poniedziałek, 15 lipca 2024
Imieniny: PL: Henryka, Igi, Włodzimierza| CZ: Jindřich
Glos Live
/
Nahoru

Pisze o zmieniającym się życiu  | 01.01.2022

Przed Bożym Narodzeniem opuścił drukarnię zbiór gwarowych opowiadań Ewy Szczerbowej, czyli Jewki Trzynczanki, pt. „Jako się tyn żiwot zmiynio”. Przy stole zastawionym świątecznymi wypiekami rozmawiamy z panią Ewą o życiu dawniej i dziś, o jej twórczości i autentycznej gwarze z jej rodzinnego Piosku.

Ten tekst przeczytasz za 3 min.
Ewa Szczerbowa ze swoją książką. Fot. DANUTA CHLUP

Od lat publikuje pani gwarowe opowiadania w „Trzynieckim Hutniku”. Teraz doczekała się pani debiutu książkowego. Co skłoniło panią do pisania?

– Felietony do „Hutnika” zaczęłam pisać w 2007 roku. Zainspirował mnie Ostravak Ostravski, który posługiwał się ostrawskim żargonem. Powiedziałam sobie, że ja również mogłabym spróbować pisania w mojej rodzinnej gwarze, jaką zapamiętałam z czasów dzieciństwa w Piosku. Dzięki przychylności ówczesnego redaktora naczelnego „Hutnik” zaczął je publikować. Już od czternastu lat ukazują się regularnie co tydzień. Jestem za to bardzo wdzięczna. A piszę to wszystko po to, aby zachowała się nasza autentyczna gwara.

Książka „Jako się tyn żiwot zmiynio” zawiera felietony z „Hutnika” czy także inne?

– I jedne, i drugie. W sumie mam ich ok. 700, do książki wybrałam ok. 140. Poruszają bardzo dużo tematów. Jest tam moje dzieciństwo, mój dom rodzinny, to, jak kiedyś żyliśmy i jak żeśmy się bawili. Przed 80 laty, kiedy się urodziłam i w czasach mojego dzieciństwa, podczas wojny i tuż po niej, żyliśmy zupełnie inaczej niż dziś. Od wiosny do jesieni biegaliśmy boso, do szkoły chodziłam jeszcze z tabliczką i rysikiem. Nie było elektryczności – u nas w Piosku wprowadzono ją dopiero w 1948 roku i to było wtedy dla nas ogromne przeżycie. Do tej pory świeciliśmy lampami naftowymi, które u nas nazywano latarniami. O nich też piszę w mojej książce. Kiedy doprowadzono prąd, miałam dziesięć lat. Nazwałam wtedy te latarnie „bachratymi łopicami”. Pochowałam je w przekonaniu, że już nigdy nie będą potrzebne. A jednak się później jeszcze nie raz przydały!

Jak się pani udało uchować dawną, autentyczną gwarę z Piosku?

– Przyznam się, że nie mówię już taką samą gwarą, jaką mówiliśmy w domu, ponieważ od dziesiątek lat mieszkam w Trzyńcu. W Piosku w czasach mojego dzieciństwa się „sipało” – używało się „ś” zamiast „sz”. Ja już tak nie mówię. Ale zapamiętałam tamtą mowę. Czasem przypomni mi się jakieś stare słowo, o którym już zapomniałam, wtedy od razu je zapisuję. Nawet w nocy. Wczoraj przyszły mi na myśl „giczale”. Pani Danuto, wie pani, co to takiego?

Nie mam pojęcia.

– Nogi. Mówiło się na przykład, że „ukazowała sagi giczale” – czyli pokazywała gołe nogi. Albo taka rzecz. U nas na wsi dzieci zwracały się do wszystkich dorosłych „ujec” i „ciotka”. Kiedy jako piętnastolatka rozpoczęłam pracę w hucie, pozdrowiłam starszą panią „Dziyń dobry, ciotko”. A ona się oburzyła: „Jo ci dóm, smarkoczu, jo ni ma żodno ciotka do ciebie!”. Zrobiłam się czerwona ze wstydu. Bywało też odwrotnie. Po latach, gdy mieszkałam już w Trzyńcu, zwróciłam się do sąsiadki z Piosku: „Dziyń dobry pani. Jak sie pani powodzi?” Odpowiedziała mi: „Jako paniczka? Jużeś zapómniała, jako sie tu mówi?”

Cały wywiad w ostatnim, papierowym wydaniu gazety. 



Może Cię zainteresować.