poniedziałek, 15 lipca 2024
Imieniny: PL: Henryka, Igi, Włodzimierza| CZ: Jindřich
Glos Live
/
Nahoru

To jest wojna, na której nie ma miejsca na dyskusje | 21.03.2020

Jolanta Kosowska pochodzi z Wrocławia. Od kilkunastu lat mieszka i pracuje w Dreźnie. Jest lekarką i pisarką, autorką książek obyczajowych. W wywiadzie dla „Głosu” dzieli się informacjami o obecnej sytuacji w Niemczech, mówi o lęku pacjentów i o własnych obawach.

Ten tekst przeczytasz za 8 min. 45 s
Jolanta Kosowska. Fot. ARC

Niemcy należą do krajów z dużą liczbą zarażonych osób. Instytut Roberta Kocha mówił w środę blisko 10 tys. potwierdzonych przypadków. W Saksonii, gdzie pani mieszka, było ich na razie „tylko” około 250. Czy Saksonia przygotowuje się na wzrost liczby chorych?

– Wszystko zmienia się bardzo dynamicznie. Każdy kolejny dzień przynosi coś nowego. To my podporządkowujemy się temu, co nam dyktuje pandemia i próbujemy do tego dostosować nasze działania. Liczba chorych rośnie i dalej tak będzie. Przygotowujemy się na tę sytuację. W ubiegłym tygodniu pracowaliśmy w przychodni jeszcze normalnie, tak jak zawsze. Od poniedziałku zmieniło się wszystko. Odwołaliśmy wszystkie terminy wynikające z rutynowych kontroli przeprowadzanych u pacjentów przewlekle chorych, do minimum skróciliśmy czas oczekiwania chorych w poczekalni, znacznie zwiększyliśmy liczbę porad udzielanych przez telefon. Diametralnie wzrosła liczba wizyt domowych. Dotyczy to szczególnie wizyt u osób z grup ryzyka – ludzi starszych, pacjentów przewlekle chorych. Szpitale zwiesiły operacje planowe. Istnieje zakaz odwiedzania pacjentów w szpitalach i domach opieki społecznej. Pacjenci, u których zachodzi podejrzenie infekcji dróg oddechowych wywołanej przez koronawirus, nie są przyjmowani przez lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej. Są diagnozowani i leczeni w specjalnym ambulatorium stworzonym przy szpitalu klinicznym. Tam też są wykonywane testy diagnostyczne. Jeden z drezdeńskich szpitali jest w pełni przygotowany do leczenia pacjentów wymagających hospitalizacji z powodu ciężkiego przebiegu zakażenia koronawirusem. Tak jak zawsze nasi pacjenci objęci są całodobową opieką lekarzy rodzinnych. Po zamknięciu poradni, od godziny 19.00, rozpoczyna się dyżur wyjazdowy, który trwa do 7.00. Drezno podzielone jest na osiem obszarów. W każdym z nich dyżuruje jeden lekarz. Oczywiście równolegle zapewniona jest opieka pogotowia ratunkowego. Na razie to wystarcza.

Liczba ofiar śmiertelnych w Niemczech (w środę było ich 26) jest bardzo niska w porównaniu choćby z Włochami. Może to zasługa wysokiego poziomu niemieckiej służby zdrowia i typowego dla Niemców umiłowania porządku?

– Coś w tym jest, niemiecki pacjent należy do zdyscyplinowanych, a otaczająca rzeczywistość jest pedantycznie poukładana prawie w każdym szczególe. Ten ład, porządek i biurokracja bywają na co dzień męczące i nudne, ale w ciężkich sytuacjach dają poczucie stabilności i bezpieczeństwa, ułatwiają życie. Wszystko jest jasne, zrozumiałe, przemyślane i klarowne. Jestem w Niemczech od czternastu lat. Początkowo zaskakiwało mnie, że pacjenci dostosowują się do wszystkich zaleceń lekarskich. Nie dyskutują, nie kombinują, nie rozkładają każdego słowa na sylaby, a sylab na litery, nie szukają alternatywnych rozwiązań i nie idą w poszukiwaniu nie wiadomo czego do kolejnych lekarzy, żeby na końcu stracić zaufanie do wszystkich. W Niemczech pacjent ufa lekarzowi. Takich pacjentów leczy się dużo łatwiej, również w tej szczególnej sytuacji.

Jak konieczność stawienia czoła epidemii wpłynęła na pani pracę? Opiekuje się pani m.in. seniorami, a ci są najbardziej zagrożeni...

– Pracuję więcej niż zwykle. Mam zdecydowanie więcej wizyt domowych. Nie chcę, żeby moi pacjenci z grup ryzyka przychodzili do przychodni. Media nagłaśniają zagrożenia i tak powinno być, ale to potęguje lęk, niepewność i strach. Dużo mówię i tłumaczę. Staram się wesprzeć i pomóc. Nie jest mi łatwo. W domu mam niepełnosprawnego synka i 86-letnią mamę. Oboje należą do grupy ryzyka. Boję się, że zachoruję i ich zarażę. To byłaby katastrofa.

Jakie zarządzenia obowiązują w tej chwili w Niemczech w związku z epidemią? Co zostało ograniczone?

– Poczynając od 10 marca każdy dzień przynosi nowe ograniczenia. Wiele zmian przyniósł czwartek 12 marca. W Saksonii zostały odwołane wszystkie koncerty, teatry drezdeńskie oraz Semperoper zaprzestały wystawiania przedstawień, zawieszono działalność Pałacu Kultury. To zauważyli już wszyscy. Drezno słynie z koncertów i przedstawień. Czechy zamknęły granice dla obywateli Niemiec i zostały wstrzymane połączenia kolejowe między Saksonią a Czechami. Myślę, że to był przełomowy dzień, kiedy każdy zaczął rozumieć, że dzieje się coś bardzo niepokojącego, złego, niebezpiecznego. Ale to był dopiero początek. 16 marca zniesiono obowiązek szkolny – na chwilę obecną do 19 kwietnia. W Saksonii zamknięto prawie wszystkie obiekty publiczne. Nie działają place zabaw, bary, kluby, dyskoteki, wystawy, kasyna, obiekty sportowe, basen, biblioteki, kina. Wyjątkiem są restauracje, które mogą działać od 6.00 do 18.00. Plan jazdy pociągów został zredukowany. Autobusy miejskie jeżdżą rzadziej. Drezdeńczycy zaczęli unikać komunikacji miejskiej. Po mieście jeżdżą prawie puste autobusy i tramwaje. Ci, którzy muszą się przemieszczać, jeżdżą samochodami, rowerami, chodzą na piechotę. W niedzielę 15 marca Niemcy zamknęły granice.

Jak Niemcy przyjęli ograniczenie swojej wolności?

– Niemcy z pełnym zrozumieniem przyjmują ograniczenia. Nie dyskutują. Nie żalą się. Jeden starszy pacjent powiedział do mnie: „Pani doktor, to jest wojna, na której nie ma miejsca na dyskusje i użalanie się nad sobą. My albo on. Wszystko inne się nie liczy. Wierzę, że jeszcze kiedyś pójdziemy do Semperoper i pojedziemy na wakacje na Majorkę”.

Jakie nastroje panują w społeczeństwie? Pacjenci dzielą się z panią swoimi obawami?

– Jeszcze przed kilkunastoma dniami życie toczyło się normalnie. Siedziałam w salonie fryzjerskim i mimo woli słyszałam rozmowy. Rozmawiano już o problemie, ale wydawał on się jeszcze czymś nienamacalnym, odległym, prawie egzotycznym Ta epidemia była w Chinach, Korei, Włoszech czy Francji… Współczuliśmy innym. Tutaj wydawało się jeszcze cicho, dobrze i szczęśliwie. Przynajmniej tak myślała duża część społeczeństwa. Pierwszy przypadek w Niemczech stwierdzono 28 stycznia, pierwszy w Saksonii dwa tygodnie temu. Początkowo wydawało się, że problem dotyczy tylko tych, którzy wrócili z ferii spędzanych na nartach w północnych Włoszech i stokach we Francji. Na początku ub. tygodnia obiegła kraj wiadomość o pierwszym zgonie na terenie Niemiec pacjenta zainfekowanego koronawirusem. Nagle zrobiło się znacznie bardziej poważnie. Dzisiaj zainfekowanych jest ponad 9 tys. osób w całych Niemczech, 247 na terenie Saksonii, 40 w samym Dreźnie. Pojawiły się kolejne zgony. Żarty zastąpiły niepokój, lęk, obawa i strach. Coraz częściej pacjenci chcą o tym rozmawiać. Młodzi ludzie mówią o ograniczeniach, które dezorganizują im życie, o trudnościach ze zorganizowaniem opieki nad dziećmi, koniecznością odwoływania zarezerwowanych już wcześniej wyjazdów na wakacje, lotów i rejsów, o konieczności pracy w domu, o przejściowych trudnościach z zaopatrzeniem. Starsi ludzie boją się śmierci. Dzisiaj w ciągu dwunastu godzin pracy rozmawiałam przez telefon z ponad pięćdziesięcioma osobami. Jedna kobieta w rozmowie powiedziała, że ma wrażenie, że to jest jakiś koszmarny sen, że trzeba się z niego tylko obudzić, że to nie może dziać się naprawdę…

Polacy mieszkający w Dreźnie wracają do Polski, czy zostają? Jakie jest pani zdanie, z punktu widzenia epidemiologicznego, na temat masowych powrotów do kraju osób mieszkających za granicą?

– Nie da się wszystkiego rzucić i nagle wracać. To może zrobić ktoś, kto przyjechał tutaj na chwilę. W Saksonii jest dużo Polaków. Większość z nich żyje tutaj już od kilkunastu lat, odkąd Polska weszła do Unii. Tutaj jest ich dom. Nie da się w ciągu krótkiego czasu pozałatwiać wszystkich spraw i wyjechać, rzucić wszystko i uciec. Dzisiaj (w środę – przyp. red.) na granicy polsko–niemieckiej w Jędrzychowicach korek sięgał aż do Bautzen. Miał długość ponad czterdziestu kilometrów. Z punktu widzenie epidemiologicznego masowe powroty do ojczyzny osób mieszkających za granicą mogą stać się dodatkowym zagrożeniem epidemiologicznym dla Polski. Też tęsknię, też mam w Polsce najbliższych, ale na razie się nie wybieram. Nie teraz. Wierzę, że przyjdzie czas, kiedy będę mogła bezpiecznie, nie zagrażając nikomu, pojechać do rodzinnego Wrocławia.



Może Cię zainteresować.