Polska odzyskuje w 1918
roku niepodległość po 123 latach zaborów. O wyzwolenie części ziem walka toczy
się przez kolejne lata. Wszystkie te fakty znane są z lekcji historii, ale o
polskiej kuchni tamtego okresu niewiele się w szkołach mówi. Czym się ona cechuje?
– Głodem, biedą, a nawet nędzą. Nie ma mowy o
ucztach i obżeraniu się, raczej o strasznych zniszczeniach wojennych i głodzie.
Trzeba jednak pamiętać o różnicach, które potem trwały przez cały okres
międzywojenny i długo dłużej. Na początku różnice były takie, że Wielkopolska i
Pomorze, czyli ziemie zaboru pruskiego, są o wiele bogatsze. Tam głodu nie
było. Nawet jak była reglamentacja, kary za nieoddawanie masła dla wojska, to
nikt nie głodował. Po powstaniu wielkopolskim, gdy Polska objęła ziemię poznańską,
a potem, w 1920 roku, dzięki armii Hallera z Francji – Pomorze, to te dwa
regiony w dużej mierze żywiły cały kraj. Ziemie polskie pod zaborem rosyjskim i
częściowo Galicja były bowiem bardzo zniszczone. Tereny zaboru pruskiego
natomiast były bogate i wyspecjalizowane w karmieniu Niemiec.
Kim był Piłsudski? To bohater, zesłaniec,
polityk, wojskowy, twórca niepodległości, ale przede wszystkim mężczyzna. W
dawnych czasach mężczyźni się kuchnią nie interesowali, bo kuchnia w dawnym
odbiorze to sprawa błaha, niepoważna, niemęska.
Czym żywiły?
– Co trafiało z
Wielkopolski i Pomorza do innych części II Rzeczypospolitej?– Najprostsze produkty, bo mówimy w zasadzie
nie o kuchni, ale o zaopatrzeniu. Były to więc ziemniaki, mąka, chleb, odrobina
tłuszczu, trochę warzyw. Przed I wojną światową i potem w II RP, gdy sytuacja
się długo uspokajała, były różne specjalizacje: gęsina, baranina i oczywiście
ziemniaki, zboża. Mamy czasopismo „Kuchnia elektryczna” z końca II RP – z lat
1937-1939 – wydawane przez jedną z elektrowni pomorskich w Toruniu. Listopadowy
numer tego periodyku został poświęcony baraninie. Chwali się w nim jakość tego
mięsa na Pomorzu i w Wielkopolsce. Dzisiaj baraniny prawie nie mamy, bo hodowla
owiec długo była przeznaczona na wełnę, a dziś nie mamy wełny, tylko plastik.
Zatrzymajmy się na
początku odradzającej się Polski po 1918 roku. Co jadał jeden z ojców polskiej
niepodległości, marszałek Józef Piłsudski?
– Kim był Piłsudski? To bohater, zesłaniec,
polityk, wojskowy, twórca niepodległości, ale przede wszystkim mężczyzna. W
dawnych czasach mężczyźni się kuchnią nie interesowali, bo kuchnia w dawnym
odbiorze to sprawa błaha, niepoważna, niemęska. Piłsudski miał jednak kucharkę
ze swojego powiatu na Wileńszczyźnie – z powiatu rodzinnego święciańskiego.
Lubił więc kuchnię
przypominającą dzieciństwo, ale co jadał?
– Bez wątpienia odczuwał nostalgię i wracał
dzięki potrawom do czasów dzieciństwa i domu rodzinnego. Lubił słodycze i
bardzo słodką herbatę. To rzecz nie do pomyślenia w zaborach pruskim i
austriackim – tam nawet w najgorszych latach wojennych pito kawę. W zaborze
rosyjskim były natomiast samowary i herbata. Piłsudski lubił ciasto z suszonymi
śliwkami, słodkie bułeczki z cynamonem. Nie lubił natomiast kawy. Mamy książki
kucharskie z Wileńszczyzny, które odtwarzają dawne receptury, i one mówią
właśnie o takim jedzeniu.
Stanisław Grzesiuk opisywał, że został powołany
na ćwiczenia wojskowe z biednej rodziny warszawskiej i pojechał w okolicę
Kołomyi. Gdy zobaczył, co ludzie tam jedzą, był w szoku – mianowicie placki
kukurydziane, nawet nie chleb.
Jaka była ta ówczesna
herbata, którą popijał marszałek?
– Lura z ogromną ilością cukru, taki syrop,
ledwo zabarwiony. Ludzie wtedy często brali do ust kawałek cukru i popijali
herbatą.
Przez lata II RP te
różnice się nieco niwelują.
– Nieco, bo nawet przed samym wybuchem II
wojny światowej są bardzo duże. Stanisław Grzesiuk opisywał, że został powołany
na ćwiczenia wojskowe z biednej rodziny warszawskiej i pojechał w okolicę
Kołomyi. Gdy zobaczył, co ludzie tam jedzą, był w szoku – mianowicie placki
kukurydziane, nawet nie chleb. Gdy chłopi przyjeżdżali po resztki, to żołnierze
je zlewali, myśląc, że to dla świń. A dla tych chłopów to było najwspanialsze
jedzenie, taka tam była bieda. Warszawiacy nawet nie rozumieli, że tacy ludzie
są na świecie.
Jednak przez te 20 lat trochę
więcej mięsa i ryb pojawia się na stołach nawet w biedniejszych regionach.
Wojsko standaryzowało
kuchnię?
– Tak, bo to największa masowa instytucja II
RP. Wydawano nawet książki kucharskie dla wojska, gdzie opisywane były
określone standardy żywienia. Żołnierze sowieccy w 1939 roku nie mogli uwierzyć
w to, że Polacy tyle mięsa dostają w ramach przydziałów w wojsku. Integrację
kulinarną wzmacnia też prasa kobieca w wielkich nakładach, a także właśnie
książki kucharskie. Integruje się też koszerna kuchnia żydowska. Można to
opowiedzieć jednak prościej – na podstawie jednej potrawy.
Armia Hallera miała zupy, mięso, deser,
wspaniałą kuchnię. A jadłospis w koszarach w wojsku polskim w II RP? Na
śniadanie kawa i chleb – 950 gramów, czyli duży bochenek na cały dzień.
Spróbujmy.
– Powiedzmy o flakach. Każdy wie, co to za
zupa, ale niewiele osób wie, że dawniej była to potrawka, a nie zupa. Dopiero
na początku XX wieku rozpowszechnia się rosół z flakami, czyli to, co my
uważamy za flaki. W zaborze pruskim flaki podawano z kiszką z siekanej wątróbki
gęsiej – to symbol luksusu, pewnego bogactwa. Polska była wielkim producentem
gęsiny na niemiecki rynek. Dla Niemców wszystko, co z Polski, było uważane za
prostackie, tylko polska gęś była najlepsza. Do dziś to jest wielka marka w
Niemczech.
A flaki po warszawsku?
– Były z pulpetem, ale nie takim, jaki znamy
dziś, to była rozmoczona bułka zmieszana z najtańszym tłuszczem. W zaborze
austriackim flaki były zawsze podawane z kiszką, ale z kaszy krakowskiej,
ewentualnie częstochowskiej. Do dziś w Krakowie są dumni z ilości kasz. Zamiast
chleba czy bułki używano właśnie kaszy.
Co z rybami?
– Na pewno trzeba wspomnieć o jesiotrach,
wiemy o nich z fotografii z okresu międzywojennego. Jesiotr to ryba wędrowna,
która pojawiała się dwa razy w roku, była ogromna. Dzisiejszy jesiotr hodowlany
nie osiąga takich rozmiarów, bo waży kilka, a nie kilkadziesiąt czy kilkaset
kilogramów. W okresie międzywojennym tej ryby już się nie konserwowało, jadło
się ją na świeżo. Mamy więc wspaniałe przepisy na jesiotra z tamtego okresu.
Jadano też flądry po
kaszubsku. Dzięki dostępowi do morza i rozwojowi kolei, ryby morskie, świeże,
zaczęły się pojawiać w kraju.
Powiedzmy jeszcze na
koniec o menu wojska, takim dziennym jadłospisie.
– Armia Hallera miała zupy, mięso, deser,
wspaniałą kuchnię. A jadłospis w koszarach w wojsku polskim w II RP? Na
śniadanie kawa i chleb – 950 gramów, czyli duży bochenek na cały dzień. Na
obiad zupa fasolowa, pieczeń wołowa, ziemniaki z sosem cebulowym. Mięsa 250
gramów, czyli całkiem sporo. Na kolację natomiast kluski ze słoniną i kawa.
Może dla nas dziś byłoby to mało urozmaicone, ale był to wzorzec
standaryzowany, sposób na ujednolicanie kuchni. Z mnogości potraw po okresie
zaborów wybierane są niektóre, część została z nami po dziś dzień. Pokazaliśmy
to w jednym z odcinków serialu „Historia kuchni polskiej”.