poniedziałek, 20 maja 2024
Imieniny: PL: Bazylego, Bernardyna, Krystyny| CZ: Zbyšek
Glos Live
/
Nahoru

Cały czas się uczę  | 26.06.2019

13 czerwca, w dniu swoich 32. urodzin, poprawił w Oslo o ponad trzy sekundy rekord Polski należący od 43 lat do Bronisława Malinowskiego. Marcin Lewandowski zameldował się w ostrawskim mityngu Złote Kolce w roli lidera światowej listy w biegu na milę w tym sezonie. – Oczekiwania były spore, ale spisałem się gorzej niż podczas Ligi Diamentowej. Niemniej dziękuję kibicom za wsparcie – powiedział w rozmowie z „Głosem”. 

Ten tekst przeczytasz za 4 min.
Fot. Marcin Lewandowski podczas tegorocznych Złotych Kolców. Fot. MICHAŁ CHWIEDUK
 
Marcin Lewandowski był jednym z wielkich przegranych ubiegłotygodniowej imprezy lekkoatletycznej Złote Kolce (Zlatá tretra) w Ostrawie. Nietypowy bieg na milę, który nie znajduje się w programie mistrzostw świata ani Europy, trafił do najbardziej medialnej ramówki Złotych Kolców – na godz. 19.40. Biegacze mieli jednak pecha, bo właśnie w tym czasie nad Miejskim Stadionem w Ostrawie-Witkowicach przeszła burza z deszczem. A w fatalnych warunkach Lewandowski musiał się zadowolić czwartą lokatą. Na skąpanego w strugach deszczu Marcina Lewandowskiego zaczekałem cierpliwie przed wejściem do prowizorycznej przebieralni. Czekanie się wypłaciło.

W biegu na milę deszcz rozdawał karty. Jak się biega w takich warunkach?
– Mamy swoje lata, a jednak wciąż się uczę. Była całkowicie inna pogoda, niż zazwyczaj. Przyznam się, że mocno utrudniła mi rywalizację, ale to samo chyba mogą powiedzieć pozostali protagoniści tego biegu. Gratuluję rywalom miejsca na podium, ja niestety pobiegłem poniżej swoich możliwości. Szkoda, że nie udało się wygrać. To był specyficzny bieg. Wolny i początkowo myślałem, że to ślamazarne tempo jest mi na rękę, ale było zgoła przeciwnie. Niestety dla mnie było za wolno i wtedy każdy jest szybki na ostatnich metrach. Mój styl zakłada, że przyspieszam w końcówce, jednak tym razem nie tylko ja przyspieszyłem, ale wszyscy mieli spory zapas sił. I wyszło, jak widzisz na tablicy z wynikami. Czwarte miejsce, czyli najgorsze z możliwych dla samopoczucia zawodnika. Jednak lepiej dostać taką nauczkę tutaj w Ostrawie, niż na mistrzostwach świata. Tam oczywiście wystartuję na swoim koronnym dystansie 1500 m. I może zabrzmi to zbyt skromnie, ale wciąż jestem takim „świeżakiem” na tym dystansie. Nadal zdobywam doświadczenie, a mila to świetna okazja to rozpracowania taktyki pod kątem półtora kilometra. Mila to przecież 1609 metrów z małym hakiem. 

13 czerwca wygrałeś „milę marzeń” podczas Ligi Diamentowej w Oslo. Poprawiłeś rekord kraju i chyba też swoje samopoczucie w tym sezonie…
– Nie ma co się oszukiwać, wynik poszedł w świat, ale do formy jeszcze daleko. W treningach jestem jeszcze daleko do tyłu, ale to wiąże się również z faktem, że tegoroczne mistrzostwa świata są zaplanowane w późnym terminie, dopiero na przełomie września i października, a więc trzeba się do tego dostosować. Porównując sezon 2019 z poprzednimi można powiedzieć, że jestem dopiero w takim kwietniowym okienku treningowym, a w rzeczywistości mamy już drugą połowę czerwca. 

Mistrzostwa świata w stolicy Kataru, w Dosze, to twój cel numer jeden w tym sezonie?
– Tak, ale chciałbym je zarazem potraktować jako dobry sprawdzian przed przyszłorocznymi igrzyskami olimpijskimi w Tokio. To wszystko, co dzieje się w tym sezonie, jest tylko po drodze do Tokio. Tegoroczne mistrzostwa świata są elementem układanki, żeby ta forma była idealna właśnie podczas igrzysk. 

Czy wciąż jeszcze zdarzają się takie sytuacje, że kanapowi kibice sportu mylą cię z piłkarzem Robertem Lewandowskim?
– Nie, jedyni, którzy jeszcze mają z tym kłopot, to celnicy na bramkach gdzieś na lotniskach. Każdy się pyta, czy jestem spokrewniony z Robertem Lewandowskim, a przytrafiło mi się nawet, że chcieli selfie ze mną, bo myśleli, że jestem napastnikiem Bayernu Monachium. To w sumie śmieszne. Wiadomo, nie obrażam się na nikogo. Nic złego mi się nie dzieje (śmiech). 

Z tym nazwiskiem mógłbyś spokojnie po zakończeniu kariery biegacza rozpocząć przygodę z futbolem, tak jak zresztą dawny bohater Złotych Kolców, jamajski sprinter Usain Bolt…
– Raczej nie. Nie chcę robić z siebie pajaca. Jestem profesjonalistą i robię to, co wychodzi mi najlepiej. A klauni są od czegoś innego. 
 
 
Fot. MICHAŁ CHWIEDUK


 



Może Cię zainteresować.