Kucharka to pani wyuczony zawód?
– Tak, choć zupełnie przypadkowo zostałam kucharką. Nie dostałam się do Średniej Szkoły Zdrowotnej i poszłam do zawodówki we Frydku-Mistku. W tamtych czasach był osobny kierunek kucharka dla stołówek szkolnych. Skończyłam go i w wieku osiemnastu lat podjęłam pracę w kuchni w gródeckiej szkole.
I została w niej pani aż do emerytury…
– Tak, to było moje pierwsze i jedyne miejsce pracy. Mieszkam w Gródku, chodziłam tu do przedszkola i szkoły, widzę ten budynek z okna domu. I nie żałuję ani jednego dnia, który tu przepracowałam, choć nie spełniło się moje marzenie, by zostać pielęgniarką na pediatrii. Najważniejsze dla mnie było to, aby pracować z dziećmi. Wprawdzie ich nie leczyłam, ale za to karmiłam. Spotykałam je codziennie nie tylko w stołówce, ale też na korytarzu i przy innych okazjach. Przychodziły do kuchni z cukierkami, gdy miały urodziny, z drobnymi upominkami – cukierkiem czy kwiatkiem, kiedy kończył się rok szkolny. Cieszę się na emeryturę, ale dzieci będzie mi brakowało, bo przyrosły mi do serca.
Pracowała pani w małej stołówce, gdzie gotowane są obiady tylko dla szkoły z klasami pierwszego stopnia i dla przedszkola. Rozumiem, że w takich warunkach można było gotować „po domowemu”?
– Tak, to jest taka „domowa” kuchnia. W tym roku szkolnym gotowałyśmy z koleżanką obiady dla 87 osób – przedszkolaków, uczniów i pracowników. Teraz, przez pierwsze dwa tygodnie wakacji, już tylko dla przedszkola. Nie możemy się porównywać do dużych stołówek – ani pod względem liczby stołowników, ani też nowoczesnego wyposażenia. Ale mała kuchnia stwarza możliwości gotowania niemal jak w domu. Starałam się tak właśnie gotować.
Chociaż w małej stołówce nie ma najnowocześniejszych urządzeń, to jednak z pewnością wiele się zmieniło od czasów, gdy pani rozpoczynała pracę?
– Oczywiście. Na przykład ziemniaki obierałyśmy ręcznie, teraz jest robot, który to robi za nas. Jest także maszyna do ugniatania dużej ilości ciasta i inne sprzęty, podobne do tych, których używamy w domu, tylko większe. Dawniej trzeba było ręcznie zmywać wszystkie naczynia, teraz jest zmywarka.
Stołówki szkolne obowiązują normy żywieniowe, przepisy sanitarne i tak dalej. Zgodnie z nimi trzeba układać jadłospis. To było pani zadanie?
– Tak. U nas był taki podział: koleżanka była kierowniczką kuchni, a zarazem pomagała mi w gotowaniu. Ja byłam kucharką i układałam jadłospisy. Mam w tym duże doświadczenie. Wspomagamy się książkami, szukamy nowych przepisów w Internecie, z tym, że oczywiście musimy je dostosować do norm i warunków szkolnych. Ale podstawą są tradycyjne dania.
Fundusze, które stołówka może wydać na zakup surowców, są z pewnością ograniczone. Udaje się zmieścić w tych kwotach?
– Nie zawsze, ale robiłyśmy tak, że jeżeli w jakimś dniu przekroczyłyśmy koszty, to innym razem był tańszy obiad. A kiedy nam zostały pieniądze, robiłyśmy domowe wypieki albo dawałyśmy dzieciom dodatkowe owoce. Z tym jest właśnie problem, że należy dawać dzieciom dużo owoców i warzyw, a to nie jest tanie.
Normy dla stołówek się zmieniają?
– W pewnym stopniu tak. Dzisiaj kładzie się nacisk na dużą ilość świeżych jarzyn, owoców, mleka i przetworów mlecznych. Mamy tak zwany koszyk konsumenta, w którym to jest określone w procentach. Musimy się do niego dostosować. Podajemy dzieciom świeże jarzyny albo w formie sałatek, albo pokrojone na półmisku, wtedy dzieci mogą sobie wybrać, co lubią.
Pozna pani, które dziecko jest w domu przyzwyczajone do zdrowych i różnorodnych posiłków, a które nie?
– Tak, bardzo dobrze do widać. Jeżeli dziecko czegoś nie je w domu, to nie je tego także w szkole. Są dzieci, które pochłoną wszystko, od A do Z. I są takie, którym wiele rzeczy nie smakuje.
Jak często musi pojawić się na talerzu mięso?
– Zwykle mamy mięso trzy – cztery razy w tygodniu. W piątki miewamy albo słodkie dania, albo jarzynowe, staramy się także podawać ryby, na te również kładziony jest dziś nacisk w normach dla stołówek. Niestety dzieci nie bardzo je lubią. Zjedzą ewentualnie rybę smażoną albo opieczoną na maśle i kminku, ale już zapiekanka z ryby im nie smakuje. Tymczasem od 2026 roku w koszyku konsumenta dla stołówek szkolnych ma być jeszcze więcej ryb i jarzyn.
Jakie dania cieszą się największą popularnością wśród uczniów?
– Zupa pomidorowa, sos pomidorowy, makaron – ten dzieci mogłyby jeść codziennie. Lubią mięso mielone, różne – jak się u nas mówi – „faszyrki”. Z dodatków do mięsa chyba dopiero na ostatnim miejscu plasują się ziemniaki, dzieci wolą ryż. Są takie dania, o których wiemy, że będzie się ustawiała kolejka po dokładkę. Próbujemy czasem wprowadzać coś nowego, ale nasi stołownicy wolą klasyczne, sprawdzone rzeczy.
Jakie gatunki mięsa podawane są w stołówce?
– Gotujemy mięso wołowe, wieprzowe, drób. Dzieci najmniej lubią wołowinę. Zjedzą ją w formie gulaszu, pokrojoną w kostkę, gorzej, gdy dostaną większy kawałek mięsa.
Z moich lat szkolnych pamiętam, że mięso wołowe było najczęściej twarde i żylaste. Obecnie kupuje się chyba do szkół wołowinę lepszej jakości?
– Ja oczywiście również pamiętam tamte czasy… Obecnie kupujemy mięso z prywatnej rzeźni, bardzo dobre, praktycznie niczego nie trzeba z niego usuwać. A jeżeli coś się znajdzie, to zaraz to odkroję, bo wiem, że dzieci tego nie zjedzą. Również jarzyny mamy zawsze świeże. Surowce mamy naprawdę dobrej jakości. Z tym nie ma problemu.
Jak wyglądał pani typowy dzień roboczy?
– Zaczynałam pracę o szóstej. Najpierw zajęłam się mięsem, bo wiadomo, że jego przygotowanie trwa najdłużej. O siódmej szłam do sklepu po sprawunki. Większość produktów przywożą nam dostawcy, ale dokupywałam różne drobne rzeczy i świeże pieczywo na śniadanie dla przedszkolaków. Koleżanka przygotowywała śniadanie dla przedszkola. Później gotowałyśmy zupę, ziemniaki czy inne dodatki, tak, aby na 10.30 obiad był gotowy, ponieważ później wozi się już obiady do przedszkola. Koleżanka tam wydawała obiady, ja w szkole. O godz. 14, kiedy wszystko było już posprzątane, kończyłam pracę.
Dzisiaj jest coraz więcej dzieci z ograniczeniami dietetycznymi, na przykład z nietolerancją glutenu, laktozy i tak dalej. Miała pani takie przypadki?
– Jest tu chłopiec z cukrzycą, trzeba mu ważyć słodkie posiłki, i dziewczynka z alergią na mleko. To jest większy problem, ale do rozwiązania. Na przykład sos dla niej oddzielam i nie dodaję do niego mleka czy śmietany. W ramach naszych możliwości staramy się wyjść naprzeciw dzieciom z ograniczeniami zdrowotnymi, lecz nie mamy warunków, aby gotować osobne posiłki dla jakiejś grupy dzieci, na przykład z nietolerancją glutenu.
W domu pani także gotuje?
– No tak, muszę! (Śmiech). Mój mąż Paweł wprawdzie bardzo lubi gotować, ale latem ma mało czasu. Dlatego teraz ja gotuję, a zimą przeważnie on. Zmieniamy się i uzupełniamy. Oboje gotujemy niewymyślne, tradycyjne dania, jak to na „dziedzinie”. Mamy baraninę, własne jarzyny, ziemniaki – jesteśmy w dużym stopniu samowystarczalni.
Kiedy je pani poza domem, gdzieś w restauracji, na urlopie, patrzy pani na posiłki okiem kucharki?
– Tak i czasem sobie mówię, że to można było zrobić inaczej, ale lubię także skosztować coś nowego, zainspirować się inną kuchnią.