Była też przyczyna
polityczna, którą wielu historyków stawia nawet na pierwszym miejscu. Piłsudski
doskonale zdawał sobie sprawę, że konstytucja marcowa z 1921 roku była w dużej
mierze pisana przez jego przeciwników politycznych przeciwko niemu. Jej celem
było znaczące ograniczenie kompetencji głowy państwa, sprowadzając je niemal
wyłącznie do funkcji reprezentacyjnych. Zadbano między innymi o to, by
prezydent Rzeczypospolitej nie mógł pełnić funkcji naczelnego wodza. Także sam
fakt, że prezydent był wybierany przez Zgromadzenie Narodowe, czyli połączone
izby parlamentu, a nie w wyborach powszechnych, sytuował go ze względu na
źródło władzy niżej niż władzę ustawodawczą.
– Tak. Uważał, że nikt nie
będzie w stanie tak dobrze reprezentować Polski jak on. Dowodem miały być
wizyty zagraniczne Piłsudskiego: w Paryżu w lutym 1921 roku oraz w Rumunii we
wrześniu 1922 roku. Podczas tej drugiej podróży Narutowicz towarzyszył Piłsudskiemu
jako minister spraw zagranicznych. Uważał, że właśnie w taki sposób powinna
zachowywać się głowa państwa: godnie i z autorytetem reprezentując swój kraj.
Nie zdołał jednak Piłsudskiego przekonać do zmiany decyzji. Wtedy podjął próbę
przeforsowania kandydatury Maurycego Zamoyskiego, polityka prawicy i ówczesnego
szefa placówki dyplomatycznej we Francji, u którego cenił zdolności
koncyliacyjne, znajomość świata, doświadczenie polityczne oraz łagodność
charakteru. Jest to o tyle interesujące, że później Zamoyski stał się głównym
przeciwnikiem Narutowicza w wyborach prezydenckich. To pokazuje, że Narutowicz
wkładał wiele starań, aby to inni objęli urząd prezydenta Rzeczypospolitej.
Gdy Narutowicz namawiany
do kandydowania przez Stanisława Thugutta z PSL „Wyzwolenie” poradził się
Piłsudskiego, ten mu odradził. Dlaczego?
– Uważał bowiem Narutowicza
za Europejczyka – człowieka, który ponad trzy dekady życia spędził poza
ziemiami polskimi i który nie zna dostatecznie polskich realiów, mentalności
ani mechanizmów funkcjonowania życia politycznego w kraju. Dlatego Piłsudski raczej
wskazywał jako kandydatów byłego socjalistę niepodległościowego i spółdzielcę
Stanisława Wojciechowskiego, a nawet Wincentego Witosa z centrowego PSL
„Piast”.
Dlaczego Narutowicz mimo
braku poparcia Piłsudskiego zdecydował się kandydować?
– Narutowicz tej funkcji nie
pragnął. Po ponad dwóch latach aktywnej obecności na polskiej scenie
politycznej zaczął już rozumieć, że Polska nie jest Europą Zachodnią i że
realia polityczne są tu znacznie bardziej brutalne. Był to jednak człowiek o
niezwykle silnym poczuciu służby państwowej. Sam Narutowicz uważał, że znaczną
część życia zmarnował, pracując w Szwajcarii i w innych państwach Europy
Zachodniej, podczas gdy jego talent oraz doświadczenie powinny służyć Polsce.
Dlatego, gdy zaproponowano mu kandydowanie na urząd prezydenta, zadecydowało
poczucie obowiązku wobec państwa. Jest to paradoks, który dziś bywa trudny do
zrozumienia: ktoś zostaje prezydentem wbrew własnej woli. W przypadku
Narutowicza tak właśnie było. To dlatego Piłsudskiemu nie udało się odwieść go
od zgody na kandydowanie.
Narutowicz kierował się
silnym poczuciem odpowiedzialności za odrodzoną Polskę. Wrócił do kraju,
porzucając ustabilizowane i komfortowe życie w Szwajcarii. Był profesorem
politechniki, przez wiele lat dziekanem, uznanym uczonym, osobą powszechnie
szanowaną i dobrze sytuowaną materialnie. Mógł bez przeszkód kontynuować tę
karierę do końca życia i nigdy do Polski nie wracać. A jednak wrócił. Coś
musiało go do Polski przyciągać. Było to właśnie poczucie obowiązku pracy dla
własnej ojczyzny, dla państwa odrodzonego po latach zaborów. To poczucie było
na tyle silne, że skłoniło go do przyjęcia kandydatury na urząd prezydenta
nawet wbrew własnym skłonnościom.
Narutowicz był człowiekiem o poglądach
liberalno-konserwatywnych i nie miał nic wspólnego z ruchem ludowym. Pochodził
z dość zamożnej rodziny ziemiańskiej ze Żmudzi, a więc tradycje polskiego ruchu
ludowego – ukształtowane przede wszystkim w Galicji i Królestwie Polskim, gdzie
ruch ten miał swoje kolebki – były mu zasadniczo obce. Ale w tym wypadku nie
chodziło o afiliację ideową czy społeczną.
Co przemawiało za
kandydaturą Narutowicza?
– Środowiska, które wystawiły
kandydaturę Narutowicza, zdążyły w ciągu ponad dwóch lat służby publicznej
docenić jego walory najpierw jako ministra robót publicznych, a w ostatnich
miesiącach życia jako ministra spraw zagranicznych. Dostrzegano zarówno jego
solidność w codziennej pracy, jak i wysokie kompetencje fachowe. Nieprzypadkowo
objął resort robót publicznych – był przecież specjalistą w dziedzinie
budownictwa wodnego i hydrotechniki.
Równie dobrze sprawdzał się w
funkcjach reprezentacyjnych: znał wszystkie kluczowe języki ówczesnego świata,
doskonale rozumiał mentalność Zachodu, ale także Wschodu, z którego się
wywodził, bo pochodził przecież z zaboru rosyjskiego, znał język rosyjski,
studiował w Petersburgu i przez pewien czas był poddanym Romanowów. Był to więc
człowiek doskonale pasujący do roli głowy państwa o charakterze przede
wszystkim reprezentacyjnym – także dlatego, że nie posiadał własnego zaplecza
politycznego. I to właśnie było jego atutem.
Politycy tacy jak Thugutt
doskonale zdawali sobie sprawę, że Narutowicz idealnie nadaje się do urzędu
prezydenta zaprojektowanego w konstytucji marcowej: funkcji z wyraźnie
ograniczonymi kompetencjami, ujętej w wąski konstytucyjny gorset.
Czy Thugutt zdawał sobie
sprawę, że jako prezydent Narutowicz nie byłby politycznym głosem środowiska,
które wysunęło jego kandydaturę?
– Zdecydowanie tak.
Narutowicz był człowiekiem o poglądach liberalno-konserwatywnych i nie miał nic
wspólnego z ruchem ludowym. Pochodził z dość zamożnej rodziny ziemiańskiej ze
Żmudzi, a więc tradycje polskiego ruchu ludowego – ukształtowane przede wszystkim
w Galicji i Królestwie Polskim, gdzie ruch ten miał swoje kolebki – były mu
zasadniczo obce. Ale w tym wypadku nie chodziło o afiliację ideową czy
społeczną.
Kluczowe były inne kwestie:
stosunek do państwa, zdolność jego reprezentowania, pewien styl osobisty,
obycie i sznyt. Takich ludzi w Polsce było wówczas niewielu. Dostrzeżono w nim
osobę, która sprosta obowiązkom głowy państwa i będzie reprezentować Rzeczpospolitą
w sposób godny i przekonujący.
Piłsudski po zabójstwie
Narutowicza powstrzymał tendencje odwetowe wobec endecji, które pojawiły się
wśród jego zwolenników, i nie wykorzystał politycznie jego śmierci, chociaż
część jego otoczenia popychała go ku temu. Dlaczego?
– Dlatego że był mężem stanu
i doskonale rozumiał, czym mogłoby to się skończyć. Tego rodzaju działania
mogły doprowadzić do wojny domowej, a przy tak słabym organizmie państwowym,
jakim była wówczas Polska, zakończyłoby się to katastrofą – nie tylko pod
względem liczby ofiar i strat, ale być może także poprzez ingerencję mocarstw
zewnętrznych. Tylko szaleniec mógłby wówczas do tego doprowadzić. Piłsudski
miał świadomość istnienia nastrojów odwetowych, zwłaszcza w środowiskach
PPS-owskich i robotniczych. Dochodziło do zamieszek i manifestacji. Dlatego dla
Piłsudskiego kluczowe było uspokojenie nastrojów po obu stronach sceny
politycznej.
Z tych powodów marszałek
dążył do zachowania spokoju, poparł – a według niektórych – wręcz sam
zaproponował koncepcję powierzenia funkcji premiera generałowi Władysławowi
Sikorskiemu. Choć nie był on jego politycznym faworytem, Piłsudski wiedział, że
jest człowiekiem ambitnym, sprawnym i rzutkim. Co istotne, generał nie był ani
przedstawicielem prawicy, ani lewicy – był państwowcem, sytuował się raczej w
politycznym centrum i nie miał zaplecza partyjnego, które pchałoby go w
określoną stronę. Dzięki temu mógł skutecznie użyć instrumentów władzy do
wyciszenia nastrojów i uspokojenia Rzeczypospolitej stojącej być może na
krawędzi wojny domowej. I rzeczywiście: rząd generała Sikorskiego, choć
planowany jako przejściowy, a funkcjonujący niemal pół roku, to zadanie wykonał
bardzo dobrze.
W biografii Piłsudskiego
napisał pan, że po śmierci Narutowicza „coś w nim pękło”. Co to znaczy?
– To „coś” miało kilka
płaszczyzn. Po pierwsze, zabito człowieka szlachetnego i wybitnego: państwowca,
który był gotów porzucić wygodne życie na Zachodzie dla niepewnego losu w
Polsce i oddać swoje talenty Rzeczypospolitej. Takich było w Polsce niewielu.
To jest ta najbardziej elementarna, ludzka płaszczyzna.Druga płaszczyzna dotyczyła
myślenia politycznego. Cóż warte jest państwo i naród, który morduje swojego
pierwszego, dopiero co wybranego prezydenta? Cóż wart jest naród, który odnosi
się do głowy państwa bez elementarnego szacunku, obrzuca ją błotem i nienawiścią?
Dla Piłsudskiego prezydent był emanacją majestatu Rzeczypospolitej.
Po zabiciu Narutowicza w
Piłsudskim coś pękło do tego stopnia, że według mnie mieliśmy do czynienia z
dwoma wcieleniami marszałka: sprzed zamordowania Narutowicza i po tym
wydarzeniu.