to jest top of the top. Poza tym, arcydziełem jest pewna scena z jego „Hipotermii”, opowiadająca o odkryciu zwłok przyjaciółki przez pewną kobietę. Zaczyna się banalnie od telefonu na policję, a potem autor buduje klimat opowieści, żeby w końcu wstrząsnąć czytelnikiem niezwykłym obrazem, który zostaje w głowie na zawsze. I nie ma w obrazie ani kropli krwi, nie ma też żadnej makabry. Gdybym mógł przyznać Nobla za samą scenę, to nie wahałbym się ani chwili. Swego czasu sięgnąłem też po kryminały Czecha Jiříego Březiny. Bardzo dobre! Ale zaraz! Czy jego detektyw nie nosi czasem Twojego imienia i nazwiska?

Teraźniejszość jest konsekwencją przeszłości, oczywiście do pewnego stopnia. Może z jakiegoś powodu lubię babrać się w tym, co było kiedyś 

Czekaj, muszę sprawdzić. Rzeczywiście, może nie dosłownie, ale podobieństwo jest. To Tomáš Volf.
– Sam widzisz, jak to wszystko zapętlone (śmiech).

Przeczytałem co najmniej połowę twoich książek…
– Tak dużo, serio!?

Serio, serio. Ale chciałem zapytać, czy teraźniejszość zawsze musi być konsekwencją przeszłości w twoich książkach. Za każdym razem grzebiesz w dawnych czasach.
– Bo teraźniejszość jest konsekwencją przeszłości, oczywiście do pewnego stopnia. Może z jakiegoś powodu lubię babrać się w tym, co było kiedyś. Tak samo jak nie potrafię uciec od tematu zaginięć, któremu poświęciłem wszystkie swoje powieści z wyjątkiem „Skrzepu” i „Zrostu”.

Druga część rozmowy za tydzień.





Może Cię zainteresować.