wtorek, 27 lutego 2024
Imieniny: PL: Gagrieli, Liwii, Leonarda| CZ: Alexandr
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art 204 ze Stingiem | 20.11.2016

W roli głównej Sting. Tak wygląda scenariusz najnowszego Pop Artu. Zapraszamy do lektury.

Ten tekst przeczytasz za 5 min. 60 s
Sting. Fot. ARC
 

MUZYCZNA RECENZJA

STING – 57th & 9th (2016)

To nie tak miało być. Jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier muzycznych tego roku, dwunasta w karierze płyta Stinga zatytułowana „57th & 9th”, już po pierwszym przesłuchaniu powędrowała na dno szuflady. 

Gordon Matthew Thomas Sumner, bo tak brzmi prawdziwe nazwisko brytyjskiego wokalisty, założyciela legendarnej grupy The Police, drugiej szansy już ode mnie nie otrzyma. Niewątpliwie Sting gwiżdże na moje opinie, a także inne niepokojące sygnały płynące od skalnych wielbicieli, którzy na internetowych forach dyskusyjnych album „57th & 9th” najczęściej określają przydomkiem „nudny jak flaki w oleju”. I to jeszcze łagodne określenie porażki, jaką zgotował sobie Sting pod koniec roku. Sting od kilkunastu lat, a dokładnie od płyty „Brand New Day” z 1999 roku, zanudza na śmierć. Najnowszy album, przynajmniej według zapowiedzi Stinga, miał być powrotem do stylistyki rocka z domieszką jazzu, czyli najlepszego okresu w karierze artysty. Jednak nawet najlepszy marketing, zaprzyjaźnieni dziennikarze czy miliony fanów na całym świecie nie zagwarantują sukcesu w obliczu miernoty muzycznej. Brak inwencji ze strony Stinga, wykradanie starych pomysłów z własnych, a także obcych płyt, powoduje, że słuchając najnowszego wydawnictwa „57th & 9th” nieustannie walczyłem z odruchami wymiotnymi.

Wybrany na pierwszego singla „I Can´t Stop Thinking About You” jako jedyny w miarę broni się w tym zestawieniu. Wprawdzie zespół Stinga serwuje nam typową rockową mielonkę i aż ciężko uwierzyć, że Bryan Adams jeszcze nie podał Stinga do sądu za plagiat, ale te trzy i pół minuty da się jakoś na początek strawić. Zmiana następuje wraz z drugim na liście utworem „50,000” i tak jest aż do końca albumu, który pomimo niespełna 40 minut dłuży się niemiłosiernie. Do połowy płyty Sting i zaproszeni goście próbują nam wmówić, że skoczne rockowe piosenki zbudowane na bylejakich refrenach, podkręcone bylejakim graniem, to właśnie to, o czym marzymy. Od połowy Sting i koledzy zwalniają, wyciszają swoje instrumenty i w rezultacie jest jeszcze gorzej, bo stara muzyczna prawda mówi, że najłatwiej można polec właśnie w balladach rockowych. Mam wrażenie, że te piosenki poniewierały się w komputerze Stinga od kilkunastu lat w charakterze odrzutów z takich albumów, jak „Mercury Falling” (1996) czy „Ten Summoner´s Tales” (1993) i tylko czekały na swoją okazję. Utwory „If You Can´t Love Me” i „Inshallah” swoim pretensjonalnym przesłaniem sprowokowały mnie do sięgnięcia po wiązankę „The Best Ballads” niemieckiej grupy Scorpions, która posłużyła zarazem za odtrutkę. Zwłaszcza utwór „Inshallah” utrzymany w kiczowatej konwencji pseudo-orientalnego wylewania łez definitywnie pogrążył album Stinga.

Ewidentnie wyłącznie dla kasy w składzie zespołu znaleźli się ponownie tak cenieni muzycy sesyjni, jak gitarzysta Dominic Miller czy perkusista Vinnie Colaiuta. Wkład obu panów w warstwę brzmieniową albumu jest bowiem znikomy. Dominic Miller od czasów „Mercury Falling” nie stworzył oryginalnego gitarowego riffu, a bębniarz Vinnie Colaiuta spokojnie mógł włączyć w studio komputer i oszczędzić swoje zmęczone plecy.

Wina, które Sting hoduje w malowniczej Toskanii, może i starzeją się z gracją. Tego samego nie można jednak powiedzieć o jego ostatnich muzycznych wypocinach. Niestety dla mnie utwory z najnowszej płyty mają potencjał dojrzewania równy zeru. Z tak marną ofertą Sting nie zawojuje nawet uczty weselnej rosyjskiego oligarchy.

 

NIEZAPOMINAJKI

STING – The Soul Cages (1991)

Słuchając najnowszej, słabej jak herbata rozpuszczalna płyty Stinga (patrz muzyczna recenzja) nie sposób pominąć faktu, że to właśnie Sting zdefiniował w latach 80. i 90. ubiegłego wieku gatunek szumnie nazwany „rockiem dla dorosłych”. Po ucieczce z zespołu The Police, w którym czuł się podobno zbyt skrępowany artystycznie, Sting z powodzeniem rozkręcił własną karierę solową. „The Soul Cages”, trzecia w dyskografii Stinga płyta solowa, uchodzi za jedną z najlepszych w jego karierze. Ja dorzucę zaś, że dla mnie to najważniejszy album Stinga, na którym cała galaktyka rocka została zawarta w 48 minutach przepięknego przemijania.

Sting otoczył się wyśmienitymi muzykami jazzowymi, w nagraniu płyty wzięli udział m.in. Branford Marsalis i Kenny Kirkland. Piękne gitarowe szkice malował nadworny gitarzysta Stinga, Dominic Miller. „Saint Agnes and the Burning Train” to dla mnie kwintesencja akustycznego grania z dreszczykiem, zaś takie piosenki, jak „All This Time” i „Mad About You” stały się przebojami od pierwszego pojawienia się w stacjach radiowych. To smutna i bardzo refleksyjna płyta. Sting wraca na albumie „The Soul Cages” wspomnieniami do czasów dzieciństwa, trudnych relacji z ojcem, które formowały jego osobowość. Ponad siedmiominutowy temat „When the Angels Fall”, zamykający płytę, Sting skomponował w obliczu zbliżającej się śmierci ojca i jak dla mnie stworzył jedną z najpiękniejszych klamr w historii rocka.

Płyta „The Soul Cages” skazana była na sukces komercyjny, ale doceniły ją również „mądre głowy” z Narodowej Akademii Sztuki i Techniki Rejestracji. Za utwór tytułowy Sting został nagrodzony w 1992 roku statuetką Grammy. Pamiętam, że po tym werdykcie byłem jeszcze bardziej dumny ze Stinga, a kasetę magnetofonową z płytą „The Soul Cages” trzymaliśmy z bratem w centralnym miejscu pokoju, obok „czarnego albumu” Metalliki. Takie to były czasy.

 

 

 



Może Cię zainteresować.