poniedziałek, 15 kwietnia 2024
Imieniny: PL: Adolfiny, Odetty, Wacława| CZ: Anastázie
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art 205 z Metalliką | 04.12.2016

Najnowszy album Metalliki „Hardwired... To Self Destruct” sprzedaje się w świecie jak ciepłe bułeczki. W tym tygodniu trafił m.in. na szczyt listy płytowej Billboardu i do nowej odsłony Pop Artu. O tym, gdzie trafił zaś Tom Hanks, przeczytacie w filmowej recenzji.

Ten tekst przeczytasz za 9 min. 60 s
Amerykańska legenda thrash metalu, Metallica. Fot. ARC

MUZYCZNA RECENZJA

METALLICA – Hardwired... To Self Destruct (2016)

Kiedy perkusista Lars Ulrich twierdził rok temu, że powstająca w studio w pocie czoła nowa płyta studyjna Metalliki będzie powrotem do korzeni thrash metalu, czułem, że w tej deklaracji jest sporo ściemy. I dobrze się stało, że dziesiąty w karierze album prekursorów thrash metalu nie brzmi jak... thrash metal z lat 80. ubiegłego stulecia. Metallica wróciła raczej z długiej podróży, nagrywając swój najlepszy album od czasów „czarnego krążka”.

Utworom z „Hardwired... To Self Destruct” nie brakuje mocy i długości, co przekłada się na ponad 80 minut muzyki. Nie dla wszystkich. Przypuszczam, że nie dla ortodoksyjnych fanów grupy, którzy Metallikę skreślili na straty już dawno temu. Kto w heavy metalu, bo do takiej szuflady wsadziłbym obecną twórczość Ulricha i spółki, szuka krótkich, prosto skonstruowanych utworów, też będzie zawiedziony. Metallica kontynuuje trend przyjęty na „Death Magnetic”, gdzie również raczyła słuczaczy rozbudowanymi wariacjami na ciężkie granie. W przypadku najnowszej płyty mamy jednak do czynienia z przemyślanymi, dopieszczonymi do najmniejszego szczegółu kompozycjami, których próżno było szukać na przeciętnym poprzednim wydawnictwie.

Album otwiera tytułowy utwór, który działa jak zasłona dymna dla większości muzycznego materiału. Po pierwsze – jest króciutki, bo zaledwie trzyminutowy. Po drugie – najbardziej energiczny, najbardziej zbliżony do ideału, na jaki czekali fani thrashowego okresu twórczości Metalliki. Dostajemy więc na wstępie mocnego kopniaka, po którym na długo lądujemy w krainie dużo łagodniejszego grania. Pierwszych sześć utworów, włącznie z genialnym „Atlas, Rise!”, wpisuje się w klimat totalnej metalowej ofensywy, której przewodzi James Hetfield z wokalem mocnym jak dzwon. Kirk Hammet może nie wymiata już tak odkrywczych solówek, Lars Ulrich wali w bębny coraz przewidywalniej, ale to wciąż „international level”, jak mawiał trener Leo Beenhakker. Gitary Hetfielda i Hammeta świetnie łączą się z basowym bulgotaniem Roberta Trujillo. Najmłodszy członek grupy dostroił się do potrzeb kolegów idealnie. Trujillo z powodzeniem mógłby grać z Patem Metheny, ale woli heavy metal. Na gitarze basowej nie ma sobie równych w tym zawodzie, co słychać na albumie doskonale w utworze „Manunkind”. Metallica puszcza też oczko w stronę hard rocka, ale tego mroczniejszego, z pogranicza Black Sabbath. Najlepsze czasy Black Sabbath z Ozzy Osbournem przypomina „Dream No More”, który rozpoczyna się od potężnego riffu i przechodzi w świdrujący, mocny refren.

Metallica zaczyna więcej kombinować dopiero w drugiej połowie płyty. Typowym przykładem niech będzie „Here Comes Revenge”, ponad siedem minut grania, które jednak nieco się dłuży. Fajny główny motyw z typowym dla Hetfielda frazowaniem zderza się niestety z powtarzającą się do upadłego główną linią rytmiczną. Metallica, która w latach 90. ubiegłego wieku redefiniowała pojęcie „rockowej ballady”, na „Hardwired... To Self Destruct” kompletnie zrezygnowała z przytulanek do poduszki. W fata morganie oczekiwania na kolejną odsłonę „Nothing Else Matters” muzycy serwują nam na zakończenie... thrashowy „Spit Out The Bone”. Tak dla pewności, bo codzienność nie jest dla mięczaków.

35 lat na scenie zobowiązuje. Metallica wywiązała się z niełatwego zadania rewelacyjnie. Na muzykę z thrashowych arcydzieł wszechczasów - „Ride The Lightning” i „Master Of Puppets” – bez większego efektu podrywałem koleżanki w podstawówce, a „Black Album” był dla mnie takim przełomem w muzyce rockowej, jak „Dark Side Of The Moon” Pink Floyd dla generacji rodziców. „Hardwired... To Self Destruct” pozwala zaś wierzyć, że nawet u progu pięćdziesiątki można grać tak, jak Metallica, bez cienia wstydu.

FILMOWA RECENZJA

HOLOGRAM DLA KRÓLA (2016)

Niemiecki reżyser Tom Tykwer pogubił się na dobre. Psychologiczny thriller „Pachnidło” (2006) otworzył mu drzwi do najbogatszych komnat Hollywoodu, ale Tykwer postanowił przestawić się na obrazy, które od pierwszego tygodnia premiery kinowej skazane są na porażkę. Tak było z „Atlasem Chmur” (2012) i tak jest również z najnowszym filmem-porażką, „Hologramem dla króla”.

Pięć miesięcy przepaści pomiędzy kinową premierą w Stanach i w naszym kraju od razu rodzi pytanie, skąd ta zwłoka. Na odpowiedzi nie trzeba długo czekać. Wystarczy kilkanaście minut obcowania z Tomem Hanksem, żeby zorientować się, że ten film powinien był od razu powędrować na nośniki DVD. Tom Hanks, który w tym roku w roli profesowa Roberta Langdona uratował świat przed wirusową zagładą w filmie „Inferno”, zdążył w wolnej chwili wcielić się również w postać amerykańskiego biznesmena Alana Clay´a próbującego ratować swój biznes w Arabii Saudyjskiej. Niby komedia, niby film obyczajowy, w końcówce niby melodramat. Wszystko w tym durnym filmie zostało pomieszane, a ja nie lubię mieszania gatunków. Tom Tykwer chyba też się w tym pogubił, albowiem próbuje się z widzem bawić w ciuciubabkę magicznego realizmu. Główny bohater drepcze w miejscu, czekając na pustyni na przyjazd szejka, albo jak kto woli króla, dla którego przygotował ze swoim zespołem prezentację multimedialną. W międzyczasie dowiaduje się, że na plecach w okolicach kręgosłupa rośnie mu niezłośliwy guz, który wprawdzie zdaniem arabskich lekarzy jest niegroźny, ale raczej warto go usunąć. W ten oto sposób otrzymujemy szybki, ale precyzyjny raport o służbie zdrowia w Arabii Saudyjskiej. Do tego dochodzą przewidywalne i nudne dialogi z kierowcą przewożącym naszego bohatera z hotelu na pustynię i z powrotem, w których twórcy ukryli z kolei pretensjonalne przekazy walczące ze stereotypowym postrzeganiem muzułmańskiego świata oraz... amerykańskiej muzyki rockowej.

Wytrzymałem do końca tylko dlatego, że film trwa zaledwie półtorej godziny. Lubiłem Tykwera za ambitne „Niebo” (2002), w którym wykorzystał scenariusz nieżyjącego Krzysztofa Kieślowskiego, nawet dwukrotne obejrzałem jego rewelacyjny film „Pachnidło”, ale wszystko wskazuje na to, że balonik made in Germany pękł na dobre. „Hologram dla króla” to najbardziej zmarnowanych 90 minut tego roku.

POLSKIE GRZYBOBRANIE

MALEŃCZUK JAK JOHN LENNON. Maciej Maleńczuk na tegorocznej gali „Tacy Jesteśmy” Kongresu Polaków w RC wystąpił ze swoim kameralnym recitalem, ale pomimo to zdążył obrazić z siłą orkiestry uczucia religijne i patriotyczne ludzi zgromadzonych na widowni. Ostatnie doniesienia ze sztabu Maleńczuka mówią, że piosenkarz i jego zespół Jazz For Idiots nadal znajdują się w niezbyt oszałamiającej formie. Na Facebooku można było poczytać o przeprosinach Maleńczuka za ostatni, podobno beznadziejny koncert. „Ktoś z zespołu tego nie przetrwa” – czytamy. Podobne słowa zabrzmiały z ust Johna Lennona na kilka dni przed rozpadem The Beatles. W odróżnieniu jednak od świętej czwórki z Liverpool, szkody spowodowane zniknięciem z muzycznej mapy Polski Macieja Maleńczuka byłyby marginalne. 

NIECODZIENNY KONCERT SBB. W Katowicach szykuje się jutro nie lada gratka dla wszystkich miłośników twórczości SBB. Śląska legenda art rocka z okazji górniczego święta Barbórki zagra koncert z towarzyszeniem górniczej orkiestry dętej. Jak informują organizatorzy katowickiego koncertu, SBB zagra w swoim podstawowym składzie: Józef Skrzek, Jerzy Piotrowski i Apostolis Anthimos. Dołączy do nich orkiestra górnicza KWK Mysłowice-Wesoła pod dyrekcją Mirosława Kaszuby. Aranże opracował Miłosz Wośko. Koncert odbędzie się na scenie Miasta Ogrodów w Katowicach, a jego fragment będzie transmitowany przez Program Trzeci Polskiego Radia.

DODA PISZE POEZJĘ.Walka z plagiatami przypomina walkę Dona Kichota z wiatrakami. Aktem desperacji z ostatnich dni jest oskarżenie o plagiat Dody i jej zespołu Virgin. Dody nie lubi Maciej Świetlicki z grupy Świetliki, który zarzuca piosenkarce splagiatowanie tekstu najnowszego singla Virgin zatytułowanego „Sens”. W nowym utworze Dody i grupy Virgin znalazł się fragment tekstu: „nieporządek w chaosie robisz mi. Jak twierdzi Marcin Świetlicki, wers brzmi bardzo podobnie do cytatu z utworu „Łabądzie z 1996 roku: „robisz mi nieporządek w chaosie”. Rzeczywiście. Doda tym razem przesadziła z poezją.

SZCZEŚNIAK ŚPIEWA TWARDOWSKIEGO. Mieczysław Szcześniak, polski Lionel Richie, promuje  właśnie nowy singiel „Poczekaj” z płyty „Nierówni” opartej na tekstach księdza Jana Twardowskiego. Album trafił do sprzedaży 18 listopada i jak przystało na Szcześniaka, muzycznie porusza się w granicach soulu, popu i piosenki poetyckiej.

PO PARKU Z GRECHUTĄ. Krakowscy radni proponują, by zmarły 10 lat temu piosenkarz i poeta Marek Grechuta został patronem Parku Krakowskiego. Chcą w ten sposób docenić wkład artysty w rozwój polskiej kultury i jego zasługi dla Krakowa, z którym był ściśle związany. Efekty mogą być znane już w marcu. – Zawsze słuchałem Grechuty. Sejm w 10. rocznicę jego śmierci przyjął przez aklamację uchwałę, w której docenił zasługi artysty i jego ogromny wkład w rozwój polskiej kultury. Pomysł, by został on patronem Parku Krakowskiego, uzyskał przychylność wszystkich radnych, ja ten projekt tylko referuję – powiedział pomysłodawca uchwały, radny PiS Adam Kalita. Ptaszki już teraz wyśpiewują „Wiosna, ach to ty”.



Może Cię zainteresować.