środa, 19 czerwca 2024
Imieniny: PL: Gerwazego, Protazego, Sylwii| CZ: Leoš
Glos Live
/
Nahoru

Futbol to miłość na całe życie | 06.04.2019

Miłość do piłki zaszczepił we mnie ojciec. Życia bez futbolu nie umiem już sobie wyobrazić – powiedział w rozmowie z „Głosem” Bronisław Schimke, laureat prestiżowej nagrody Václava Jíry przyznawanej przez FAČR (Związek Piłkarski Republiki Czeskiej). 

Ten tekst przeczytasz za 5 min. 15 s
Bronisław Schimke odbiera nagrodę na gali w Brzewnowskim Klasztorze w Pradze. Fot. FAČR


Długoletni działacz piłkarski związany z regionalnymi klubami, a także drużyną oldbojów Orły Zaolzia, odebrał nagrodę we wtorek w Brzewnowskim Klasztorze w Pradze. 

 

Gratuluję nagrody i od razu zapytam, jak się czujesz w tym zacnym gronie odznaczonych?
– Dziękuję za gratulacje. Sporo znajomych dzwoniło już do mnie z gratulacjami i z podobnym pytaniem. W towarzystwie zasłużonych działaczy i trenerów piłkarskich o mało nie zjadła mnie trema, ale to chyba normalne. Czuję się świetnie. Od razu po powrocie z Pragi wziąłem się ostro do roboty. Nagroda to fajna rzecz, ale na chwilę obecną najważniejszą sprawą dla mnie jest sprawnie działający klub, w którym się udzielam na co dzień. W Slavii Orłowa spędzam sporo czasu. Nie tylko weekendy zarezerwowane na mecze w ramach IA klasy (szósta liga – przyp. JB), ale też robocze dni. Jednak nie narzekam. Miłość do piłki zaszczepił we mnie ojciec. To miłość na całe życie. 

Pamiętasz ten pierwszy moment, w którym serce zaczęło mocniej bić, a ty wiedziałeś, że to rodzi się miłość do futbolu na całe życie?
– Oczywiście. Ojciec zabrał mnie w Ostrawie na mecz Banika ze Spartą Praga. Kiedy zobaczyłem, jak piłkarze Sparty wbiegają na murawę w tych swoich efektownych czerwonych dresach, wiedziałem, że teraz już nic nie będzie takie, jak wcześniej.
 
Możemy chyba zdradzić naszym czytelnikom, iż od tamtego momentu jesteś wielkim fanem Sparty Praga?
– Dokładnie. W naszym regionie zwykło się kibicować Banikowi, a z praskich zespołów ewentualnie Slavii, która zawsze uchodziła za taki trochę intelektualny klub, a Sparta działa w tym regionie jak czerwona płachta na byka. Jestem jednak dumnym kibicem Sparty i tak już pozostanie. Cieszę się, że mój syn Robert nie tylko odziedziczył po mnie miłość do futbolu, ale sam też jest zagorzałym fanem klubu z Letnej. To znak firmowy rodziny Schimków. 

Ostatnio spotkałem cię na pierwszoligowym meczu pomiędzy Karwiną a Banikiem Ostrawa. Przypuszczam, że pojawiłeś się na stadionie z powodu nowego trenera Karwiny, Františka Straki…
– Nie mogłem zaprzepaścić takiej okazji. Franz Straka to ikona Sparty, jeden z najlepszych obrońców w historii czeskiego futbolu. Kiedy dotarła do mnie informacja, że Straka obejmie stery ratującej się przed spadkiem Karwiny, byłem wniebowzięty. Twierdzę, że Karwina wreszcie znalazła szkoleniowca z prawdziwego zdarzenia. Jeśli jest ktoś, kto potrafi uratować zespół przed spadkiem, to jest nim właśnie Franz Straka. Niesamowita wręcz charyzma, doświadczenie, to wszystko i znacznie więcej przemawia na jego korzyść. Po zwycięskim spotkaniu z Banikiem (2:0 – przyp. JB) Franz przez piętnaście minut przyjmował gratulacje na murawie, a po przyjściu do szatni piłkarze zgotowali mu owacje na stojąco. Zresztą w swojej karierze piłkarskiej miałem szczęście do charyzmatycznych kolegów i trenerów. Jednym z nich jest Jan Zolich, trener naszej drużyny oldbojów Orły Zaolzia. Zdradzę, że Jasio kilka lat temu również otrzymał nagrodę Václava Jíry. W tak wąskim gronie, jaki mamy w Orłach, to w zasadzie ewenement na skalę światową. 

Przez większą część życia jesteś związany z naszymi regionalnymi klubami. Przez dwa lata udzielałeś się jednak również w morawskim klubie TJ Hrušky. Czy do pracy poza Zaolziem przekonały cię tamtejsze winnice?
– Hrušky to malownicza miejscowość na Południowych Morawach, w okolicach Brzecławia. Wino uprawiają tam rewelacyjne, bez dwóch zdań. Pod względem piłkarskim spędziłem tam fajne dwa lata. Nie było takiej nerwówki, jak w naszych zaolziańskich warunkach, gdzie zespoły, działacze i trenerzy znają się na wylot. W barwach drużyny występował mój syn Robert, a więc to były takie rodzinne wojaże, a dokładnie dwuletnie wczasy w „morawskiej Toskanii”.

Obecnie zajmujesz się bardziej prozaicznym futbolem w szóstoligowej Slavii Orłowa. Jakie są plany zespołu w rewanżowej rundzie?
– Wciąż nie rezygnujemy z awansu, aczkolwiek strata do prowadzącej Bystrzycy wynosi po weekendzie dwanaście punktów. W Orłowej futbol zawsze cieszył się dużą popularnością, a więc to dla nas sprawa honoru, żeby przywrócić blask tej drużynie. Po spadku do IA klasy w Slavii wiele się zmieniło. Przyszli nowi piłkarze, stawiamy między innymi na młodzież. I konsekwentnie realizujemy nasze ambitne założenia.  

Jesteś też sekretarzem Powiatowego Związku Piłki Nożnej. Dla wielu futbol na najniższym szczeblu rozgrywek to zabawa dla wieśniaków. Ty na pewno nie podzielasz tych opinii...
– To faktycznie zabawa, ale bez negatywnych konotacji. Po prostu przychodzisz po pracy do domu, zdejmujesz garnitur lub ubranie robocze i idziesz na trening. A w soboty i niedziele dla frajdy grasz w piłkę. To często ostatnia okazja dla byłych wyczynowych piłkarzy, żeby pograć w piłkę już nie dla pieniędzy, a samej przyjemności. Na meczach panuje specyficzna, rodzinna atmosfera, zupełnie odmienna od atmosfery podczas pierwszoligowych spotkań. 

 

Rozmawiał Janusz Bittmar



Może Cię zainteresować.