wtorek, 10 lutego 2026
Imieniny: PL: Elwiry, Elizy, Jacka| CZ: Mojmír
Glos Live
/
Nahoru

103 lata temu zamordowano Gabriela Narutowicza: Takich ludzi w Polsce było wówczas niewielu… | 17.12.2025

16 grudnia minęła 103. rocznica zamordowania Gabriela Narutowicza, pierwszego prezydenta RP. – Narutowicz kierował się silnym poczuciem odpowiedzialności za odrodzoną Polskę. Wrócił do kraju, porzucając ustabilizowane i komfortowe życie w Szwajcarii – mówi w obszernym wywiadzie prof. Mariusz Wołos, historyk.

Ten tekst przeczytasz za 11 min. 15 s
Prof. dr hab. Mariusz Wołos. Fot. Ihia.uken.krakow.pl

Nie byłoby prezydenta Gabriela Narutowicza bez Józefa Piłsudskiego, który tym prezydentem nie chciał zostać. Dlaczego marszałek ku zaskoczeniu swoich zwolenników i dużej części społeczeństwa odmówił kandydowania na pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej?
– Po czterech latach sprawowania funkcji głowy państwa – najpierw jako tymczasowy naczelnik państwa, potem naczelnik państwa, a równocześnie naczelny wódz – Piłsudski czuł się skrajnie zmęczony. Nie chodziło wyłącznie o codzienne urzędowanie: wizyty, przyjmowanie delegacji, podróże służbowe. Przede wszystkim był zmęczony atmosferą polityczną, która narastała wokół niego, zwłaszcza od 1920 roku. Sam Piłsudski określał ją mianem „brudu niewoli”. Miał na myśli złe nawyki w obyczaju politycznym ukształtowane jeszcze w czasach zaborów. Był nieprawdopodobnie atakowany z różnych stron sceny politycznej – szczególnie z prawej, ale nie tylko, bo krytykowali go również komuniści. Czuł się wyczerpany, chciał odpocząć, miał dwoje małych dzieci i pragnął choć na jakiś czas wyrwać się z tego kieratu.
Była też przyczyna polityczna, którą wielu historyków stawia nawet na pierwszym miejscu. Piłsudski doskonale zdawał sobie sprawę, że konstytucja marcowa z 1921 roku była w dużej mierze pisana przez jego przeciwników politycznych przeciwko niemu. Jej celem było znaczące ograniczenie kompetencji głowy państwa, sprowadzając je niemal wyłącznie do funkcji reprezentacyjnych. Zadbano między innymi o to, by prezydent Rzeczypospolitej nie mógł pełnić funkcji naczelnego wodza. Także sam fakt, że prezydent był wybierany przez Zgromadzenie Narodowe, czyli połączone izby parlamentu, a nie w wyborach powszechnych, sytuował go ze względu na źródło władzy niżej niż władzę ustawodawczą.

Narutowicz tej funkcji nie pragnął. Po ponad dwóch latach aktywnej obecności na polskiej scenie politycznej zaczął już rozumieć, że Polska nie jest Europą Zachodnią i że realia polityczne są tu znacznie bardziej brutalne.  

Czy Narutowicz był wśród osób, które przekonywały Piłsudskiego do zmiany zdania?
– Tak. Uważał, że nikt nie będzie w stanie tak dobrze reprezentować Polski jak on. Dowodem miały być wizyty zagraniczne Piłsudskiego: w Paryżu w lutym 1921 roku oraz w Rumunii we wrześniu 1922 roku. Podczas tej drugiej podróży Narutowicz towarzyszył Piłsudskiemu jako minister spraw zagranicznych. Uważał, że właśnie w taki sposób powinna zachowywać się głowa państwa: godnie i z autorytetem reprezentując swój kraj. Nie zdołał jednak Piłsudskiego przekonać do zmiany decyzji. Wtedy podjął próbę przeforsowania kandydatury Maurycego Zamoyskiego, polityka prawicy i ówczesnego szefa placówki dyplomatycznej we Francji, u którego cenił zdolności koncyliacyjne, znajomość świata, doświadczenie polityczne oraz łagodność charakteru. Jest to o tyle interesujące, że później Zamoyski stał się głównym przeciwnikiem Narutowicza w wyborach prezydenckich. To pokazuje, że Narutowicz wkładał wiele starań, aby to inni objęli urząd prezydenta Rzeczypospolitej.

Gdy Narutowicz namawiany do kandydowania przez Stanisława Thugutta z PSL „Wyzwolenie” poradził się Piłsudskiego, ten mu odradził. Dlaczego?
– Uważał bowiem Narutowicza za Europejczyka – człowieka, który ponad trzy dekady życia spędził poza ziemiami polskimi i który nie zna dostatecznie polskich realiów, mentalności ani mechanizmów funkcjonowania życia politycznego w kraju. Dlatego Piłsudski raczej wskazywał jako kandydatów byłego socjalistę niepodległościowego i spółdzielcę Stanisława Wojciechowskiego, a nawet Wincentego Witosa z centrowego PSL „Piast”.

Dlaczego Narutowicz mimo braku poparcia Piłsudskiego zdecydował się kandydować?
– Narutowicz tej funkcji nie pragnął. Po ponad dwóch latach aktywnej obecności na polskiej scenie politycznej zaczął już rozumieć, że Polska nie jest Europą Zachodnią i że realia polityczne są tu znacznie bardziej brutalne. Był to jednak człowiek o niezwykle silnym poczuciu służby państwowej. Sam Narutowicz uważał, że znaczną część życia zmarnował, pracując w Szwajcarii i w innych państwach Europy Zachodniej, podczas gdy jego talent oraz doświadczenie powinny służyć Polsce. Dlatego, gdy zaproponowano mu kandydowanie na urząd prezydenta, zadecydowało poczucie obowiązku wobec państwa. Jest to paradoks, który dziś bywa trudny do zrozumienia: ktoś zostaje prezydentem wbrew własnej woli. W przypadku Narutowicza tak właśnie było. To dlatego Piłsudskiemu nie udało się odwieść go od zgody na kandydowanie.
Narutowicz kierował się silnym poczuciem odpowiedzialności za odrodzoną Polskę. Wrócił do kraju, porzucając ustabilizowane i komfortowe życie w Szwajcarii. Był profesorem politechniki, przez wiele lat dziekanem, uznanym uczonym, osobą powszechnie szanowaną i dobrze sytuowaną materialnie. Mógł bez przeszkód kontynuować tę karierę do końca życia i nigdy do Polski nie wracać. A jednak wrócił. Coś musiało go do Polski przyciągać. Było to właśnie poczucie obowiązku pracy dla własnej ojczyzny, dla państwa odrodzonego po latach zaborów. To poczucie było na tyle silne, że skłoniło go do przyjęcia kandydatury na urząd prezydenta nawet wbrew własnym skłonnościom.

Narutowicz był człowiekiem o poglądach liberalno-konserwatywnych i nie miał nic wspólnego z ruchem ludowym. Pochodził z dość zamożnej rodziny ziemiańskiej ze Żmudzi, a więc tradycje polskiego ruchu ludowego – ukształtowane przede wszystkim w Galicji i Królestwie Polskim, gdzie ruch ten miał swoje kolebki – były mu zasadniczo obce. Ale w tym wypadku nie chodziło o afiliację ideową czy społeczną. 

Co przemawiało za kandydaturą Narutowicza?
– Środowiska, które wystawiły kandydaturę Narutowicza, zdążyły w ciągu ponad dwóch lat służby publicznej docenić jego walory najpierw jako ministra robót publicznych, a w ostatnich miesiącach życia jako ministra spraw zagranicznych. Dostrzegano zarówno jego solidność w codziennej pracy, jak i wysokie kompetencje fachowe. Nieprzypadkowo objął resort robót publicznych – był przecież specjalistą w dziedzinie budownictwa wodnego i hydrotechniki.
Równie dobrze sprawdzał się w funkcjach reprezentacyjnych: znał wszystkie kluczowe języki ówczesnego świata, doskonale rozumiał mentalność Zachodu, ale także Wschodu, z którego się wywodził, bo pochodził przecież z zaboru rosyjskiego, znał język rosyjski, studiował w Petersburgu i przez pewien czas był poddanym Romanowów. Był to więc człowiek doskonale pasujący do roli głowy państwa o charakterze przede wszystkim reprezentacyjnym – także dlatego, że nie posiadał własnego zaplecza politycznego. I to właśnie było jego atutem.
Politycy tacy jak Thugutt doskonale zdawali sobie sprawę, że Narutowicz idealnie nadaje się do urzędu prezydenta zaprojektowanego w konstytucji marcowej: funkcji z wyraźnie ograniczonymi kompetencjami, ujętej w wąski konstytucyjny gorset.

Czy Thugutt zdawał sobie sprawę, że jako prezydent Narutowicz nie byłby politycznym głosem środowiska, które wysunęło jego kandydaturę?
– Zdecydowanie tak. Narutowicz był człowiekiem o poglądach liberalno-konserwatywnych i nie miał nic wspólnego z ruchem ludowym. Pochodził z dość zamożnej rodziny ziemiańskiej ze Żmudzi, a więc tradycje polskiego ruchu ludowego – ukształtowane przede wszystkim w Galicji i Królestwie Polskim, gdzie ruch ten miał swoje kolebki – były mu zasadniczo obce. Ale w tym wypadku nie chodziło o afiliację ideową czy społeczną.
Kluczowe były inne kwestie: stosunek do państwa, zdolność jego reprezentowania, pewien styl osobisty, obycie i sznyt. Takich ludzi w Polsce było wówczas niewielu. Dostrzeżono w nim osobę, która sprosta obowiązkom głowy państwa i będzie reprezentować Rzeczpospolitą w sposób godny i przekonujący.

Piłsudski po zabójstwie Narutowicza powstrzymał tendencje odwetowe wobec endecji, które pojawiły się wśród jego zwolenników, i nie wykorzystał politycznie jego śmierci, chociaż część jego otoczenia popychała go ku temu. Dlaczego?
– Dlatego że był mężem stanu i doskonale rozumiał, czym mogłoby to się skończyć. Tego rodzaju działania mogły doprowadzić do wojny domowej, a przy tak słabym organizmie państwowym, jakim była wówczas Polska, zakończyłoby się to katastrofą – nie tylko pod względem liczby ofiar i strat, ale być może także poprzez ingerencję mocarstw zewnętrznych. Tylko szaleniec mógłby wówczas do tego doprowadzić. Piłsudski miał świadomość istnienia nastrojów odwetowych, zwłaszcza w środowiskach PPS-owskich i robotniczych. Dochodziło do zamieszek i manifestacji. Dlatego dla Piłsudskiego kluczowe było uspokojenie nastrojów po obu stronach sceny politycznej.
Z tych powodów marszałek dążył do zachowania spokoju, poparł – a według niektórych – wręcz sam zaproponował koncepcję powierzenia funkcji premiera generałowi Władysławowi Sikorskiemu. Choć nie był on jego politycznym faworytem, Piłsudski wiedział, że jest człowiekiem ambitnym, sprawnym i rzutkim. Co istotne, generał nie był ani przedstawicielem prawicy, ani lewicy – był państwowcem, sytuował się raczej w politycznym centrum i nie miał zaplecza partyjnego, które pchałoby go w określoną stronę. Dzięki temu mógł skutecznie użyć instrumentów władzy do wyciszenia nastrojów i uspokojenia Rzeczypospolitej stojącej być może na krawędzi wojny domowej. I rzeczywiście: rząd generała Sikorskiego, choć planowany jako przejściowy, a funkcjonujący niemal pół roku, to zadanie wykonał bardzo dobrze.

W biografii Piłsudskiego napisał pan, że po śmierci Narutowicza „coś w nim pękło”. Co to znaczy?
– To „coś” miało kilka płaszczyzn. Po pierwsze, zabito człowieka szlachetnego i wybitnego: państwowca, który był gotów porzucić wygodne życie na Zachodzie dla niepewnego losu w Polsce i oddać swoje talenty Rzeczypospolitej. Takich było w Polsce niewielu. To jest ta najbardziej elementarna, ludzka płaszczyzna.Druga płaszczyzna dotyczyła myślenia politycznego. Cóż warte jest państwo i naród, który morduje swojego pierwszego, dopiero co wybranego prezydenta? Cóż wart jest naród, który odnosi się do głowy państwa bez elementarnego szacunku, obrzuca ją błotem i nienawiścią? Dla Piłsudskiego prezydent był emanacją majestatu Rzeczypospolitej.
Po zabiciu Narutowicza w Piłsudskim coś pękło do tego stopnia, że według mnie mieliśmy do czynienia z dwoma wcieleniami marszałka: sprzed zamordowania Narutowicza i po tym wydarzeniu.



Może Cię zainteresować.