środa, 22 maja 2024
Imieniny: PL: Emila, Neleny, Romy| CZ: Emil
Glos Live
/
Nahoru

KRZYSZTOF TREBUNIA-TUTKA DLA »GŁOSU«: Muzyka to jest bardzo pożyteczna zabawa | 23.01.2024

Zaolzie jest nam bardzo bliskie od młodzieńczych lat. Gościłem z różnymi zespołami góralskimi na balu w Mostach, znamy muzykantów z tego regionu – mówi Krzysztof Trebunia-Tutka, architekt, muzyk, założyciel kapeli Trebunie-Tutki, multiinstrumentalista, człowiek spełniony i doskonale zdający sobie sprawę z tego, co tak naprawdę jest ważne w życiu. W czwartek o godz. 18.00 Trebunie-Tutki zagrają w Domu PZKO Kasowy w Mostach koło Jabłonkowa. To bez wątpienia będzie muzyczne wydarzenie roku na Zaolziu.

Ten tekst przeczytasz za 15 min. 15 s
Duet z trombitami stworzony z synem Jaśkiem. Fot. Anita Rysiewska

Zacznijmy od serialu „Forst”, który od kilkunastu dni dzieli i rządzi na platformie Netflix, nie tylko zresztą w Polsce. W pierwszym odcinku pojawia się pan wraz z innymi muzykantami z Podhala. Obrazek trwa niecałą minutę. Czy to aby nie za mało, jak na sześć odcinków serialu, którego akcja rozgrywa się w całości w Tatrach?
– Z jednej strony na pewno chciałoby się więcej, ale z drugiej cieszę się – i to było dla mnie najważniejsze – że nie mieliśmy w tym przypadku do czynienia z karykaturą góralszczyzny, zarówno jeżeli chodzi o muzykę i ubiór, jak i szeroko rozumianą obyczajowość. Zawsze, kiedy otrzymuję podobne propozycje, na przykład żeby pomuzykować w filmie albo zagrać epizodyczną rolę, najważniejsze dla mnie jest to, aby góralszczyzna została pokazana prawdziwie. Taka jaka jest. Nie muszą być same pozytywy, ale ważne, żeby nie było przekłamań. Gwoli wyjaśnienia, w „Forście” nie wystąpiły Trebunie-Tutki, ale moja kapela tradycyjna, czyli Muzyka Krzysztofa Trebuni-Tutki. Miało być takie granie w karczmach, które jest pielęgnowane do dziś. Atutem i niespodzianką dla nas było to, że zagraliśmy z Jankiem Młynarskim. Wyszło z tego takie trochę spontaniczne jam session, jakie odbywały się w Zakopanem już w okresie międzywojennym. Wtedy w restauracjach grały kapele góralskie, ale także dancingowe. Czasami się spontanicznie łączyły.

 Komercja wcale nie musi być zła. Samo zarabianie na muzyce jest wręcz pożądane – przecież chodzi o to, żeby muzycy mogli uprawiać swój zawód nie tylko jako pasję i hobby, ale też na tym zarabiali. Jednak dla muzyków wywodzących się z nurtu etnicznego, takich jak ja, jest to o tyle trudne, że mamy do czynienia z nieuczciwą konkurencją 


Rozumiem, że gdyby otrzymał pan propozycję od organizatorów Sylwestra w Zakopanem, to by pan odmówił? Przecież tam kicz i tandeta wylewają się z każdego kąta…
– Kilka lat temu otrzymałem propozycję prowadzenia tej imprezy. Odmówiłem i cieszę się, że podjąłem taką decyzję. Pewnie gdybym się zdecydował, to w ślad za tym poszłyby zaproszenia do grania, ale nie chciałem tego, bo wiedziałem z góry, że jest to skazane na niepowodzenie. Podejście organizatorów było skrajnie komercyjne. A kiedy dowiedziałem się, że wystąpią zespoły disco polo, czyli prezentujące muzykę najniższych lotów, to było dla mnie jasne, że będzie to – jak pan powiedział – kicz i żenada. 

Wspomniał pan o komercji. Czy muzyka góralska jest z założenia czymś niekomercyjnym?
– Nie, a komercja wcale nie musi być zła. Samo zarabianie na muzyce jest wręcz pożądane – przecież chodzi o to, żeby muzycy mogli uprawiać swój zawód nie tylko jako pasję i hobby, ale też na tym zarabiali. Jednak dla muzyków wywodzących się z nurtu etnicznego, takich jak ja, jest to o tyle trudne, że mamy do czynienia z nieuczciwą konkurencją – z jednej strony jest to skrajnie komercyjna muzyka pop najniższych lotów, która jest grana często z playbacku, po kosztach, nagrywana w sposób oszukańczy (zdarzają się przypadki, że jedni nagrywają playback, a inni występują), z drugiej strony decydenci, czyli ludzie organizujący takie koncerty, przeważnie nie rozumieją, na czym polega wartość muzyki tradycyjnej albo inspirowanej tradycją. Mimo tego wszystkiego ja się nie załamuję i od 30 lat konsekwentnie robię to, co robię i co kocham.

O początkach muzykowania mówił pan wielokrotnie. Mnie bardzo ujęło to, co pan powiedział w jednym z podcastów o tym, jak ważne było to, że pan osłuchiwał się z tradycyjną muzyką jeszcze mieszkając w brzuchu swojej mamy. Czy pan urodził się ze skrzypcami czy innym instrumentem?
– Można tak powiedzieć (śmiech). Miałem szczęście urodzić się w rodzinie muzykującej, gdzie prawie wszyscy mężczyźni grali. Ale przede wszystkim grał mój ojciec Władysław, który był – nie waham się tego powiedzieć – jednym z najwybitniejszych muzyków góralskich w historii. Był artystą totalnym – absolwentem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie; malarzem, projektantem tkanin, witraży. W przerwach między malowaniem ściągał instrumenty ze ściany – skrzypce, kozę podhalańską czy fujarki – i grał melodie, które usłyszał od swoich mistrzów: Bronisławy Koniecznej-Dziadońki, Stanisława Nędzy-Chotarskiego, Karola Stocha-Waki i wielu innych muzykantów. I często mówił, niby do mnie, a właściwie sam do siebie, jak powinno się grać. I praktycznie nie ucząc mnie, jak trzymać skrzypce, przekładać palce sprawił, że nasiąkłem tym wszystkim i miałem tę muzykę w uszach…

Władysław Trebunia-Tutka, ojciec naszego rozmówcy. Fot. Wikimedia Commons

Jest pan także instruktorem muzyki. Czy dziś górale też rodzą się ze skrzypcami?
– Ci, którzy mają muzykę w domach, to tak, ale jest ich niewielu. W przypadku większości dzieci, które przychodzą do mnie na zajęcia w Tatrzańskim Centrum Kultury „Jutrzenka” w Zakopanem, które prowadzę od 30 lat, nie widać, że są góralami. Mają korzenie góralskie, ale są tak daleko od tradycyjnej muzyki, że wszystkiego musimy się tak naprawdę uczyć od początku. Dobrze, jak z domu wynoszą gwarę, co jest rzadkie, bo to w końcu miasto Zakopane i okolice, ale to nie jest to samo, co 50 lat temu, kiedy sam słuchałem pierwszych swoich nutek w rodzinnym domu. Dominują media społecznościowe, do tego komputer i telewizor; to jest tylko bierne słuchanie muzyki. By ułatwić uczniom samodzielne ćwiczenie muzyki góralskiej, napisałem podręcznik do nauki gry na skrzypcach i basach z autorskim zapisem palcowym i nutowym „Muzyka Skalnego Podhala”, wydany przez Polskie Wydawnictwo Muzyczne, którego integralną częścią są wzorcowe nagrania.

Pojawienie się internetu sprawiło, że wybór muzyki jest nieporównywalnie większy od tego, z czym mieliśmy do czynienia wcześniej. Ale to rodzi inny problem – jak w tym bigosie wybrać naprawdę wartościową muzykę. 


Chce pan przez to powiedzieć, że dzieci tych dzieci, które dziś do pana przychodzą, to już będzie zupełnie inne muzyczne pokolenie?
– Wszystko zmierza w takim kierunku, że będzie coraz trudniej. Ale też na tym polega moja praca, która ma być nie tylko uczeniem muzyki góralskiej, ale również uświadamianiem wszystkim – zarówno rodzicom, jak i ich pociechom, że muzyka to jest bardzo pożyteczna zabawa. Ale jednocześnie nie jest to taka sama rozrywka, jak na przykład słuchanie pseudogóralskich nagrań disco polo, które zniekształcają nasze pojęcie o góralszczyźnie i psują nasz słuch. Dlatego, kiedy moje dzieci były malutkie, starałem się, żeby słuchały dobrej muzyki. Chciałem, żeby od najmłodszych lat nasiąkały muzyką tradycyjną i poważną. A jeżeli muzyką rozrywkową, to najwyższych lotów.

Przygotowując się do wywiadu znalazłem na strychu waszą płytę nagraną wspólnie z Twinkle Brothers. Czy strych nie jest tutaj słowem kluczem? Dziś wszystko jest w sieci, Trebunie-Tutki zresztą też, choćby w serwisie Spotify…
– Pojawienie się internetu sprawiło, że wybór muzyki jest nieporównywalnie większy od tego, z czym mieliśmy do czynienia wcześniej. Ale to rodzi inny problem – jak w tym bigosie wybrać naprawdę wartościową muzykę. Dlatego nie boję się powiedzieć, że dostępność muzyki na YouTubie czy Spotifay ogołociła ją trochę z magii. Medal ma jednak dwie strony. Dzięki dostępności social mediów można być w stałym kontakcie z fanami. Dla nas było to szczególnie ważne, kiedy zostaliśmy zablokowani przez telewizję publiczną. W publicznym radiu pojawialiśmy się sporadycznie, nie wspominając o stacjach komercyjnych, które wychodziły z założenia, że nurt muzyki etnicznej, folkowej, inspirowanej tradycją jest niszowy, nieatrakcyjny, z czym oczywiście się nie zgadzam. Wystarczy spojrzeć na festiwale muzyki folkowej, world music.

Z zespołem Twinkle Brothers przed kaplicą pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Jaszczurówce. Fot. Anita Rysiewska

Wspomniał pan o blokadzie w telewizji publicznej. Ma pan na myśli ostatnie lata?
– Tak, choć trzeba powiedzieć jasno, że tak naprawdę to my nigdy nie mieliśmy łatwo. W czasach PRL też były problemy, choć innego typu, na przykład programowe promowanie zespołów stylizowanych. Cały nasz nurt jest niestety zepchnięty na drugi, a nawet trzeci plan. A skoro nasza muzyka nie jest powszechnie prezentowana, to skąd ludzie mają o nas wiedzieć. Podobnie jest z muzyką klasyczną. Dopóki ktoś nie usłyszy dobrych wykonań, to się tego trochę boi, że może jest nieco za trudne. Inna sprawa, że nazwa „muzyka poważna” trochę odstrasza, jakby się zapominało, że przecież Mozart pisał muzykę rozrywkową. Wracając jednak do współczesności, mieliśmy nieszczęście być, jak większość zespołów w Polsce, w gronie blokowanych. Nie byliśmy na pstryknięcie palca, nie byliśmy zespołem, który władza mogłaby potraktować jako swój. Krótkie podsumowanie ostatnich lat wygląda więc następująco: oni niewiele mogą pomóc, ale przeszkadzać to już tak.

Oni, czyli politycy?
– Tak. W ostatnich latach mieliśmy do czynienia z ręcznym sterowaniem kulturą. Pokazywane i promowane były często rzeczy mało wartościowe, już nie mówiąc o dotacjach, które były przyznawane w sposób skandaliczny. Przypomnę może jeszcze czasy pandemii koronawirusa. Wszyscy moi koledzy, którzy związali się zawodowo w muzyką, nie dostali pomocy. Okazało się, że jest tylko dla wybranych z klucza politycznego, a wszyscy inni powinni rozwozić pizzę albo zająć się czymś innym. To jest zbrodnia na kulturze polskiej. Nie wiem, czy ktokolwiek będzie jeszcze o tym pamiętał. Większe wsparcie otrzymała gastronomia i inne gałęzie gospodarki, a kultura pozostała na ostatnim miejscu.

Zaolzie jest nam bardzo bliskie od młodzieńczych lat. Gościłem z różnymi zespołami góralskimi na balu w Mostach, znamy muzykantów z Zaolzia, z którymi muzykowaliśmy u nas, na przykład w Zakopanem, jak i u was, w Jabłonkowie 


Rozumiem, że 15 października i wybory parlamentarne w Polsce, to była dla was cezura czasowa?
– Nie tylko dla nas, ale dla większości Polaków to była cezura czasowa. A już zwłaszcza dla ludzi kultury. Mamy nadzieję na powrót normalności. Często słyszałem w ostatnich latach, że my, artyści, mamy robić swoje, a nie interesować się polityką. Szkopuł w tym, że nie można było robić swojego.

Czym jest normalność w kulturze?
– Mówię tutaj o obecności wartości, które w kulturze zachodniej są od zawsze uznawane, pielęgnowane i chronione. Nie możemy zapomnieć o misyjności w tym, co robimy. Nasza rola nie może się ograniczać do dostarczenia wyłącznie rozrywki.

Na koniec chciałem zapytać o waszą styczniową trasę koncertową. Z jednej strony duża arena, jaką jest rynek we Wrocławiu, z drugiej takie perełki, jak na przykład Muzyczna Owczarnia w Jaworkach w Pieninach. No i oczywiście Mosty koło Jabłonkowa. Czy to nie pokazuje waszego charakteru? Że potraficie dzielić się kulturą wysoką dla dużej widowni, ale także w małych wioskach?
– Zgadza się. To jest bardzo ważna cecha naszego zespołu Trebunie-Tutki. Ale także muzyki, którą gramy. Jest przeznaczona dla wszystkich ludzi wrażliwych, szczególne w okresie kolędowania, który w polskiej tradycji trwa bardzo długo – od pasterki aż do 2 lutego. Obserwujemy w całej Polsce, ale też za granicą (graliśmy na przykład kolędy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich), że ten przekaz jest bardzo dobrze rozumiany. Ta pozytywna energia, która bije z tej muzyki, niesie nas i publiczność. Przy okazji promujemy także kulturę polską i oczywiście szeroko rozumianą góralszczyznę.


Krzysztof Trebunia-Tutka, człowiek spełniony .Fot. Bartek Muracki

Czyli w Mostach zagracie sprawdzony zestaw kolęd i pastorałek?
– Nie do końca, bo każdy koncert jest trochę inny, dostosowany do miejsca, czasu i publiczności, która się pojawi. Zaolzie jest nam bardzo bliskie od młodzieńczych lat. Gościłem z różnymi zespołami góralskimi na balu w Mostach, znamy muzykantów z Zaolzia, z którymi muzykowaliśmy u nas, na przykład w Zakopanem, jak i u was, w Jabłonkowie. Tym razem przyjedziemy z programem noworoczno-kolędowo-karnawałowym, dlatego też przekrój utworów będzie bardzo duży: od tradycyjnych polskich kolęd, które gramy po góralsku, przez pastorałki z Podhala i sąsiednich regionów, po utwory autorskie, inspirowane tradycją kolędowania i tradycją jasełkową. W górach, w Karpatach te tradycje chrześcijańskie pięknie zespoliły się z tradycjami przesilenia zimowego, czyli składania sobie życzeń, rozpoczęcia nowego roku, na przykład uderzania kijami, palenicami, kulami, ciupagami o podłogę, aby miały one większą moc. A jednocześnie chcielibyśmy zaakcentować niezwykłość tego koncertu, gdzie publiczność jest równie ważna, jak zespół. To chyba jedna z najpiękniejszych polskich tradycji, kiedy ludzie spotykają się ze sobą i potrafią razem śpiewać. Górale lubią śpiewać, choć na tle innych narodów europejskich nie zawsze wypadamy dobrze. Są narody, które teoretycznie lepiej od nas śpiewają.

Na przykład?
– Bałkany, gdzie graliśmy wiele razy i obserwowaliśmy tamtejsze zespoły. Tam po prostu wystarczy niewielka iskra, zachęta, żeby zacząć śpiewać. Pamiętam, jak po pewnym koncercie na festiwalu w Lublanie poszliśmy na kolację. Myśleliśmy, że wszędzie są imprezy, jak u nas na weselach. A okazało się, że są to spontaniczne wydarzenia, do których możemy dołączyć. Nie grano tam i nie śpiewano amerykańskich przebojów, ale ichniejsze, czasem z domieszką techno. Co dla nas nie było żadnym zaskoczeniem, bo już 25 lat temu nagraliśmy „Etno Techno” z Kinior Future Sound. Marzyłoby mi się, żeby takie spontaniczne imprezy ze wspólnym śpiewaniem i tańcami odbywały się także w Polsce.

Jest pan multiinstrumentalistą. Ale gdyby miał pan wskazać ulubiony instrument, to wybór padłby na…

– Od dziecka towarzyszą mi skrzypce i to na nich czuję się najpewniej. Ale ulubionym instrumentem są fujarki, bo gdyby nie one, to nie zająłbym się muzyką na poważnie. Mam na myśli występujące na Podhalu fujarki z otworami, bez otworów i dwojnice. Gdyby nie te instrumenty,  pewnie nie dowiedziałbym się, że samemu można się wiele nauczyć i czerpać z tego przyjemność.









Może Cię zainteresować.