wtorek, 27 lutego 2024
Imieniny: PL: Gagrieli, Liwii, Leonarda| CZ: Alexandr
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art 189: Mocne uderzenie | 01.05.2016

„Długie włosy, krótki rozum” – z tą wątpliwej jakości maksymą w czasach socrealizmu musiało się zmierzyć wielu fanów nieco cięższych odmian muzyki rockowej.

Ten tekst przeczytasz za 5 min. 45 s
Amerykańska formacja Anthrax. Fot. ARC

Na kurtkach dżinsowych nie zabrakło wówczas m.in. plakietek z logiem amerykańskiej grupy Anthrax. Legenda thrash metalu powraca z jedenastą płytą w karierze. Pop Art dawno nie był tak męski, jak w swojej 189. odsłonie.

MUZYCZNA RECENZJA

ANTHRAX – FOR ALL KINGS

Metallica, Slayer, Megadeth i Anthrax – czyli „Wielka Czwórka” thrash metalu, nawet u progu czterdziestki łatwo dotrzymuje kroku dużo młodszym kolegom z branży. Najbardziej „thrashowa” z tej czwórki formacja Slayer swoją ostatnią płytę „Repentless” wysłała w świat w zeszłym roku, coraz mniej „thrashowo” brzmiący Megadeth uczynili tak na początku bieżącego roku albumem „Dystopia”, a nieobliczalna Metallica przymierza się do sfinalizowania najnowszej płyty w okolicach letnich wakacji. Nowojorska formacja Anthrax, założona w 1981 roku przez gitarzystę Scotta Iana i basistę Dana Lilkera, po pięciu latach przerwy melduje się z jedenastym w karierze albumem studyjnym.

„For All Kings” to drugie z rzędu wydawnictwo nagrane z wokalistą Joeyem Belladonną, który – jak wiele na to wskazuje – szybko nie czmychnie z Anthraxu. Skąd te przypuszczenia? „For All Kings” złapał Belladonnę w bardzo dobrej formie, podobnie zresztą jak resztę chłopaków z grupy Anthrax. Najnowszy album może nie spowoduje rewolucji w muzyce metalowej, ale nie tego przecież oczekują fani po pionierach thrash metalu. Wszystko, co najważniejsze, zostało już przecież nagrane – włącznie z genialnymi albumami „Persistence Of Time” Anthrax, „Masters Of Puppets” Metalliki, „Reign In Blood” Slayer i „Rust In Peace” Megadeth.

Szykowałem się do tej recenzji od miesiąca. Po pierwszej przymiarce płyta nie zrobiła na mnie zbyt dobrego wrażenia. Przeraził mnie początek albumu, utrzymany w klimatach power metalu, którego osobiście nie cierpię. Kiczowate intro przechodzi w jeden ze słabszych kawałków na albumie – „You Gotta Believe”, który ciągnie się niemiłosiernie. Wytrzymałem jeszcze do ukrytego pod numerem trzecim, sześciominutowego „Monster At The End”, który z kolei skojarzył mi się z okresem, kiedy Black Sabbath próbowali zawojować nowych fanów mitologcznym hard rockiem z Tonym Martinem za mikrofonem. I uciekłem, wówczas za punkrockową energią Iggiego Popa, bohatera poprzedniego wydania Pop Artu. Drugą szansę „For All Kings” otrzymał w zeszłym tygodniu, za namową kumpla, który z wypiekami na twarzy zapytał mnie przy kawie (tak, po czterdziestce rozmowy o muzyce toczymy już nie w piwiarni, a kawiarni), co sądzę o najnowszym albumie Scotta Iana i spółki. Zawstydzony odrobiłem więc zaległości i za drugim podejściem wytrzymałem do samego końca, czyli ponad 60 minut łojenia przeplatanego melodyjnym wokalem Belladonny.

Niefortunny początek albumu może zrazić wielu ortodoksyjnych fanów grupy, ale obiecuję, warto przegryźć tych kilka minut, bo stopniowo thrash metal staje się thrash metalem z prawdziwego zdarzenia. Anthrax na przestrzeni swojej długiej kariery często zmieniali skład, ale szkoleniowiec drużyny, gitarzysta  Scott Iian, zawsze dbał o to, aby omijać szerokim łukiem strefę spadkową. Dla jednych właśnie okres z Belladonną za mikrofonem to najjaśniejszy punkt dyskografii. Dla innych (włącznie ze mną) liczy się również współpraca z wokalistą Johnem Bushem, który w latach 90. nagrał z grupą udane płyty „Sound Of White Noise” i „Stomp 442”. Belladonna, w odróżnieniu od Busha, śpiewa bardziej melodyjnie, ale to kwestia gustu, co bardziej nadaje się do niewątpliwie wciąż oszałamiająco pięknej ściany thrashowych riffów, które Anthrax zawsze potrafili dopieścić do najmniejszego szczegółu. Najbardziej ortodoksyjnym utworem na płycie jest zamykający całość „Zero Tolerance”. Wręcz hardcorowa jazda to jak policzek „Górala” Tomasza Adamka wszystkim, którzy zwątpili w ten zespół zaraz na starcie „For All Kings”. Anthrax, w odróżnieniu od mainstreamowej Metalliki, zawsze lubili poruszać w swoich utworach tematy społeczne. Thrash metal nadaje się do tego idealnie, bo w szybkich kawałkach można błyskawicznie wykrztusić z siebie palące problemy współczesnego świata. Ukryty pod numerem ósmym „Evil Twin” został osnuty na kanwie tragicznych wydarzeń, które miały miejsce w ubiegłym roku w paryskiej redakcji „Charlie Hebdo”. To zarazem jeden z najlepszych pod względem muzycznym utworów na albumie. „Evil Twin” – rozprawiający się z religijnym fanatyzmem, bezkompromisowy w warstwie lirycznej utwór potrafi dać też potężnego kopniaka w głośnikach. Kawał dobrej roboty wykonał tu nowy gitarzysta solowy, Jon Donais, znany z grupy Shadows Fall. Wymiata trochę inaczej, niż jego poprzednicy, nie jest może tak finezyjny, jak Rob Caggiano i Dan Spitz, ale zaległości nadrabia wigorem (gitarzysta Scott Ian, odpowiedzialny za większość materiału na płycie, spokojnie mógłby być jego ojcem). Z tego, co sugerują muzycy grupy Anthrax, wydawnictwo„For All Kings” należy traktować w kategoriach albumu koncepcyjnego. Nie wiem, dlaczego chłopaki bawią się klockami zarezerwowanymi dla innych (zwłaszcza zespołów progmetalowych), ale mniejsza z tym. Moim zdaniem utwory zawarte na tym krążku bronią się w pojedynkę, a koncepcyjność ma tu raczej symboliczne albo marketingowe znaczenie. Z niecierpliwością czekam teraz na zapowiadane najnowsze dzieło kalifornijskiej legendy, Metalliki. Poprzeczkę ustawili w Nowym Jorku wysoko.     



Może Cię zainteresować.