Czy tłusty czwartek to
rzeczywiście bardzo stara tradycja?
– Bardzo stara. Jeżeli sam post jest
instytucją sięgającą wczesnego chrześcijaństwa, to przygotowanie do niego,
czyli ostatki, ostatni tydzień karnawału, pojawiają się niemal automatycznie.
Skoro przez 40 dni obowiązywały ograniczenia nie tylko w jedzeniu, ale też w
zabawach, tańcach czy spotkaniach towarzyskich, to wcześniej starano się
nasycić życiem na zapas. I z czasem pewne zabawy oraz potrawy stały się
rytuałem.
Dziś tłusty czwartek
często sprowadza się do kartonu pączków w biurze. Jak wyglądały dawniej
ostatki?
– Zdecydowanie bardziej intensywnie.
Ostatni tydzień karnawału był czasem szczególnego rozpasania. Zabawy bywały
nieprzerwane, a uczty obfite. W XVIII w. opisywano je wręcz jako jedno wielkie
pijaństwo. Szlachta potrafiła bawić się dniami i nocami, niekiedy bez powrotu
do domu.
Jednym z symboli tych
zabaw był kulig.
–Tak, ale kulig to
nie tylko jazda saniami. W relacjach z epoki to raczej wędrująca biesiada.
Odwiedzano kolejnych sąsiadów, wyjadano im zapasy, wypijano alkohol, po czym –
w coraz większej grupie – ruszano dalej. Spiżarnie pustoszały, a zabawa
narastała. To był społecznie akceptowany chaos.
Post obowiązywał wszystkich, a dla chłopów był
często jeszcze bardziej dotkliwy. Tym bardziej starali się wykorzystać czas
przed nim. Pojawiały się placki smażone na maśle, które samo w sobie było
luksusem, a także alkohol.
Dlaczego jednak symbolem
karnawału stał się pączek, a nie mięso czy kiełbasa?
– Bo dawny post był znacznie
surowszy niż dziś. Zakazywał nie tylko mięsa, ale też tłuszczów zwierzęcych,
masła i jaj. A pączki – podobnie jak inne smażone ciasta – przygotowywano na
smalcu lub maśle, z dużą liczbą jaj. To była esencja tego, co za chwilę miało
zniknąć z jadłospisu. Jedząc pączki, symbolicznie żegnano się z karnawałem.
Czy dawne pączki
przypominały te dzisiejsze?
– Niekoniecznie. Im dalej spojrzeć
w przeszłość, tym większa różnorodność. Były pączki podobne do racuchów,
smażone płycej, czasem pieczone. Były twardsze, bardziej zbite. Jędrzej
Kitowicz pisał z przesadą, że można nimi było komuś podbić oko. To oczywiście
satyra, ale pokazuje, że nie były tak puszyste jak współczesne.
Jakie nadzienia były
popularne?
– Bardzo różne. Od XVII w.
mamy sporo przepisów. W „Compendium ferculorum” z 1682 r. pączki występują pod
nazwą „pierożków” – drożdżowych, smażonych w głębokim tłuszczu, z nadzieniem z
owoców, m.in. z dzikiego bzu czy róży. W rękopiśmiennych książkach cukierniczych
pojawiają się pączki migdałowe, cynamonowe, z kolendrą, z cukrem lub syropem
cukrowym.
Jakie pączki są najlepsze? Świeże i z dobrym
nadzieniem. Najlepiej domowe, choć to dziś luksus czasu i umiejętności.
Prawdziwa konfitura z róży albo z dzikiego bzu robi ogromną różnicę.
A faworki, czyli chrust?
– Pojawiają się później, ale
szybko też stają się symbolem karnawału. Sama nazwa pochodzi od francuskiego
„faveur” – wstążka – i nawiązuje do ich kształtu. W XVIII i XIX w. zapraszano
na faworki, podobnie jak w Wigilię zapraszano na kutię. To był skrót myślowy
oznaczający całe spotkanie.
Czy chłopi też obchodzili
ostatki?
– Oczywiście. Post
obowiązywał wszystkich, a dla chłopów był często jeszcze bardziej dotkliwy. Tym
bardziej starali się wykorzystać czas przed nim. Pojawiały się placki smażone
na maśle, które samo w sobie było luksusem, a także alkohol. Karczmy tętniły
życiem, bo w poście często je zamykano lub ograniczano sprzedaż.
Zwieńczeniem był śledzik.
– Tak, we wtorek przed Środą
Popielcową. To była ostatnia, bardzo intensywna zabawa. Często kończyła się już
po północy, a czasem – według źródeł – trwała jeszcze kilka dni. Śledź był
symbolicznym przejściem do postu, choć w praktyce bywało, że śledzikową wódeczkę
zagryzano także mięsem.
Dlaczego te obyczaje
zanikły?
– Przede wszystkim zanikł
post jako powszechna praktyka społeczna. Zniknęła kontrola wspólnoty, rytm roku
liturgicznego przestał regulować codzienność. Jedzenie stało się tanie i
dostępne, straciło znaczenie symboliczne. Pączek z dyskontu trudno traktować jak
święto.
Co więc dziś zostało z
tłustego czwartku?
– Przyzwolenie na chwilowe
odstępstwo – od diety, od codziennej dyscypliny. To już nie rytuał wspólnotowy,
lecz indywidualny gest. Z dawnego sensu zostało niewiele, ale sam zwyczaj –
paradoksalnie – przetrwał.
Jakie pączki są najlepsze?
– Świeże i z dobrym
nadzieniem. Najlepiej domowe, choć to dziś luksus czasu i umiejętności.
Prawdziwa konfitura z róży albo z dzikiego bzu robi ogromną różnicę.
A śledzik?
– Klasycznie – w oleju. Gdyby
był w śmietanie, to już grzech ciężki, przynajmniej w dawnym sensie.