poniedziałek, 15 kwietnia 2024
Imieniny: PL: Adolfiny, Odetty, Wacława| CZ: Anastázie
Glos Live
/
Nahoru

Muszę uzbroić się w cierpliwość | 03.07.2019

Jestem z powrotem w tym peletonie i zrobię wszystko, żeby wrócić do formy sprzed dwóch lat – powiedziała w rozmowie z „Głosem” Kamila Lićwinko, brązowa medalistka lekkoatletycznych mistrzostw świata w Londynie 2017 w skoku wzwyż. Polka na międzynarodowym ostrawskim mityngu Złote Kolce (Zlatá tretra) zaliczyła swoją najlepszą próbę w tym sezonie, ale wynik 192 cm wystarczył tylko na zajęcie piątego miejsca. 

Ten tekst przeczytasz za 3 min. 15 s
Kamila Lićwinko podczas tegorocznego mityngu "Złote kolce" w Ostrawie. Fot. Michał Chwieduk

Tryskasz humorem, jesteś uśmiechnięta. Rozumiem, że wynik 192 cm w dopiero drugim starcie w tym sezonie, dobrze rokuje na najważniejszą część sezonu, wrześniowe mistrzostwa świata w Dosze?
– Dzięki, że zauważyłeś, że jestem uśmiechnięta. Bo wszyscy mówią mi, że jestem ostatnio bardzo zestresowana. Do Ostrawy przyjechałam prosto z Chorzowa, gdzie niestety spisałam się fatalnie w Memoriale Janusza Kusocińskiego. Sama nie wiedziałam, czego się spodziewać po powrocie z urlopu macierzyńskiego, ale wynik z Chorzowa na pewno nie poszedł w świat. Byłam zła na siebie, gdyż liczyłam przynajmniej na minimum przyzwoitości, czyli 191 cm. W Chorzowie dobrze mi poszło tylko na wysokościach 182 i 187, tam skakałam bez zrzutki. Niestety zacięłam się na 191 cm. 

W Ostrawie już było znacznie lepiej. Niewiele zabrakło ci do minimum zapewniającego przepustkę do mistrzostw świata w Dosze. A dokładnie to dwóch centymetrów…
– Tak, zabrakło niewiele, ale to zarazem największy plus mojego startu tu w Ostrawie. Lubię ten mityng, bo zawsze czuję wsparcie ze strony kibiców. W Ostrawie nie dopinguje się wyłącznie największych gwiazd, tutejsza publiczność zna się na lekkiej atletyce i to wartość dodana tej imprezy. Jak mówisz, 194 cm to klucz do sukcesu w tym sezonie. Rywalki skakały na większym luzie, lepiej ode mnie, ale po raz pierwszy w tym roku mogę być zadowolona ze swojego występu. Nie zabrałam ze sobą do Ostrawy mojego męża i zarazem trenera Michała, który opiekuje się córką. Gdyby byli tu ze mną, kto wie, jak potoczyłyby się losy tej rywalizacji. Naprawdę niewiele zabrakło mi do podium. Rosjanka Maria Lasitskene była dziś ponownie poza zasięgiem, ale z resztą zawodniczek można było walczyć do końca. 
 


Które części ciała najbardziej bolą po powrocie do wyczynowego sportu?
– Wszystkie (śmiech). Jesienią urodziłam Hanię i to mój największy sukces w życiu. Bolą pierwsze treningi po powrocie, a także, jak się przekonałam w Chorzowie, pierwsze ostre starty. Łatwo nie było też podczas zgrupowania kondycyjnego w Belek, na którym doznałam lekkiej kontuzji łydki. Pod względem technicznym niewiele straciłam. Jak widać, techniki się raczej nie zapomina. Gorzej z dynamiką na odbiciu, a także techniką biegu. To wszystko musi się unormować, muszę uzbroić się w cierpliwość. 

Jak wyglądają twoje codzienne treningi po nieprzespanej nocy? Sam mam w domu roczną córeczkę, a więc mam lekkie rozeznanie w temacie…
– Nie jest łatwo, ale jakoś sobie radzę. Radzimy sobie zresztą wspólnie z Michałem. Mąż też często wstaje do dziecka, jesteśmy więc takim zgranym zespołem. Oczywiście zarwane noce źle wpływają na ogólne samopoczucie podczas treningów, ale nie narzekam. Z kondycją fizyczną jest coraz lepiej. Pozostaje więc mieć nadzieję, że dobre wyniki też szybko wrócą. Przede mną teraz krótka przerwa, nie wystartuję w kilku najbliższych mityngach w Europie. Nastawiam się na spokojne treningi. 



Może Cię zainteresować.