środa, 19 czerwca 2024
Imieniny: PL: Gerwazego, Protazego, Sylwii| CZ: Leoš
Glos Live
/
Nahoru

Jan Ryłko: Gorolski Święto to impreza przesiąknięta polskością | 30.07.2023

Przygotowania do 76. Międzynarodowych Spotkań Folklorystycznych „Gorolski Święto” powoli zmierzają do finiszu. O fenomenie tej imprezy rozmawiamy z prezesem komitetu organizacyjnego Janem Ryłką. 

Ten tekst przeczytasz za 10 min.
Jan Ryłko z plakatem 76. „Gorolskigo Święta”. Fot. BEATA SCHÖNWALD

Kiedy związał się pan z „Gorolskim Świętem”?
– Kiedy na początku lat 80. ub. wieku wróciłem ze studiów, ówczesny prezes Miejscowego Koła PZKO w Jabłonkowie Stanisław Gawlik wciągnął mnie do pracy w zarządzie. Jako członek jego komisji kultury zacząłem współpracować z przewodniczącym Komitetu Organizacyjnego „Gorolskigo Święta” Józefem Cienciałą przy przygotowaniu tej imprezy. Kiedy później, ze względu na swój wiek, zrezygnował z prowadzenia komitetu organizacyjnego, już jako prezes jabłonkowskiego koła przejąłem po nim te obowiązki. Tak pozostało do dziś, niezmiennie od ponad 30 lat.

Inaczej organizowało się „Gorola” czterdzieści lat temu, a inaczej dzisiaj? 
– W 1990 i 1991 roku wiele rzeczy trzeba było pozmieniać i zacząć od nowa. Tego wymagała transformacja systemu komunistycznego na nowy system społeczno-ekonomiczny. Dlatego uważam za wielki sukces to, że udało nam się przejść przez te lata przemian bez uszczerbku dla tej imprezy. „Gorolski Święto” ewaluowało tak, jak wszystko w świecie i dzisiaj na pewno jest inne niż było przed 30 czy 40 laty. Nie mówię, że lepsze czy gorsze, ale po prostu inne. Tak będzie również w przyszłości, kiedy ja nie będę już kierował tymi działaniami.

Pomimo to wydaje się, że „Gorolski Święto” nadal tkwi w pewnej ugruntowanej tradycji – mamy wozy alegoryczne, stoiska, występy folklorystyczne, Lasek Miejski i „Ho, ho, ho!”. A pan mówi o odmienności…
– Zmieniło się na przykład to, że „Gorolski Święto” jest obecnie wydarzeniem trzydniowym, chociaż ta formuła nie od razu spotkała się z aprobatą. Aby zostać członkiem Stowarzyszenia Folklorystycznego RC i zaliczać się w poczet organizatorów renomowanych festiwali, była jednak konieczna. Informacje o tego rodzaju imprezach są później przekazywane do wszystkich ambasad RC w Europie i często w świecie. Dla nas ważne było również to, że jako członkowie stowarzyszenia zostaliśmy objęci niższą opłatą za korzystanie z praw autorskich. Kolejnym działaniem, które przyczyniło się do poszerzenia zasięgu „Gorolskigo Święta”, było wprowadzenie transmisji on-line z Lasku Miejskiego dla tych, którzy ze względu na stan zdrowia czy odległość dzielącą ich od Jabłonkowa nie mogą wziąć udziału w tym wydarzeniu. Mamy informacje, że w tych dniach ludzie związani z tym terenem łączą się z nami z całego świata. Zmienił się też taki „szczegół” jak ten, że dawniej chórzyści „Gorola” pilnowali w sobotę porządku w Lasku Miejskim, a dziś zajmuje się tym profesjonalna firma ochroniarska. Te przykłady można mnożyć.


Tradycje tradycjami, ale żeby móc je utrzymać i prezentować publicznie, to kosztuje. Skąd bierzecie pieniądze?
– Kiedy skończyło się stałe dofinansowanie „Gorolskigo Święta”, na które mogliśmy liczyć przed 1990 rokiem, trzeba było poszukać nowych źródeł finansowania. Nauczyliśmy się pisać wnioski projektowe najpierw do różnych urzędów, potem do Unii Europejskiej i dzisiaj możemy powiedzieć, że sytuacja jest w miarę stabilna. To, że nie mamy podpisanej żadnej długookresowej umowy, co roku stawia nas w niepewności. Tymczasem aby w ogóle móc zacząć myśleć o kolejnej edycji, musimy mieć konkretną pulę pieniędzy. Nie chcemy bowiem, żeby powtórzyła się sytuacja, jaka miała miejsce w czasach prezesury Zygmunta Stopy w Zarządzie Głównym PZKO, kiedy fatalna pogoda spowodowała, że na „Gorolski Święto” przyszło tak mało osób, że nie byliśmy w stanie sprostać wszystkich swoim zobowiązaniom finansowym. Wtedy musieliśmy prosić Zarząd Główny o wsparcie, żeby popłacić wszystkie faktury.

Jaką kasą trzeba dysponować, żeby zacząć myśleć o przygotowaniu kolejnej edycji?
– Aby rozpocząć działania, musimy mieć do dyspozycji 200-300 tys. koron. Natomiast cały budżet „Gorolskigo Święta” mieści się w granicach 1,2-2,2 mln koron w zależności od tego, czy chodzi o zwykłą, czy jubileuszową edycję. Koszty z roku na rok rosną, a liczba uczestników do końca pozostaje niewiadomą. Trzeba więc umiejętnie korzystać z posiadanych doświadczeń, żeby doprowadzić to wszystko do szczęśliwego finału.

Rozumiem, że jest to najbardziej dochodowa impreza waszego koła? 
– Z ogólnego rozliczenia wynika, że tak. Jeśli natomiast wziąć pod uwagę wkład osobisty naszych ludzi, którzy pracują przy tej imprezie, wtedy sprawa wygląda zgoła inaczej. Policzyłem, że przygotowanie „Gorolskigo Święta”, przeprowadzenie go i posprzątanie po nim, wymaga ponad 4,5 tys. godzin pracy. Czy ktoś pomnoży to przez 100 czy 200 koron, to już jego sprawa. Uważam jednak, że mówiąc o dochodach z tej imprezy, nie wolno tego faktu pomijać. Zarobione własnymi rękami środki inwestujemy później w remonty Domu PZKO. Ostatnio w klimatyzację, która kosztowała 3 mln koron.

Ile ludzi jest zaangażowanych w organizację tej trzydniowej imprezy? 
– Mamy stałą grupę ludzi, dla których „Gorolski Święto” to sprawa serca. Tworzą ją głównie nasi członkowie, ale także członkowie innych kół PZKO oraz miejscowi Czesi. Ekipa, która od czwartku przygotowuje zaplecze w Lasku Miejskim, liczy ok. 120-150 osób. Do tego trzeba doliczyć osoby w kuchni, które przygotowują posiłki. Prócz tego miesiąc lub dwa po zakończeniu ostatniej edycji komisja programowa rozpoczyna rozmowy odnośnie przyszłorocznych występów. Pracuje komitet organizacyjny. W sumie cała „armia”. 


glos.live na 75. Gorolskim Święcie w Jabłonkowie. YouTube/glos.live


Co roku „Gorolski Święto” odwiedza nawet kilkanaście tysięcy osób. Dlaczego ta impreza cieszy się niezmiennie tak wielkim powodzeniem?
– Tu należałoby sięgnąć do historii. Tak duża frekwencja na „Gorolskim Święcie” nie jest bowiem wynikiem obecnej chwili, ale procesu, któremu dała początek Czytelnia Katolicko-Ludowa. To ona na początku XIX wieku obudziła w mieszkańcach Jabłonkowa chęć edukacji i posługiwania się językiem polskim. W Czytelni rozgrywano scenki po polsku, ludzie mieli dostęp do polskich książek i czasopism. Po wojnie jej rolę przejęło Miejscowe Koło PZKO, dzięki czemu tradycja zapoczątkowana w Czytelni jest nadal przekazywana kolejnym pokoleniom, a ludzie, którzy wyjechali stąd, na „Gorolski Święto” chętnie wracają. Dużo w tym kierunku zrobił również Władysław Niedoba, czyli Jura spod Grónia, który bardzo intensywnie dbał o pielęgnowanie języka polskiego, polskiej kultury i tradycji. Osobiście odwiedzał dolańskie miasta i wioski i zapraszał ludzi na „Gorolski Święto”. To poskutkowało i odtąd ludzie z dołów tłumnie przyjeżdżają do nas. 

Tak, ale czasy Czytelni i Jury spod Grónia już dawno minęły. Obecnie mamy XXI wiek, a Lasek Miejski co roku na początku sierpnia pęka w szwach. 
– Tak, bo staramy się, żeby ta impreza miała swój niepowtarzalny charakter. Zapraszamy zespoły z najwyższej półki, warunkując możliwość występu posiadaniem własnej kapeli. Dzięki współpracy z Tygodniem Kultury Beskidzkiej możemy pokazać ludziom nie tylko rodzimy folklor, ale również zagraniczny, z całego świata. Poza tym tak jak nie dopuszczamy muzyki z playbacku, nie pozwalamy również na komercjalizację wyżywienia poprzez zamawianie cateringu. Wymagamy, żeby oferowane w stoiskach potrawy były własnej PZKO-wskiej produkcji. Nie godzimy się też na stoiska z tzw. chińszczyzną. Myślę, że swoje robi również środowisko Lasku Miejskiego, który w upalne dni dzięki wysokim drzewom daje możliwość schronienia się w cieniu, oraz układ stoisk, który pozwala na to, że program można równie dobrze oglądać znad talerza z plackami, jak i z widowni. Chcemy, żeby również młode pokolenie identyfikowało się z tym wszystkim, co skrywa w sobie fenomen „Gorolskigo Święta”. 

Czy organizując tę imprezę przez tyle lat, można mówić o rutynie?
– Wydawałoby się, że już wiemy wszystko, że każde „Gorolski Święto” będzie już tylko powtórzeniem tego, co było. Nie ma takiej możliwości, bo zawsze pojawiają się niespodzianki, ktoś czegoś nie załatwi, nie dopilnuje, trzeba na szybko improwizować. Rzeczywistość wokół nas wciąż się zmienia i to my musimy się dostosować do niej, a nie ona do nas. Idea „Gorolskigo Święta” pozostaje jednak taka sama. Ma łączyć ludzi, proponować taki, a nie inny rodzaj kultury, oraz propagować zdrowy styl życia. Chociaż ze sceny mówimy gwarą, jest to w stu procentach polska impreza, na wskroś przesiąknięta polskością. Mam nadzieję, że taką pozostanie jeszcze na długo.

Skoro nie ma rutyny, to czy są obawy, że coś pójdzie nie tak, trema, która sprawia, że czuje pan przed imprezą ścisk w gardle?
– Nie, to nie wchodzi w grę. Przed „Gorolskim Świętem”, w jego trakcie i po nim muszę być „zwarty i gotowy”. Przez cały czas jestem na posterunku pracy, żeby pilnować wszystkiego, bo kiedy coś nie działa lub coś się wali, to pierwszy telefon jest do prezesa. Od czwartku do poniedziałku jestem tu po to, żeby rozwiązywać problemy. Dopiero w poniedziałkowe popołudnie, kiedy wszystko jest posprzątane, jakby tej imprezy w ogóle nie było, jest czas, żeby porozmawiać, zjeść obiad, wypić po kieliszku. Wtedy adrenalina powoli ze mnie wypływa. Natomiast głęboki wydech mogę zrobić dopiero w momencie, kiedy wiem, że wszystkie faktury zostały zapłacone, a zobowiązania finansowe uiszczone. Wtedy mogę powiedzieć, że znów mamy to za sobą i podziękować wszystkim za ich wysiłek, pracę i poświęcenie Bez tych ludzi, którzy przy tej imprezie pracują, nie byłoby bowiem „Gorolskigo Święta”. 

 



Może Cię zainteresować.