Grzegorz Piątek: przyglądajmy się architekturze, z której korzystamy na co dzień | 04.12.2025
Chciałbym wszystkich zachęcić do uważnego przyglądania się
tej architekturze, którą ma się na wyciągnięcie ręki, z której korzysta się na
co dzień – powiedział w rozmowie z PAP krytyk architektury, pisarz Grzegorz
Piątek, autor książki „Świątynia i śmietnik. Architektura dla życia”.
Ten tekst przeczytasz za 13 min. 15 s
Grzegorz Piątek. Fot. mat. prasowe Wydawnictwa W.A.B.
W Polsce jest więcej świątyń czy śmietników?
– Tak jak w każdym innym kraju jest więcej śmietników.
„Śmietnik” w tytule mojej książki jest metaforą architektury, która służy
prozaicznym celom. To większość tkanki architektonicznej, która nas otacza -
małe i duże budynki, które obsługują codzienność.
Czy jest coś pomiędzy świątynią a śmietnikiem?
– Oczywiście, całe spektrum, a świątynia i śmietnik to
symbole ekstremów. Z jednej strony jest architektura prestiżowa, uroczysta,
zaprojektowana z dużym wysiłkiem i starannością, a z drugiej - niepozorna,
drobna, często pogardzana i anonimowa. Często - jak w przypadku tytułowej
„świątyni”, która właściwie jest jedynie altaną ogrodową w Łazienkach
Królewskich przypominającą antyczną świątynię - są to budynki bez oczywistej
funkcji.
Czyli pomiędzy są na przykład...
– Budynki oświatowe, żłobki, przedszkola, budynki
mieszkalne, dworce kolejowe. Właściwie między tymi dwoma ekstremami mieści się
cała architektura.
A czy współczesna architektura w Polsce bierze w ogóle pod
uwagę użytkownika? Stara się zaspokoić jego potrzeby?
– Różnie z tym bywa. Napisałem tę książkę między innymi po
to, by zaapelować o projektowanie i budowanie architektury służącej codziennym
potrzebom z taką samą starannością i ambicją jak tej oficjalnej i uroczystej.
Na tym polu widzę duży deficyt, ale nie tylko w Polsce. Ostatnio Stowarzyszenie
Architektów Polskich opublikowało dane, z których wynika, że 98 proc. projektów
zlecanych jako zamówienia publiczne w Polsce jest zlecanych w trybie, w którym
jedynym kryterium jest cena. Oznacza to, że nie bierze się pod uwagę doświadczenia
projektantów ani jakości projektu. To bardzo niepokojące, ponieważ są to
inwestycje z kategorii oświaty, transportu czy kultury. Najbardziej
bulwersującym przykładem są szkoły i przedszkola, w których dzieci - przyszłość
narodu - spędzają przecież wiele godzin dziennie. Wnętrza placówek oświatowych
powinny być dla nich komfortowe, propagować dobre wzorce estetyczne, a
jednocześnie trzymać się przepisów i budżetu. I to jest możliwe, ale trzeba
zmienić podejście. Życzyłbym sobie, żebyśmy upominali się o budynki publiczne
jak najlepszej jakości, ponieważ mają służyć każdemu – młodym i starym, biednym
i bogatym, kobietom i mężczyznom.
„Śmietnik” w tytule mojej książki jest metaforą architektury, która służy prozaicznym celom
Przywołuje pan w książce poglądy jednej z najważniejszych w
Polsce profesorek architektury Haliny Skibniewskiej - że „monumentalizm,
pomnikowość jest dla architektury zagrożeniem”, „w architekturze powinna być
pewna ujmująca zwykłość”.
– Dążenie do pomnikowości prowadzi czasem do ambicji, żeby
zaprojektować coś okazałego, imponującego, tyle że wówczas realne potrzeby
schodzą na drugi plan. Halina Skibniewska, która zaczęła studia
architektoniczne przed wojną, pamiętała przedwojenną tendencję architektury
państwowej do monumentalizmu, często śmiesznego i pompatycznego. Drugim
zagrożeniem dla architektury jest tworzenie jej przede wszystkim dla oczu -
żeby dobrze wyglądała na obrazku. Wszelka powierzchowność jest szkodliwa. W
dzisiejszych czasach, kiedy łatwo rozpowszechnia się wizualizacje i zdjęcia,
łatwo też zapomnieć, że budynki są także dla naszych ciał. Powinny mieć dobrą
akustykę, wygodną komunikację, być czytelne w środku, a schody powinny być
wygodne. Musimy się w nich dobrze czuć, czuć się do nich zaproszeni. W książce
rozmawiam z Dorotą Sibińską i Filipem Domaszczyńskim z xystudio, którzy tworzą
architekturę m.in. dla oświaty. Powiedzieli mi, że chociaż w oświacie zawsze
jest za mało pieniędzy na inwestycje, to radzą, że jeśli szkoła planuje remont,
to należy zacząć nie od malowania i upiększania, ale od poprawy akustyki,
ponieważ to ona jest największym problemem. W szkołach jest dużo pustych,
gładkich powierzchni, przez co dźwięk źle się rozchodzi, a to z kolei powoduje,
że przebywający w niej ludzie są nerwowi, rozdrażnieni i muszą się
przekrzykiwać. To ważny aspekt, którego nie widać na zdjęciu.
Opisuje pan podział na architekturę i budownictwo. Czy jest
on zasadny? Czy pan go stosuje?
– Polemizuję z tym podziałem. Słyszę o nim, odkąd poszedłem
na studia architektoniczne 25 lat temu. Bardzo bym chciał, żebyśmy poważnie
traktowali nie tylko prestiżowe miejsca, zaliczane zwykle do architektury, ale
także te prozaiczne, dla niektórych „niepoważne”, przypadające w tym podziale
budownictwu.
Czy w świecie, w którym wszystko musi mieć wartość, być
spektakularne, wysuwać się na pierwszy plan, da się docenić rzeczy zwyczajne?
– To jest mój cel. Żyjemy w czasach wirtualności. Coraz
więcej spraw załatwiamy przez Internet. W takiej rzeczywistości łatwo
zapominamy, że przestrzenie fizyczne również istnieją oraz że wszystko ma
konsekwencje dla naszych ciał i dla środowiska. Można to rozszerzyć do wymiaru
społecznego. Kiedy mówię o dominacji wirtualności nad materialnością, to nie
mam na myśli tylko przenoszenia wszystkiego do świata cyfrowego, ale także
dominację abstrakcyjnych idei nad konkretem, na przykład podporządkowanie
wszystkiego logice kapitału. Myślę też, że skupienie się na potrzebach naszych
ciał pozwala na bardziej obiektywne mierzenie jakości architektury. To
antidotum na niebezpieczne relatywizowanie wszystkiego oraz na sprowadzanie do
stylu, gustu czy symboli. Jeśli będziemy wprowadzać te kryteria, wracać do
potrzeb ciał w różnym wieku, różnego pochodzenia, różnej płci, różnej
sprawności, zauważymy, że mają one spory wspólny zakres potrzeb.
Okładka nowej książki Grzegorza Piątka. Fot. ARC
Potrzebami, których wirtualnie nie da się zaspokoić, są
potrzeby fizjologiczne. Dlatego pisze pan o toaletach.
– Każdy człowiek, niezależnie od religii, poglądów
politycznych, wieku, ich potrzebuje.
Niektóre projekty toalet publicznych wywołują jednak
kontrowersje. Przykładem jest ta w warszawskim parku Skaryszewskim, krytykowana
za koszt, jaki pochłonęła jej budowa. Znaczy to, że ludzie nie potrafią się
pogodzić nawet w kwestii podstawowych potrzeb. Czy to się kiedyś zmieni?
– Wierzę, że to możliwe, dlatego między innymi napisałem tę
książkę. Przytaczam w niej mało znaną historię o próbie zbudowania w Warszawie
sieci toalet publicznych. Po wojnie odbudowywano szalety szybciej niż zabytki,
urządzano je przy każdej dużej inwestycji, m.in. Trasie W-Z. Niestety wraz z
nastaniem kapitalizmu zaczęto prywatyzować zasoby komunalne - toalety publiczne
przeznaczano na wynajem oraz zaczęto je adaptować do nowych funkcji,
najczęściej gastronomicznych – w dziesiątkach szaletów powstały bary i puby.
Dziś te zmiany są już nie do odwrócenia. Fizjologia i związane z nią potrzeby
różnych płci są tematem tabu. Wydaje mi się, że dlatego ten temat potrafi
wzbudzić takie kontrowersje jak w Warszawie. Oczywiście, każdej władzy trzeba
patrzeć na ręce i pilnować, czy gospodarnie wydaje nasze pieniądze.
Jednocześnie trzeba wziąć pod uwagę, że toaleta prawdziwie dostosowana do
ludzkich potrzeb, a do tego trwała i estetyczna, nie będzie kosztować
kilkudziesięciu tysięcy złotych, ponieważ dzisiaj tyle może kosztować remont
prywatnej łazienki w mieszkaniu. Powszechnie wydaje się, że publiczne toalety
mogą być byle jakie. A ja uważam, że właśnie takie miejsca mogą być kosztowne,
jeśli oznacza to, że są dobrze zaprojektowane, ładne i trwałe. Toaleta
publiczna musi być odporna na intensywne użytkowanie i ewentualny wandalizm.
Musi stać w określonych miejscach, tam gdzie będzie przydatna. W ogóle
architektura publiczna nie powinna być budowana najtaniej, ponieważ w
przyszłości oznacza to duże koszty napraw, konserwacji i sprzątania oraz
częstsze remonty.
Żyjemy w czasach wirtualności
Czy pana książka jest zatem rodzajem manifestu?
– Tak, apeluję w niej o zmianę podejścia do architektury, do
tego, jak jest projektowana, finansowana i czego od niej oczekujemy. Chciałbym,
żeby była zachętą do rozglądania się wokół siebie, dlatego piszę o osiedlu
Górczewska w Warszawie, na którym się wychowałem. Przyglądajmy się miejscom,
które wydają się nieważne, ponieważ nie stoją w centrum, nie zaprojektował ich
nikt sławny albo znajdują się w mniejszych miejscowościach. Przyglądajmy się im
tak samo uważnie jak przestrzeniom reprezentacyjnym i uczmy się je analizować.
Domagajmy się, żeby były traktowane przez samorządowców, planistów, architektów
i wszystkich, od których coś zależy, nie mniej poważnie niż to, co mają
podziwiać turyści.
Pana wcześniejsze książki opowiadały o konkretnych osobach
lub miastach. „Świątynia i śmietnik. Architektura dla życia” wyróżnia się na
ich tle. Przypomina manifest połączony z dziennikiem autorskich refleksji nad
architekturą. Czy to zapowiedź kierunku, w którym będzie pan teraz literacko
podążał?
– To zmiana kierunku przynajmniej na jakiś czas, ponieważ
następną książkę także piszę o współczesności. Poczułem, że potrzebuję odmiany.
Tematy, o których pisałem wcześniej, stale się zazębiały. Wszystkie książki
dotyczyły architektury i polityki mniej więcej pierwszej połowy XX wieku w
Polsce. Zorientowałem się, że nie pamiętam, co już napisałem, które źródła
wykorzystałem, a których jeszcze nie. Ale przede wszystkim od wybuchu pandemii
COVID mam poczucie, że rzeczywistość stała się bardzo niestabilna. Najpierw
wirus zdestabilizował życie, następnie mieliśmy do czynienia z dużą inflacją,
wybuchła pełnoskalowa wojna w Ukrainie oraz doszło do ludobójstwa w Gazie.
Narasta kryzys mieszkaniowy i katastrofa ekologiczna. Nasze spojrzenie na świat
się przewartościowuje, zastanawiamy się intensywnie, jak go urządzić. I czuję,
że gdybym nadal pisał o historii, oznaczałoby to zamknięcie się w wieży z kości
słoniowej, podczas gdy dzisiaj potrzebujemy nowych idei i pomysłów. Zajmowanie
się historią potrafi spowodować, że przegapiamy współczesność i przyszłość.
„Świątynia i śmietnik” ma wręcz osobisty ton.
– Kiedy zajmowałem się zamkniętą epoką czy biografią, miałem
jasno zakreślone granice. W przypadku współczesności tematy są wszędzie
dookoła, a każdy dzień może przynieść nową historię i obserwację. Długo więc
zastanawiałem się, jak dobrać materiał, na czym się skupić. W końcu zdałem
sobie sprawę, że jeśli będę pisał o miejscach, które znam, będzie to
najwiarygodniejsze. Piszę o Warszawie, Trójmieście, Rybniku i Łodzi, ponieważ
jestem albo byłem z nimi związany osobiście. Moim zdaniem tego brakuje w
pisaniu o architekturze. Zazwyczaj są to szybkie opinie na podstawie obrazka
albo jednej wizyty. Ale pisząc książkę, nie muszę się tak spieszyć, mogę wracać
do danych miejsc, patrzeć, jak dana architektura działa, co ludzie z nią robią,
jak żyje. Architektura nie kończy się na projekcie i momencie otwarcia budynku,
na przecięciu wstęgi. Życie, które jest w tytule książki, pisze różne
scenariusze i jest nie mniej ciekawe i niż sama architektura.
Rzeczywiście czytelnik może mieć wrażenie, że czyta
architektoniczny dziennik wypełniony lokalną percepcją.
– Nie miałem takiego zamiaru. Ale w trakcie pracy doszedłem
do wniosku, że jeśli pokażę swoją perspektywę i doświadczenia, to tak będzie
najuczciwiej. Chciałbym tym wszystkich zachęcić do przybrania takiej postawy,
do uważnego przyglądania się tej architekturze, którą ma się na wyciągnięcie
ręki, z której korzysta się na co dzień.
Grzegorz Piątek jest pisarzem, badaczem i krytykiem
architektury, z wykształcenia architektem. Od lat pisze książki, w których
architektura staje się pretekstem do stworzenia literackiej opowieści. Jego
ostatnia publikacja książkowa, „Gdynia obiecana. Miasto, modernizm,
modernizacja 1920-1939” – była poświęcona Gdyni, mieście, które w międzywojniu
miało stać się mekką przedsiębiorców, inwestorów i ludzi spragnionych nowego
życia. Jest również autorem książek „Sanator: kariera Stefana Starzyńskiego”,
„Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944–1949”, „Niezniszczalny.
Bohdan Pniewski. Architekt salonu i władzy” oraz „Starzyński: prezydent z
pomnika”. Otrzymał liczne nagrody, m.in. Nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa
Narodowego, Paszport „Polityki” oraz Nagrodę „Nike” Czytelników za pozycję
„Gdynia obiecana. Miasto, modernizm, modernizacja 1920-1939”.